Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magazyn kryminalny Reporter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magazyn kryminalny Reporter. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2015

Komu bombę komu, bo idę do domu

Na świecie znów wzrosło zagrożenie terroryzmem. W różnych miejscach na Ziemi z rąk zamachowców ginie ostatnio po kilkadziesiąt osób. A w Polsce Najwyższa Izba Kontroli opublikowała  raport, z którego wynika, iż policja nie ma kontroli nad wytwarzaniem, przechowywaniem i transportem materiałów wybuchowych. Grozi to tym, że mogą one trafić w ręce zarówno rodzimych gangów, jak i na przykład różnej maści terrorystów. Ponoć w Polsce łatwiej teraz legalnie  o materiały wybuchowe niż o pozwolenie na broń.
Oczywiście, że nasz kraj, to nie Tunezja, Egipt, czy Francja i do najbardziej narażonych na zamachy bombowe lub też inne ataki terrorystyczne nie należy. Ale też nie jesteśmy krajem, w którym w czasach pokojowych bomby w ogóle nie wybuchały. Przypomnijmy sobie choćby burzliwe lata 90. ubiegłego stulecia, kiedy to Polska weszła w okres transformacji i policja nie radziła sobie z szalejącą przestępczością. Podkładanie bomb było wówczas jedną z form walki w trwającej niemal nieustannie wojnie gangów. Nie było tygodnia, a już na pewno miesiąca, bez eksplozji w jakimś samochodzie, knajpie, czy budynku.
Byłem wtedy reporterem "Expressu Wieczornego" i pamiętam dwa najbardziej spektakularne zamachy bombowe na gangsterów, dokonane w stolicy oraz w podwarszawskich Markach. W pierwszym, w kamienicy przy ul. Ostrobramskiej, powieszona na klamce bomba miała zabić, lecz jedynie zraniła Zygmunta R. pseudonim "Bolo". Eksplozja zniszczyła trzy piętra budynku. Mniej szczęścia miał Czesław K. ps. "Cerber". Wybuch bomby na posesji w Markach rozerwał na strzępy zarówno jego, jak i towarzyszącego mu wtedy legendarnego bandytę z czasów PRL, Jerzego Maliszewskiego.
Pół biedy jeśli w zamachach bombowych giną gangsterzy, którzy te bomby wzajemnie sobie podkładają. Ale co wtedy, kiedy na skutek obecnie ujawnionych przez NIK zaniedbań państwa, zaczną ginąć niewinni ludzie? Jeśli taka niebezpieczna broń trafi w ręce terrorystów?
 Raport NIK jest bezlitosny i nie zostawia na policji i urzędnikach MSW suchej nitki. Zdaniem kontrolerów w Polsce nie wdrożono na czas przepisów umożliwiających elektroniczny system monitoringu materiałów wybuchowych. Nie było należytego nadzoru policji nad ich transportem, wożono je przez centra miast stwarzając tym samym zagrożenie. Poza kontrolą odpowiednich ministerstw były firmy wytwarzające i rozprowadzające te groźne substancje. NIK podejrzewa też, że mogło dojść do korupcji przy wydawaniu koncesji na działalność związaną z materiałami wybuchowymi.
Władze wielokrotnie, przy każdej okazji zapewniają, że Polska jest krajem bezpiecznym. Nie wątpię, że same tak się czują. Kiedy premier zapałała miłością do podróży koleją, oficerowie BOR uwijali się jak w ukropie sprawdzając pod względem bezpieczeństwa wszystkie składy pociągów, dworce i perony...
Radosław Rzepka

Felieton pochodzi z najnowszego wydania magazynu REPORTER

więcej...

piątek, 17 kwietnia 2015

Załatwiliśmy ochronę gangsterowi

To był jeden z największych przemytów narkotyków do Polski. Kartel z Cali - we współpracy z „Pruszkowem” - wysłał statkiem do Gdyni ponad tonę kokainy. Jej rynkowa wartość wynosiła wtedy 212 milionów funtów brytyjskich! Narkotyki nie dotarły jednak na miejsce. Wówczas Kolumbijczycy zagrozili „pruszkowiakom” śmiercią. Wtedy nieświadomie zorganizowałem ochronę policyjną jednemu z głównych organizatorów przemytu. 


Był 20 listopada 1993 roku, gdy kontenerowiec Polskich Linii Oceanicznych m/s „Jurata" wypłynął z portu La Guardia w Wenezueli  do Gdyni. 24 stycznia 1994 roku statek zawinął do niewielkiego portu Birkenhead, pod Liverpoolem, i tam zainteresowały się nim  brytyjskie służby celne. Wśród innych ładunków znajdowało się 49 beczek z lepikiem i dachówki dla firmy Med-Glob, ze wsi Majdan koło podwarszawskiej Wiązowny. Podejrzenia Brytyjczyków wzbudził fakt, że koszty transportu lepiku i dachówek były wyższe niż wartość samego towaru. Już 25 stycznia brytyjska policja poinformowała polskich kolegów, że na statku „Jurata” znaleziono 1190 kilogramów kokainy. Wartej wówczas 212 milionów funtów.
Statek popłynął do Polski już bez narkotyków. Na początku lutego 1994 roku „Jurata” wpłynęła do portu w Gdyni.  Tu po ładunek przyjechał  Krzysztof O.  pełnomocnik firmy Med-Glob.  W porcie kręcili się już funkcjonariusze UOP, policjanci oraz gangsterzy z „Pruszkowa”, do których należała ta przesyłka. Ci ostatni byli pewni, że towar – dotarł do kraju.

„Pruszków” traci fortunę

Jak się okazało po latach, mózgiem tego przemytu był Leszek D. ps. „Wańka”. Ponoć, stracił na tej akcji milion dolarów. „Wańka” całą operację organizował przy pomocy Tadeusz S., z którym znał się od dziecka, oraz Adama U. - ojca chrzestnego syna Tadeusza S. Na początku lat 90. Adam U. wyjechał  do Ameryki Południowej. A za nim podążył Tadeusz S. To oni pomogli „Pruszkowowi” w nawiązaniu kontaktów z kartelem z Cali.
Kokaina z „Juraty” była faktycznie własnością kolumbijskiego kartelu  i miała trafić przez Polskę do Europy Zachodniej. Przemyt narkotyków organizowała i ochraniał grupa pruszkowska. Jako honorarium za usługę gangsterzy z „Pruszkowa” mieli zatrzymać kokainę wartości około 30 milionów dolarów.
Jak twierdzą wtajemniczeni, ten transport był od początku ubezpieczony. Jednak nie polisą, lecz głowami Adama U. i Tadeusza S. Gdy kokaina przepadła, obaj znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie. Jednak udało im się uniknąć śmierci. Zagrożeni byli też „pruszkowiacy”. Gdy doszło do wpadki, wówczas do Polski mieli  przybyć wysłannicy kartelu z  Cali, aby rozprawić się z „Pruszkowem”.

Oddaj 30 milionów!

Krzysztof  O.  – do  którego adresowany był transport kokainy - mieszkał w  Piasecznie. Zaledwie od 1 października 1993 roku prowadził niewielką firmę zajmującą się między innymi handlem materiałami budowlanymi. Magazyny znajdowały się w Majdanie koło Wiązowny. Tam miała tam trafić, zamówiona w Wenezueli, dostawa dachówek i kleju w beczkach: - Pierwszy raz zamówiłem towar w tym kraju – mówił nam wówczas - Niecierpliwiłem się, że rozładunek „Juraty” przedłuża się. Były pogłoski, że na  statku znajdują się narkotyki, ale traktowałem to jako żart.
W końcu towar załadowano na ciężarówkę i ruszyła ona do Warszawy. Krzysztof O. twierdził, że tir z dachówkami i klejem był pod obserwacją: - Od Gdyni jechały za transportem te same samochody.
Kilka dni później do jego firmy miał zgłosić się nieznany nikomu osobnik. Twierdził, że ma odebrać część towaru. Właściciela nie było wówczas na miejscu i pracownicy odmówili wydania beczek.
Od tego momentu – zdaniem Krzysztofa O. - zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wokół firmy kręcili się podejrzani mężczyźni. Którejś nocy poderżnięto gardło psu pilnującemu magazynów.
Apogeum nastąpiło na tydzień przed Wielkanocą 1994 roku. Około godziny 22.00 Krzysztof O. jechał swoim mitsubishi z Warszawy do Piaseczna: - W pewnym momencie zobaczyłem volkswagena z kogutem na dachu – opowiadał nam 21 lat temu – Kierowca dawał mi znaki, żebym się zatrzymał. Myślałem, że to policja i zjechałem na pobocze.
Według jego relacji w  volkswagenie było kilku mężczyzn. Jeden z nich wysiadł z samochodu i podszedł do mitsubishi. Krzysztof  O. nie wyłączył silnika, jedynie opuścił szybę.
- Przekręciłeś nam towar za 30 milionów dolarów – warknął napastnik.
- Jakie dolary, jaki towar?- zapytał zszokowany przedsiębiorca.
W tym momencie bandyta wyjął pistolet z tłumikiem: - Nie rżnij idioty. Masz wybór, życie albo 30 baniek! -  i wymierzył do niego z broni. Krzysztof O. rzekomo podbił pistolet do góry. Doszło do krótkiej szarpaniny, w trakcie której padły dwa strzały.  Jedna z kul ugodziła  mężczyznę  w udo. Mimo bólu nacisnął na gaz i odjechał. Za plecami  usłyszał jeszcze kilka strzałów. Pocisk przebił szybę auta.
Ranny mężczyzna pojechał wówczas do Komendy Rejonowej Policji w Piasecznie, gdzie złożył zgłoszenie o napadzie. Policjanci uznali zdarzenie, jako typowy rozbój. Karetką pogotowia przewieziono go do Konstancina, gdzie udzielono mu pomocy lekarskiej. Później sprawę przejęła policja na Ochocie, bowiem napad zdarzył się na terenie tej dzielnicy.

Ochrona dla gangstera

Kilka dni później Krzysztof O. poprosił o pomoc mnie oraz Radosława Rzepkę – wówczas byliśmy dziennikarzami Expressu Wieczornego. Szukał dla siebie ratunku po tym, gdy okazało się, że kokaina zniknęła z „Juraty”.
Mówi nam, że nigdy nie miał nic wspólnego z narkotykami. Ponoć nie wiedział, że został wciągnięty w brudne interesy „Pruszkowa”: – Znajomy polecił mi firmę w Wenezueli sprzedającą materiały budowlane. Nie sądziłem, że to tak się skończy. Czuję się zagrożony, boję się o życie swoje i rodziny. Codziennie  otrzymuję telefoniczne pogróżki. Powiedziano mi, że mam tydzień na oddanie narkotyków lub pieniędzy. A ja w ogóle  nie wiem, o co tu chodzi! – twierdził wówczas i prosił abyśmy pomogli mu uzyskać  do policji o ochronę. Co udało nam się załatwić niemal od razu, przez Komendę Główną Policji.
 Kilka razy odwiedzaliśmy Krzysztofa O, w jego mieszkaniu w Piasecznie. Mieszkał z rodziną na czwartym (ostatnim) piętrze niepozornego bloku. Na schodach, pod jego drzwiami zawsze dyżurowało co najmniej dwóch antyterrorystów. Dwóch innych siedziało w samochodzie przed domem.  Ochraniali go także gdy poruszał się po mieście. Nie jestem jednak pewien, czy byli to w pełni profesjonalni funkcjonariusze. Gdyż jeden z nich postrzelił się z własnej broni, bawiąc się nią na schodach, pod drzwiami Krzysztofa O. Innym razem funkcjonariusz wjechał w jego samochód, gdy jechał do Warszawy.
Minęło kilka lat zanim śledczy wyjaśnili, kto był organizatorem przemytu kokainy. I zanim okazało się,  jak w tym wszystkim była rola Krzysztofa O. Na pewno  nie był on  niczego nieświadomym biznesmenem. 
Przez 8 lat polskie organa ścigania czekały na odpowiedź od wenezuelskich władz na temat umowy zawartej między Med-Globem a wenezuelskim sprzedawcą lepiku. W tej sprawie wysłano dziesiątki monitów, nie obyło się beż interwencji Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskiej ambasady w Caracas.
Po latach okazało się,  że Med-Glob, to była fikcyjna firma, założona wyłącznie na potrzeby przemytu kokainy. Nikt nie prowadził w niej prac biurowych, nie wysyłano żadnych pism. Poza tym jednym, dotyczącym  zakupu dachówki i masy bitumicznej w Wenezueli.
Krzysztof O. – udając niewinnego - oszukał nie tylko nas, ale zapewne także policję. Ale kto wie, może udało nam się uratować go przed gniewem kumpli z „Pruszkowa” albo nawet gangsterów z Cali? 
W każdym razie prokuratura oskarżyła go o przemyt narkotyków i wraz z 8 innymi gangsterami trafił na ławę oskarżonych. Najpoważniejsze zarzuty postawiono właśnie Krzysztofowi O. oraz Leszkowi D. „Wańce". Obaj w 2004 roku - wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie - zostali skazani na 8  lat pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy oba wyroki.
- Nie ma i dotąd nie było takiego przemytu kokainy -  stwierdziła w uzasadnieniu wyroku sędzia Grażyna Wasilewska-Kloc.

Janusz Szostak

Na zdj. statek Jurata

Ten oraz wiele innych, równie ciekawych tekstów można znaleźć w ostatnim wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER
więcej...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Tester domów publicznych

Włodarze seksbiznesu w Berlinie zamieszczają na swoich portalach ogłoszenia, że poszukują do pracy „testerów domów publicznych”. Trochę już żyję na tym świecie, lecz do tej pory nie słyszałem o takiej profesji. A jest to ponoć praca ciekawa, rozwijająca zainteresowania i – co ważne – niemal stale w ruchu.

Taki tester ma oczywiście sprawdzać jakość oferowanych usług, a także kontrolować, czy w danym domu publicznym panuje czystość i porządek i czy uprawianie seksu jest tam bezpieczne. Czyli berlińskie burdele mają mniej więcej wyglądać tak, jak w naszej rodzimej, acz nieprzyzwoitej piosence śpiewanej na melodię „Prząśniczki”, a zaczynającej się od słów „ Na ulicy Brackiej…”, gdzie wszystko leży na swoim miejscu.

Kandydat musi być wykształcony, najlepiej w dziedzinie biznesu lub hotelarstwa i rzecz jasna, mieć kilkuletnie doświadczenie w wizytach w domach publicznych. Mile widziane jest posługiwanie się obcym językiem. Wysokości wynagrodzenia w ogłoszeniach nie podano. Jednak wydaje się, iż najwłaściwsze byłoby tu potoczne powiedzenie, które mówi, że żeby dobrze zarobić trzeba się nieźle napier…ć. W stolicy Niemiec jest bowiem - według wiarygodnych szacunków - ponad pięćset domów publicznych.

Od piętnastu lat prostytucja w Niemczech jest legalna, to znaczy państwo pobiera z tej działalności podatki, a pracownicy tego biznesu objęci są opieką socjalną. Ale wiadomo też, że prawo w tym wypadku  to fikcja, bo ci, którzy rejestrują działalność gospodarczą są w dramatycznej mniejszości. Niemcy są największym rynkiem dla handlarzy kobiet, najczęściej zmuszanych do świadczenia usług seksualnych i poniżanych.

Kiedy w zeszłym roku, zgodnie z unijnymi zaleceniami, zaczęto w Polsce uwzględniać dochody z seksbiznesu przy obliczaniu PKB, znów odżyła dyskusja na temat: legalizować prostytucję, czy jej nie legalizować. Zwolennicy twierdzą, że skoro działalność ta przynosi ogromne dochody, to państwo też powinno mieć z tego korzyści więc należy ją opodatkować, zaś pracownikom tego sektora przysługiwałyby wtedy świadczenia, takie jak wszystkim.

Przeciwnicy, do których i ja się zaliczam uważają m.in., iż pobierając podatki z niemoralnego procederu państwo samo staje się sutenerem, a z sutenerstwem należy bezwzględnie walczyć. Zalegalizowanie prostytucji nie załatwia także problemu handlu kobietami, które są masowo wywożone ze swoich krajów, a potem zniewalane i wykorzystywane. Bardzo rzadko bowiem w życiu bywa tak, jak w tym dowcipie:
Dzwoni ojciec do córki, która wyjechała zagranicę na studia:
- Co słychać, córeczko?
- Zostałam prostytutką.
- Co takiego?! Jak mogłaś?!
- Ale tato! Słuchaj! Wiesz ile ja mam teraz ciuchów? I studia mam opłacone już do końca. Jeżdżę jaguarem. Siostrę zapraszam do mnie na wakacje, a tobie i mamie wykupiłam wczasy na Majorce. I kupiłam wam jacht, który już tam na was czeka.
- Zaraz, zaraz… to mówisz, że kim zostałaś?
- Prostytutką.
- Aaaa nie, to sorry… Ja zrozumiałem, że protestantką.

fot. screenshot/You Tube
***

Felieton pochodzi z najnowszego wydania magazynu kryminalnego REPORTER

więcej...

Więzienne tortury seksem

Gdy w świat poszła wieść, ze żona szefa Amber Gold przyprawiła mu rogi z klawiszem, to natychmiast jedna z gazet zasugerowała, że zdradzony mąż musi być gejem.
I dalej popłynęły sugestie, że pewnie ją zaniedbywał z kochankami itp. itd.  Gdyż inaczej kobieta byłaby mu wierną. Niby racja, wszak w kryminale (gdzie oboje siedzą - ale każde w innym) wierności powinno być stosunkowo łatwo dochować. Okazuje się jednak, że nawet w damskim więzieniu na heteroseksualną kobietę czyhają pokusy. Ale, żeby zaraz z męża każdej wiarołomnej żony robić geja? Gdyby tak było, to pewnie wówczas hetero byliby w mniejszości. Na szczęście proporcje są odwrotne.
Jak się okazuje - przebywająca od dwóch lat w łódzkim areszcie śledczym - Katarzyna P. oddała się funkcjonariuszowi służby więziennej. Nie wiedzieć czemu, z  okazji tego romansu - którego owocem będzie wkrótce dziecko - pracę stracił dyrektor łódzkiego aresztu przy ulicy Beskidzkiej, który nie brał udziału w zapładnianiu aresztantki.  Natomiast  jurny klawisz pracuje tam nadal. Mimo że do prokuratury wpłynęło zawiadomienie o „przekroczeniu uprawnień". Brzmi poważnie. Cokolwiek to znaczy.
Także Katarzyna P. – aresztowana za tzw. współudział w doprowadzeniu do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie prawie 851 milionów złotych -  pozostaje w tej samej celi. Nikt jej za karę do karceru nie wsadził.
Jednak dla niej - można by rzec - sprawa stała się brzemienna w skutkach.
Jedyne pocieszenie, że w tym przypadku nikt nikogo do seksu nie zmuszał. Wszystko odbywało się z własnej, nieprzymuszonej  woli. Wprost z nieukrywaną chęcią i chucią. Co nie zawsze za kratami ma miejsce.
W osławionym Guantanamo, więźniów ponoć torturowano seksem. Tak przynajmniej twierdzi Mohamedou Slahi - jeden z najdłużej przetrzymywanych tam więźniów. Rzekomo był on wykorzystywany seksualnie, bity i gwałcony.  Więzień wspomina, jak dwie strażniczki powiedziały mu, że zostanie nauczony prawdziwego amerykańskiego seksu i zgwałciły mężczyznę. Slahi napisał: „cały czas modliłem się, aby wydostać się z tego piekła”. Co one mu tam zrobiły? Nie chcę nawet tego wiedzieć.
Ale te dwa przykłady jasno obrazują przewagę polskich kryminałów nad amerykańskimi.
U nas, seks to nadal przyjemność, a tam to już tortury.
Janusz Szostak
Felieton ukazał się w najnowszym numerze magazynu REPORTER


 
więcej...

wtorek, 31 marca 2015

Hipnoza narodowa

We Włoszech rozesłano list gończy za mężczyzną, który zahipnotyzował kasjerkę w supermarkecie i wyszedł z pieniędzmi, które mu bezwolnie wydała. 

Jak podają agencje prasowe: „podszedł do kasy i poprosił kasjerkę, by rozmieniła mu banknot 100 euro. I właśnie wtedy, gdy kobieta szykowała dla niego drobne, została zahipnotyzowana za pomocą odpowiednio wypowiadanych słów”. 
Jakie to były słowa nie wiem, mogę się jednak domyślać, jakim słownym przekazem można hipnotyzować kobiety. Nie tylko kasjerki w supermarketach oczarowuje się mówiąc piękne słówka, a potem niekiedy znika.

W Polsce takie zdarzenie są na porządku dziennym. Osławiony Jerzy Kalibabka (znany też jako serialowy Tulipan, opisany przeze mnie w nr 1/2013 Reportera), to nie jest odosobniony przypadek. 
Nie zawsze jednak poszkodowanymi są kobiety. Mój znajomy też (raz w miesiącu) ma problem z hipnozą: - Jak przynoszę wypłatę do domu, to żona chyba mnie hipnotyzuje – żali się kolegom - Na drugi dzień pozostaje mi w portfelu tylko drobna mennica. 

W ostatnich latach hipnozie skutecznie poddano znaczną część społeczeństwa. Jest to zapewne jeden z „cudów” obiecywanych swego czasu w kampanii wyborczej przez Donalda Tuska. Nie da się zaprzeczyć, że naród jest jako oczadziały.

Przypomnę, zatem tekst, którym Tusk zahipnotyzował naród: „Już wkrótce Polacy zaczną wracać z emigracji, bo praca tu będzie się opłacać. Będą nas leczyć dobrze zarabiający lekarze i pielęgniarki, dobrze zarabiający nauczyciele będą uczyć nasze dzieci, dobrze zarabiający policjanci będą dbać o nasze bezpieczeństwo. Przy polskich drogach wyrosną nowoczesne stadiony i pływalnie. Czy to możliwe? Udało się w Irlandii, dlaczego ma nie udać się w Polsce? Przecież Polacy to wielki i mądry naród. Polskę też stać na swój cud gospodarczy. Musimy tylko wygrać te wybory". 

Sprawdziło się tylko ostatnie zdanie. Oczarował naród mówiąc piękne słówka, i zniknął bez śladu, jak ów Włoch z supermarketu z pieniędzmi kasjerki.

Janusz Szostak

więcej...

piątek, 6 marca 2015

Western po poznańsku

Przeszło dwadzieścia lat temu - za sprawą  artykułu, którego byłem współautorem – Marka F. ps. Western przenoszono z celi do celi. Obawiano się, że – po naszej publikacji - może zostać zamordowany. Zleceniodawcą zabójstwa miał być rzekomo Zbyszko B., znany szerzej jako  Makowiec. To on - w innej sprawie - wynajął kilera, którego wcześniej wsadziliśmy za kraty.


18 listopada 1994 roku, w magazynie Expressu Wieczornego – Kulisy, ukazał się reportaż „Kto mówi prawdę”.  Wspólnie z Radosławem Rzepką przedstawiałem w nim nieznane szerzej okoliczności rzekomej korupcji w poznańskiej policji. Do tej sprawy na pewno wrócę w jednym z wydań Reportera. Przez kilka miesięcy zbieraliśmy informacje, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Fakty układały się dość przejrzyście: cała ta „afera” była misternie przeprowadzoną akcją,  mającą na celu zniszczenie uczciwych policjantów.  Naszym zdaniem był to atak przygotowany przez ludzi z establishmentu gospodarczego i  politycznego, przez wsparciu niezbyt uczciwych policjantów i usłużnych dziennikarzy. W tle pojawiali się też poznańscy gangsterzy.
O ile publikację Gazety Wyborczej „Korupcja w poznańskiej policji” oparto na anonimowych wypowiedziach, o tyle w naszym reportażu z imienia i nazwiska wypowiadało się kilkanaście osób.

Policyjny agent 

Jedną z nich był - nieżyjący już - Telesfor J. To kluczowa postać w tej sprawie - między innymi jego anonimowe opowieści wywołały „aferę”. Człowiek ten musiał odejść z policji. Jak mówili nam jego ówcześni przełożeni: - Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym. Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie Western. Człowiek ten miał na swoim koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy Telesfora. Ale on go bronił, twierdził, że to jego agent.
Ten agent Telesfora J. został wówczas skazany na 12 lat więzienia. Między innymi za napad na syna wójta gminy romskiej w Swarzędzu. Sprawcy zadali wówczas młodemu Cyganowi 30 ran klutych, pomimo to zdołał przeżyć.
- Sprawa Westerna została zepsuta, ja chodziłem za nim 2 lata – wyznał nam na Telesfor J. przed 21 laty – Przez niego chciałem dopaść Makowca. Gdyby nie zatrzymanie Westerna, wsadziłbym także Makowca.

Kumpel senatora 

Zbyszko B., zwany Makowcem, to postać znana nie tylko w poznańskim świecie przestępczym. To pierwsza liga polskich gangsterów. Western zawsze pozostawał w cieniu Makowca, ale przez lata byli zakumplowani. Obaj wszak zaczynali jako cinkciarze, podobnie jak Aleksander G. – były senator, który przez lata roztaczał nad Makowcem parasol ochronny.
W marcu 1994 roku prokuratura oskarżyła Makowca  o zniszczenie  samochodów szefostwa konkurencyjnego gangu z osiedla Piątkowo. Wówczas senator dał mu alibi: – W tym czasie piliśmy razem herbatę - stwierdził senator.
To także dzięki Aleksandrowi G. gangster uzyskał „list żelazny”, gwarantujący mu nietykalność i wolność do czasu zakończenia postępowania sądowego, gdy przed laty postawiono mu zarzuty prokuratorskie. W powojennej historii polskiego sądownictwa był to pierwszy przypadek zastosowania tej instytucji prawnej. O „list żelazny” przez lata starał się bezskutecznie pułkownik Ryszard Kukliński, który został w stanie wojennym zaocznie skazany na karę śmierci.

Gangster w budzie

Zbyszko B. nie miał podobnych problemów i mógł cieszyć się wolnością. Na chwilę - po dość zabawnym zatrzymaniu - trafił jednak wówczas do aresztu. Policjanci, gdy już znaleźli haka na Makowca, postanowili schwytać go w jego willi na Naramowicach, przy ulicy Maków Polnych (od nazwy której przybrał ksywę). Jednak w domu zastali tylko obłożnie chorą żonę gangstera: - Męża nie ma, możecie szukać, a i tak go nie znajdziecie – zakomunikowała policjantom. Jednak ci nie ulegli jej perswazji i znaleźli Makowca, który ukrył się... w psiej budzie razem z dwoma dobermanami.
Zresztą podobnych akcji w wykonaniu  Zbyszka B. było więcej. Jeden z byłych poznańskich policjantów przypomina takie zdarzenie: - Zatrzymaliśmy go na ulicy. Wiadomo było, że ma przy sobie broń. On jednak zamknął się w samochodzie i nie chciał wyjść. Mówił: „Postawcie patrol i mnie pilnujcie, a ja się nie ruszę”. Nie było innego sposobu, przeholowaliśmy jego samochód na policyjny parking. Tam dopiero skapitulował.

Zapowiedź zemsty

Gdy Marek F.  trafił do aresztu, Makowiec nie zapomniał o koledze. Podczas jednej z rozpraw przeciwko Westernowi, na sądowych korytarzach pojawiła się grupa kilkunastu poznańskich gangsterów, którymi dyrygował Makowiec. Bandyci próbowali zastraszyć świadków, doszło do bójki z Cyganami. Jednego z Romów usiłowano wyrzucić przez okno. Akcja została jednak przerwana na rozkaz Makowca i napastnicy wycofali się.
Niebawem Makowiec przeczytał w Expressie Wieczornym, że Marek F.  był agentem policyjnym. Co gorsza dowiedział się, że Telesfor J.  - przez Westerna - zamierzał dobrać się do niego. 
Ta wypowiedź Telesfora J., wstrząsnęła zarówno Makowcem, jak i Westernem. Makowiec zapowiedział zemstę. Wieść o planowanej dintojrze, szybko dotarła za mury więzienia we Wronkach, gdzie  Western odsiadywał wyrok 12 lat. Marek F. wpadł w panikę, wiedział, że z Makowcem żartów nie ma.
Groźby Zbyszka B. nie zostały jednak zbagatelizowane przez policję i służby więzienne. Westerna przenoszono co kilka dni z celi do celi. Wprowadzono też wzmożone środki bezpieczeństwa wobec niego. Przeżył. Jak potoczyły się dalsze jego losy, przypomniał na wcześniejszych stronach Przemysław Graf.
Także w bandyckim cv Zbyszka B. nastąpiła długa przerwa. Makowiec trafił  na 15 lat do więzienia za zlecenie zabójstwa.

Kiler z Izraela

W 1995 roku w poznańskiej kawiarni Cafe Głos został zastrzelony mężczyzna. Zamachowcem okazał się być Albert Kiełczyński, ps. Izraelczyk. Zabójca twierdził, że zabity mężczyzna nie chciał się z nim rozliczyć z pieniędzy za kradzione samochody. Prawda wyglądała zgoła inaczej. Zginąć miał niejaki „Święty", który dwa miesiące wcześniej porwał syna Makowca. I to właśnie Zbyszko B. wynajął kilera, aby ten odstrzelił porywacza. Kiełczyński jednak  pomylił się i strzelił do przypadkowej osoby - poznańskiego motorowodniaka, Marka Z.
Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci płatnego mordercy.
Na początku stycznia 1994 roku, dzięki dziennikarskiemu śledztwu Radosława Rzepki (wówczas Express Wieczorny, dziś Reporter), doszło do zatrzymania międzynarodowego gangu, dokonującego w Warszawie wielu przestępstw. Na czele tej grupy stał Andrzej Kiełczyński, przed laty  szpieg CIA w  Izraelu, były terrorysta i  bliski współpracownik  byłego premiera tego kraju, Menachema Begina. W 1992 roku  Andrzej Kiełczyński wraz ze swoim bratankiem Albertem przyjechał z Izraela do Polski, i tu stworzyli groźną grupę przestępczą. Rozpracował ją Radosław Rzepka (Reporter 1/2013). Wtedy Albert Kiełczyński dostał wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności, m.in. za napad rabunkowy na kolekcjonera monet i przestrzelenie mu kolan. Jednak  podczas przerwy w odbywaniu kary - spowodowanej chorobą nowotworową - związał się z poznańskim światem przestępczym. I tak stał się cynglem Makowca. Tym razem został skazany na dożywocie. Chory na raka Izraelczyk zmarł w więziennym szpitalu w trakcie odbywania kary.
Za zlecenie zabójstwa w Cafe Głos, Makowiec dostał 15 lat pozbawienia wolności. Jednak w czasie przerwy w ogłaszaniu wyroku, niespodziewanie zniknął z sądu. Odnalazł się dopiero po trzech latach, gdy w Toruniu na  ul. Szewskiej robił zakupy w sklepie z damską bielizną. Tam schwytała go specjalna grupa pościgowa. I na wiele lat zamknęła się za nim brama więzienia.

Zgubna zazdrość

Jednak, mimo pobytu Makowca w kryminale, śledczy  nie przestali interesować się jego gangsterskim dorobkiem.
W 2007 roku na współpracę z prokuraturą poszedł Krzysztof  W. - ps. Kanada - były żołnierz Makowca. Postanowił sypać bossa, gdy  okazało się, że ma odsiedzieć siedem lat za kradzieże i oszustwa. W areszcie Kanada dowiedział się także, że jego dziewczyna zdradziła go z synem Makowca. Z zazdrości i zemsty, poszedł na współpracę z policją. Licząc przy okazji na łagodniejszy wyrok. Dzięki jego  zeznaniom, na ławę oskarżonych  trafiła cała  familia Makowców: ojciec, matka oraz dwóch synów. Pogrążył także innych przestępców, m.in. członków gangu Lejka.
To właśnie Kanada zasugerował policjantom, że w basenie Makowca pogrzebany jest Damian Sz., ps. Twardziel, który przepadł bez śladu w 1995 roku. Stało się to, gdy usiłował przejąć kontrolę nad miejscowym półświatkiem.  Policja zrujnowała basen w poszukiwaniu ciała Twardziela. Jednak bez oczekiwanego efektu. Znaleziono co prawda krew zmieszaną z ziemią, lecz badania DNA wykluczyły, aby należała do Damiana Sz. Pojawiły się zatem przypuszczenia, że to krew zaginionego dziennikarza Jarosława Ziętary. Ale kod genetyczny także się nie zgadza.
W efekcie  Iwona B., żona Makowca  domaga się od  prokuratury i policji  50 tysięcy złotych odszkodowania  za zniszczony basen.
Wkrótce też Kanada – widząc, że nie wyjdzie wcześniej na wolność - zmienił zeznania. Co sprawiło, że część oskarżonych gangsterów zostało uniewinnionych.
Tymczasem  63-letni Makowiec odsiaduje wyrok w zakładzie karnym w Rawiczu. Na pomoc Aleksandra G. nie może już liczyć, gdyż i ten ma kłopoty z prawem.
Zbyszko B. na  wolność ma wyjść w 2017 roku: - I pewnie bardzo szybko odnajdzie się w nowej rzeczywistości  – przewiduje jeden z byłych poznańskich policjantów – Chociaż teraz mówi się, że jest poważnie chory. Ale on w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, potrafił robić duże pieniądze.
Janusz Szostak

Na zdjęciu: Makowiec w chwilę po zatrzymaniu w sklepie z damską bielizną w Toruniu/ fot. Policja

Tekst  ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER


więcej...

czwartek, 26 lutego 2015

Wodzowskie instynkty

Sprawa Kamila Durczoka zwróciła na krótko uwagę na problem molestowania w miejscu pracy. Na co dzień prawie nikt na to nie zwraca uwagi.
W Polsce panuje niemal powszechne przeświadczenie, że wodzowi (kierownikowi, dyrektorowi, komendantowi, burmistrzowi, prezesowi, posłowi itp. przełożonemu) wszystko wolno. Stąd te immunitety, przywileje, nierówność wobec prawa i te typowo plemienne instynkty płciowe.
Dlatego, każdy taki przypadek patologicznych wodzowskich zachowań, powinien być piętnowany. Obojętne, czy dotyczy dyrektora wiejskiej szkoły, czy też telewizyjnego gwiazdora.
Niestety świadomość tego, że molestowanie, mobbing itp.  to działania niedopuszczalne, karalne i wysoce szkodliwe - nie jest powszechna. Podobnie jak kary, które powinny być szybkie, zdecydowane i surowe.
I oczywiście nie odnosi się to jedynie do przypadku Kamila Durczoka, o którym na dobrą sprawę nie wiemy, czy kogokolwiek molestował. Ma to dopiero ustalić Państwowa Inspekcja Pracy, podczas kontroli w TVN.
Przy okazji całej „afery” Durczoka, mój niesmak budzą wątpliwe metody dziennikarskie, jakimi się w tej sprawie posłużono. Ale to materiał na inne rozważania.
Janusz Szostak

Felieton pochodzi z najnowszego wydania magazynu REPORTER - już w sprzedaży

Ilustracja: screenshot & Pop Dot Comics


więcej...

wtorek, 20 stycznia 2015

Kacmajor był w sekcie jedyną wyrocznią

Lata 90. obfitowały w różne sekty i kulty. Po latach komunizmu mnóstwo osób, szczególnie młodych, szukało jakiegoś celu w życiu. Osoby te stawały się łatwym łupem dla różnych hochsztaplerów. Pranie mózgu, różne sztuki psychologiczne uzależniały wyznawców od swych „nauczycieli”. Ci zaś często kierowali się zupełnie materialnymi powodami - w tamtym okresie związki wyznaniowe korzystały z ogromnych ulg przy sprowadzaniu sprzętu elektronicznego czy samochodów z zagranicy. W tamtym okresie w Polsce działało kilkaset różnych związków wyznaniowych.
Z sektą „Niebo” zetknąłem się w 1955 roku, kiedy to pracowałem w Expressie Wieczornym jako dziennikarz śledczy. „Niebo” stało się głośne dzięki swemu charyzmatycznemu przywódcy - Bogdanowi Kacmajorowi. Zajmując się tą sprawą trafiłem do Majdanu Kozłowieckiego nieopodal Lublina, w którym mieściła się siedziba sekty. Byłem tam kilkakrotnie. Za pierwszym razem członkowie sekty byli jeszcze dość otwarci, pozwolili naszej ekipie wejść na teren, robić zdjęcia. Sam „guru” nie pokazywał się, wysyłał swoich przedstawicieli.
Spotkanie z wyznawcami sekty było wstrząsające. Opowiadali bzdury z pełną wiarą w prawdziwość swoich słów i w żaden sposób nie można ich nakłonić do dialogu. Gdy próbowałem podważać fakt, że Kacmajor nie jest bogiem, rozmowa natychmiast się urywała, a oni zachowywali się agresywnie - pluli, rzucali w nas. Byli naprawdę przekonani, że Kacmajor jest Bogiem i ma moc czynienia cudów.
Sekta była niezwykle złośliwa. Gdy któryś z członków próbował się uniezależnić od nich i uciekł - ścigali go. Znałem kilka przypadków, gdy uciekinierzy przez wiele miesięcy byli prześladowani anonimowymi telefonami, wybijano im szyby w oknach domów, w jednym przypadku doszło do pobicia.
W sekcie to Kacmajor był jedyną wyrocznią. On decydował o życiu i śmierci członków (dosłownie), on wskazywał kto ma z kim żyć, on uczył, żywił i ubierał. Każde nieposłuszeństwo było karane - dzieci czy kobiety zamykano na kilka dni w ciemnych pomieszczeniach.
Bardzo wielu wyznawców przekazało swe majątki Kacmajorowi. Ten jednak w szybkim czasie roztrwonił je, prowadząc dość lekkomyślną gospodarkę finansową sekty. I to prawdopodobnie był główny powód rozpadu sekty - po prostu członkowie nie mieli co jeść.
Z samym Kacmajorem spotkałem się w prokuraturze w Lublinie, gdzie czekał na przesłuchanie. Pamiętam jego pełne szaleństwa oczy, które na mnie akurat wrażenia nie zrobiły, ale musiały robić na ludziach, którzy szukali swej drogi w życiu. Nie powiedział wiele, bełkotał coś o swoim posłannictwie, o tym, że jest mesjaszem, a właściwie bogiem. Po zatrzymaniu Kacmajora sekta rozpadła się.

Tomasz Połeć

Autor jest dziennikarzem, współzałożycielem Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami

Tekst pochodzi z najnowszego wydania magazynu kryminalnego REPORTER

fot. screenshot/You Tube


Zobacz też:
więcej...

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Niebo stało się piekłem

Sekta religijna „Niebo” dla wielu wyznawców jest dzisiaj złym wspomnieniem. Jej guru, Bogdan Kacmajor potrafił zgromadzić wokół siebie grupę bezwzględnie posłusznych mu ludzi. Mieli swój dom, absurdalny system wartości oraz język i bez sprzeciwu wykonywali polecenia. Stracili dorobek życia, wpadli w nerwice, lęki, a niektórzy popełnili samobójstwa.

Urodzony w 1954 roku Bogdan Kacmajor twierdził, że już w dzieciństwie czuł w sobie siły boskie. Pierwsze widzenie, po którym miał się objawić  u niego dar uzdrawiania, pojawiło się w 1982 roku i od tego czasu jego życie uległo ogromnym  zmianom. Z dnia na dzień stał się cudotwórcą, który leczy wszystkie choroby. W ten sposób skupił wokół siebie rzesze wyznawców i po kilku latach założył sektę „Niebo”.

Posiadł moc absolutną

Pochodzi z Elbląga z rodziny inteligenckiej. Ojciec osierocił go, gdy mały Bogdan miał niespełna trzy lata. Zawsze  miał problemy z przystosowywaniem się do czyichś poleceń. To po latach zaprowadziło go do więzienia, gdyż odmawiał służby wojskowej, a gdy został do niej zmuszony, nie chciał wykonywać rozkazów. Skazany za to w 1978 roku na  dwa  lata więzienia, wyrok odsiadywał  w Elblągu i Sztumie. W osobnej celi zajmował się projektowaniem mebli, malarstwem i pisaniem prac zaliczeniowych strażnikom.
Cztery lata później - po dwutygodniowej głodówce – stwierdził, że doznał objawienia i ma dar jasnowidzenia oraz uzdrawiania. Miał się przed nim pojawić jego sobowtór, podążający w krystalicznie czystej wodzie z dnem pełnym rybich szkieletów. Gdy ich dotykał stopami, zamieniały się w ptaki i odlatywały ku niebu.
Od tego dnia jego życie zmieniło się radykalnie. Porzucił pracę w teatrze lalek, pozbył się z domu wszystkich „złych” przedmiotów i zostawił tylko Biblię. Twierdził, że posiada absolutną moc uzdrawiania chorób poprzez nakładanie rąk bowiem, powiedział mu o tym we śnie sam Bóg. Tak zaczął przyjmować ludzi w rodzinnym Elblągu, a pierwszą uzdrowioną miała być  jego ciotka. Od tego czasu  jego popularność rosła i rozchodziła się po całym regionie.

Uzdrawiał i straszył

Dwa lata później „cudotwórca” przeniósł się do wsi Kruszewnia obok Morąga (woj. warmińsko-mazurskie) i przyjmował chorych w swojej prywatnej posesji.  Bywało, że dziennie „uzdrawiał” 400 osób, które przyjeżdżały głównie z okolic Lubartowa (woj. lubelskie). Ta „praca” pozwoliła mu na reperację finansów i prestiż. Zdarzało się, że cudotwórca leczył ludzi nawet w salkach katechetycznych czy w  kościołach. Zatrudnił  kierowcę, sekretarkę, a pacjenci czekali w kolejce nawet  kilka miesięcy.
Uważał, że ludzie cierpią na choroby za grzechy z poprzednich wcieleń. Dlatego, aby przestać chorować, muszą stać się dobrzy. Straszył, że może te choroby uzdrowić, ale może też je na kogoś nałożyć.
Ludzie w Kruszewni pamiętają Kacmajora.
– To był taki typowy prosty facet. Nosił dżinsy, modne  koszule, skórę i okulary, dbał o swój wygląd.  Lubił wypić, palił dużo papierosów i klął. Znał się z moim mężem, który pochodzi z Maliniaka blisko Kruszewni, i czasami do nas zachodził. Nigdy nie widziałam w nim nic boskiego, wręcz przeciwnie, był takim zwyczajnym człowiekiem. Ale widziałam te tłumy, które do niego przyjeżdżały – opowiada 59-letnia Jadwiga G. z Morąga – Ja nie wierzyłam w jego cuda, choć na początku zastanawiałam się nad tym, bo moja ciotka została wyleczona z bólów kręgosłupa. Po roku te bóle jej wróciły. Zapytałam go kiedyś: Boguś ty naprawdę w to wierzysz? A on mi powiedział ‘ wierzę i dlatego leczę’  i tak bardzo głośno zaczął się śmiać.
Inny mieszkaniec Morąga Grzegorz P. uważa, że miał spore sukcesy i wielu ludziom pomógł w wyleczeniu. – Sam do niego się zapisałem, bo miałem chore stawy. Jak nałożył na mnie ręce, to poczułem dziwne prądy i zawroty głowy. Później nie miałem już żadnych problemów ze zdrowiem – przyznaje  mężczyzna.

Oddawali majątki

W 1990 roku Kacmajor rozwiódł się z żoną, sprzedał  posiadłość w Kruszewni i przeniósł się  do wsi Majdan Kozłowiecki koło Lubartowa. Co dziwne, najwięcej jego uzdrowionych pacjentów pochodziło z tamtych terenów.  Kupił tam ponad 30 hektarów ziemi i rozpoczął budowę dużego domu dla rodziny i około 40 wyznawców. Przy budowie domu pomagał im najbogatszy człowiek z tamtych terenów.
Wyznawcy widzieli już w Kacmajorze swojego guru. Byli mu podporządkowani do tego stopnia, że oddawali cały swój dobytek, sprzedawali domy, samochody i mieszkania, z których  pieniądze przekazywali Kacmajorowi. Nie pracowali zawodowo, nie oglądali telewizji, nie słuchali radia, nie czytali prasy, odmawiali służby wojskowej, rejestracji urodzeń dzieci i posyłania ich do szkoły, oraz leczenia u lekarzy. Wierzyli, że  rezygnacja z życia i oddanie się  w ręce Boga, da im  moc uzdrawiania oraz wywoływania chorób i śmierci. W swoim zaślepieniu  zniszczyli swoje dokumenty tożsamości i przybrali absurdalne imiona: „Raj”, „Autobusem przez Miasto”, „Trójkątyzacja Kota”, „Anioł Rowerowy”, „Do Góry Nogami”, czy „I Śrubokręt Nie Pomoże”. Sam  Kacmajor  przybrał imię  „Nie”, a jego druga  żona „Bo” (co razem oznaczało „Niebo”). Grażyna U. - absolwentka  muzykologii i pedagogiki urodziła  mu siedmioro dzieci, choć według planów  miało ich być tyle co plemion Izraela - dwanaścioro. Dzieciom nadali imiona: „Niebo Idzie”, „Do”, „Nas”, „Co Dzień”, „Nowe”, „Świtem” i  „Mądrość”. 
Twierdził,  że imię dla Boga nie jest ważne. Powtarzał: „Moje nowe imię: „Nie” ma sens, a stare imię „Bogdan” gówno znaczy”.

Przydzielał żony

Tak powstała sekta z pełną nazwą „Niebo - Zbór Chrześcijański Leczenia Duchem Bożym”. Przy posesji postawili  wykonany z patyków drogowskaz: „Niebo” - ale nazwa często ulegała modyfikacjom.
W 1991 roku Kacmajor rejestruje spółkę cywilną Leczenie Ludzi przez Nakładanie Rąk, w 1992 roku: Leczenie Duchem Bożym w Imieniu Jezusa Chrystusa przez Nakładanie Rąk, inne nazwy to m.in. Państwo Jutrzenki Pomocy Nieustającej.
Kobiety obowiązywało całkowite posłuszeństwo wobec mężczyzn, wymagało się od nich rodzenia dzieci, które miały stanowić nową, ulepszoną wersję człowieka. Misją sekty było przygotowanie 144 tysięcy osób, które miały przeżyć zagładę świata zapowiadaną przez guru w 2000 roku.
Wyznawcy kpili z prawa i posługiwali się językiem seplenionym, pozbawionym:  ą, ę, sz, cz, ś, ż, ź, itp. Sami sobie udzielali ślubów błogosławionych przez Kacmajora. Doszło do sytuacji, gdy guru nakazał poślubić 14-letniemu chłopcu 25-latkę. Ta, mająca już dwoje dzieci z innym, urodziła  kolejne dziecko.
Kacmajor nie tylko przydzielał nowe imiona i nowe żony, ale sam odbierał porody, uczył dzieci i nie posyłał ich do kościoła. Szkoła była dla niego czymś zepsutym i uczącym niewiary, zaś kościół katolicki odszczepieńcem od Boga.

Beczeli  jak barany

Miejscowi z  Majdanu byli im na początku przychylni, zwłaszcza po tym, jak wyznawcy sprzedawali za bezcen swoje pralki i telewizory, uważając to za przeszkodę materialną w drodze do czystości. Traktor sprzedali za dziesięć  jajek, volkswagena za worek ziemniaków.
Przyszedł czas, że brakowało im pieniędzy, bo chorzy już nie walili do nich tłumami.  Być może dlatego, że Kacmajor sam już nie leczył, ale „przyuczał do uzdrawiania” co niektórych, w tym  nawet byłego policjanta z Lubartowa.
Tymczasem zaczęły się zgłoszenia od rodziców, których nastoletnie dzieci nie chciały opuścić sekty. Do  policji  napływały  sygnały o nierejestrowaniu noworodków i „Niebo” zaczęło być na językach mediów. W końcu doszło tam  do tragedii, gdy jedna z kobiet, która wstąpiła do sekty pod wpływem męża, po kilku latach napisała list pożegnalny, pojechała do Lublina i rzuciła się z dwunastopiętrowego wieżowca.
Natomiast jeden z  wyznawców został znaleziony martwy, gdy opuścił - bez środków do życia - areszt. Zwłoki odkryli w lesie robotnicy,  miał nóż w ręce i przeciętą tętnicę szyjną. Zaczęły się także niesnaski z miejscowymi, więc Kacmajor przepowiedział kilku z nich szybką śmierć, „zadawał” klątwy i wraz z innymi wygwizdywał procesję, która w Dzień Matki Boskiej Zielnej szła  przez wieś. Wyznawcy krzyczeli do tłumu obraźliwe słowa, beczeli jak barany i mierzyli do ludzi z pistoletów wystruganych z drewna. 
Gdy umarł człowiek ze wsi, sekta wystawiła przy drodze kukłę zrobioną na jego podobieństwo z  napisem: „On nie chciał się z nami bawić”.

Morderca w „Niebie”

Mieszkańcy zaczęli się ich obawiać. Do otwartego konfliktu doszło, gdy członkowie sekty zaczęli kraść we wsi. Guru tłumaczył, że kradną, aby m.in. wejść na policję i rozmawiać o Bogu, że Chrystusowi ludzie dawali pieniądze i on też nigdzie nie pracował, że prawo mówi: z wiary żyć będziecie. Gdy policja próbowała przeszukać posesję, wyznawcy wzięli w ręce siekiery. 
Przez jakiś czas w sekcie ukrywał się Janusz Ochnik, zabójca czterech żołnierzy z jednostki wojskowej w Zegrzu. Gdy trafił na obserwację psychiatryczną do szpitala w Abramowicach pod Lublinem, tam poznał Kacmajora. Wkrótce Ochnik uciekł ze szpitala i ukrywał się w „Niebie” w specjalnie dla niego wybudowanym schowku. Jednak zimą 1994 roku Kacmajor uznał, że zbieg jest dla sekty zbyt wielkim ciężarem i wygonił go z „Nieba”.
W końcu „Niebo” przestało sobie radzić, bo skończyły się pieniądze. Nie było jedzenia i prądu, a guru kazał odejść tym  najbardziej słabym - nie zastanawiając się, dokąd mają pójść. Pod  koniec 2002 roku sekta opuściła wieś, wydzierżawiając dom na dwa lata sąsiadowi.
 Zatrzymali się na Podhalu w miejscowości Stare Bystre i tam wynajęli mieszkanie. Stamtąd wraz z matką uciekł Dawid K.  - jeden z synów Kacmajora. Chłopiec uważał swój dom za nienormalny,bał się też zamierzeń ojca o zbiorowym  samobójstwie w razie ciężkiej  sytuacji  życiowej. Po czterech dniach błądzenia - bez jedzenia i dachu nad głową -  matka Grażyna U. kazała synowi zgłosić się do domu dziecka, natomiast  sama znikła.
Zaraz po tym, do nowego mieszkania guru zapukali policjanci, bo zatrzymali jednego z wyznawców, gdy ten chciał sprzedać kradzioną konsolę. Odebrano mu też resztę dzieci. Policjanci odwiedzali go jeszcze kilkakrotnie, więc razem z  innymi znowu zmienił miejsce pobytu. Gdy wrócił do Majdanu, zastał tam wybite szyby i zdewastowane wnętrza. 
Od 2005 roku nikt go już tam nie widywał, a ludzie mówili, że podobno osiedlił się na Ukrainie, gdzie miał stałych pacjentów.

Zabiła ich sekta

Grupie zostały postawione zarzuty działalności przestępczej, izolacji i tworzenia dziwacznych imion. Byli członkowie  donosili, że  kilkoro z urodzonych dzieci zginęło, natomiast te które zmarły, i płody z poronień były zakopywane na terenie sekty i w pobliskim lesie. Kacmajor był już wcześniej podejrzewany m.in. o zabójstwa noworodków oraz sprzedawanie dzieci za granicę. Śledztwo w tej sprawie i oględziny posesji w Majdanie zostało przeprowadzone  w 1997 roku, ale nic nie udało się znaleźć.
Jeden z byłych wyznawców postanowił wszystko opowiedzieć w swojej książce „Pięć lat w sekcie Niebo”. Sebastian Keller szczegółowo opisuje wszystkie tego konsekwencje.  Podkreśla, że nie wszyscy, którzy głoszą uzdrowienie w imię Chrystusa, znają prawdziwego Zbawiciela, a przywódcy sekt przyciągają do siebie ludzi czyniąc często znaki i cuda, ale mocą, która nie pochodzi od Boga. „Ponieważ w niczym nie byłem lepszy od Macieja, Damiana, Jagody, Mariusza, Lucyny, Sławka oraz Przemka, których już nie ma, którzy stracili życie przez tę sektę. A ja żyję i może tylko po to, aby dać świadectwo o ich cierpieniu, o tym, jak wiele zła „Niebo” i Bogdan Kacmajor wyrządził im i ich bliskim” – pisze autor.
Sebastian, który do sekty trafił jako zapatrzony w Kacmajora 20-latek, spędził tam 5 lat, zanim zdecydował się odejść: - W końcu moje życie w Niebie zamieniło się w piekło. Cierpiała też moja żona, którą poznałem po rocznym pobycie w Majdanie i przywiozłem do sekty. Przez pierwsze dwa lata byłem w hierarchii niebiańskiej bardzo wysoko, można powiedzieć: „pupilek Kacmajora". Czułem się przez niego wyróżniany, był dla mnie jak ojciec i tak go traktowałem. Potem byłem już jak zaszczute zwierzę, zamykany przez miesiąc na strychu, straszony, przeklinany. Pod koniec mego pobytu, trzech największych osiłków w sekcie zaprowadziło mnie do pustego pokoju - tam mnie tłukli przez pół godziny za złe myśli o Grażynie Kacmajor, i za to, że nie jestem posłuszny. Marzyłem, aby stamtąd uciec. Dwa razy próbowałem, lecz po paru godzinach wracałem, bo tam przecież była moja żona i kochana córka. Najgorsze było to, że Kacmajor nam wmówił, iż jest bogiem, który zstąpił na ziemię, a jego najstarszy syn to Chrystus.
Wspomniana Jadwiga G. z Morąga, która wraz z  mężem  znała  Kacmajora, kręci ze zdziwienia głową, bo nie wierzy, że człowiek jest zdolny do uwierzenia w takie rzeczy; – Nie rozumiem tych ludzi, bo jak widzieli, że tam już dzieje się źle, to powinni byli odejść. Przecież musieli widzieć, że to nie ma nic wspólnego z Bogiem.
Aneta Dzich

Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu REPORTER





 fot. siedziba sekty "Niebo" - screenshot, You Tube
więcej...

czwartek, 15 stycznia 2015

Czy my jeszcze mówimy po polsku?

„Selfie” to wyraz, który w minionym roku zrobił w Polsce oszałamiającą karierę.  W głosowaniu językoznawców na „słowo roku” zajął drugie miejsce, tuż za „kilometrówką”.  Szkoda, że „selfie” nie dorobiło się jakiegoś sensownego polskiego odpowiednika. Używana zamiennie „słitfocia”, też przecież nie jest za bardzo po polsku, a „samojebka” jakoś nie wszystkim przypadła do gustu…
    



Dymek: Rzepka 

Humor pochodzi z najnowszego wydania magazynu Reporter - już w sprzedaży. 



więcej...

piątek, 5 grudnia 2014

Były szpieg CIA w sieci reportera

To była jedna z najgłośniejszych i najbardziej spektakularnych spraw kryminalnych w połowie lat  dziewięćdziesiątych. Oto, według relacji przekazywanych reporterowi "Expressu Wieczornego" przez informatora,  na czele grupy dokonującej w Warszawie pospolitych przestępstw miał stać Andrzej Kiełczyński,  najważniejszy szpieg CIA w  Izraelu, były terrorysta i  bliski współpracownik  byłego premiera tego kraju, M. Begina (na zdjęciu z A. Kiełczyńskim). Gang rozpracował Radosław Rzepka - wówczas reporter śledczy "Expressu Wieczornego", dziś dziennikarz "Reportera". Teraz przypominamy tamto spektakularne wydarzenie.

* * *
W 1992 roku  Andrzej Kiełczyński  przyjechał do Polski wraz ze swoim bratankiem Albertem, który okazał się jednym z najgroźniejszych przestępców ostatniego dwudziestolecia w Polsce.
Mój informator  twierdził, że gang miał na swoim koncie kilkadziesiąt włamań do różnych instytucji: biur, hurtowni, sklepów i mieszkań w Warszawie, a także zbrojny napad na dom numizmatyka w Wielkopolsce.
- Albert, to wysportowany facet przed czterdziestką. Wyszkolony w izraelskiej armii, potrafi otworzyć okno za pomocą dwóch noży  – mówił mój rozmówca. 
Łupem przestępców padał sprzęt komputerowy i optyczny, kopiarki, części samochodowe, a także odzież. Towar trafiał do paserów, następnie sprzedawany był pod Pałacem Kultury i  Nauki oraz w przejściach podziemnych w centrum miasta.
Grupa liczyła zazwyczaj cztery osoby, jej trzon był niezmienny – zmieniali się tylko współpracownicy. Działalności Andrzeja i Alberta Kiełczyńskich w Polsce od pewnego czasu  przyglądali się także warszawscy policjanci.

Mossad na nas napadł!
Okoliczności zatrzymania  Kiełczyńskich były bardzo dramatyczne. Na początku  stycznia 1994 roku - wynajmujący mieszkanie na warszawskim Gocławiu - Andrzej i jego bratanek wybrali się na umówioną wizytę do uzdrowiciela mieszkającego w Podkowie Leśnej. Wsiedli do mitsubishi, a w ślad za nimi ruszyli nieoznakowanym radiowozem policjanci z Pragi Południe.
W pewnej chwili samochód kierowany przez Alberta zajechał drogę zwykłemu patrolowi policji i zatrzymał się na wezwanie. Policjanci z patrolu nie wiedzieli, że mężczyźni w mitsubishi byli śledzeni przez innych funkcjonariuszy. Nie wiedzieli  też, że zatrzymani mieli przy sobie broń.  Kiełczyńscy odegrali przed mundurowymi  teatralną scenkę. Udawali, że nie rozumieją po polsku, zaś sami mówili po hebrajsku. Pokazali izraelskie dokumenty, a starszy z nich wyjął  kartkę z tekstem: „Przepraszam. Jestem pracownikiem amerykańskiego wywiadu CIA. Nie mówię po polsku”. Policjanci zbaranieli, ale w końcu pozwolili im jechać dalej. Kiełczyńscy zostali zatrzymani późnym wieczorem, po powrocie od uzdrowiciela, kiedy wchodzili do bloku.
– Albercik, Mossad na nas napadł! – krzyczał Andrzej. Ale bratanek nie zdążył sięgnąć po broń, gdyż został błyskawicznie obezwładniony.
W mieszkaniu, strzeżonym przez wyszkolonego psa, policjanci znaleźli przedmioty pochodzące z włamań, amunicję oraz maski służące przestępcom do napadów. Funkcjonariusze odebrali dwa pistolety: gazowy, przerobiony na ostrą amunicję oraz VIS –a.  Po zatrzymaniu Andrzej  Kiełczyński  był bardzo pewny siebie. Sprawiał wrażenie osoby nietykalnej.
– W czasie przesłuchania rozłożył na biurku cały wachlarz wizytówek.  Były na nich nazwiska osobistości z pierwszych stron gazet  - mówił mi policjant z Pragi Południe.
 Andrzejowi Kiełczyńskiemu, który utrzymywał, iż nie wie czym zajmuje się jego bratanek, postawiono zarzut nielegalnego posiadania broni i zdecydowano o miesięcznym areszcie. Albert Kiełczyński  trafił za kratki pod znacznie poważniejszymi zarzutami,  m.in. napadu z bronią w ręku na dom numizmatyka w Jastrowiu.
Po zatrzymaniu Kiełczyńskiego zrobił się szum nie tylko w polskiej, ale i w izraelskiej prasie, która  w tamtym czasie częściej niż o nim  pisała o jego córkach. Starsza była bowiem żoną syna Mosze Dajana (był ministrem Obrony Narodowej i Spraw Zagranicznych Izraela - przyp. red),   natomiast młodsza popularną aktorką i modelką.

Terrorysta i przyjaciel premiera
Andrzej Kiełczyński, Polak z Radzymina, syn byłego członka Komunistycznej Partii Polski, w 1958 roku wyjechał jako dwudziestolatek z rodziną do Izraela.  Otrzymał tam obywatelstwo, wstąpił do armii i brał udział w wojnie sześciodniowej z Egiptem. Zapisał się do prawicowej partii Herut, której  z czasem zmieniono nazwę na Likud („Jedność” ) i został bliskim współpracownikiem Menachema Begina, późniejszego premiera Izraela.
 W latach 70. ubiegłego wieku brał udział w akcjach terrorystycznych skierowanych przeciwko RFN - zajmował zbrojnie ambasadę tego kraju w Tel Awiwie,  to samo uczynił w  Instytucie Goethego, a także podpalił biuro Lufthansy.
Ówczesne władze Izraela przymykały oczy na te wyczyny Kiełczyńskiego, a wymiar sprawiedliwości fundował mu niskie wyroki w zawieszeniu.
 „Wszystkie te akty o charakterze terrorystycznym miały jeden, jedyny cel – nieustanne wpędzanie Niemców w kompleks żydowski. Trudno przecenić korzyści płynące z tego iście makiawelicznego pomysłu Begina. Pomysłu, który jego następcy przejęli w odniesieniu do innych narodów, nie tylko Niemców. Być wyrzutem sumienia na politycznej mapie świata, to przecież pozycja wymarzona. Koniec końców ta polityka zaszczepiania kompleksu żydowskiego tak im weszła w krew, że od pewnego czasu prowadzona jest wobec Polski” – przyznał Kiełczyński w swojej książce „Amerykański piorun”.
 Andrzej Kiełczyński, który w Izraelu obracał się w najwyższych kręgach władzy, twierdził, że w 1985 roku został zwerbowany do pracy w CIA i był jej najważniejszym agentem w Tel Awiwie. Działał pod pseudonimem „Piorun” i przekazywał Amerykanom informacje o politycznych planach rządu, rozmieszczeniu broni atomowej na terenie Izraela, a także o wykorzystywaniu pieniędzy przesyłanych do tego kraju przez Stany Zjednoczone.  Zdemaskowany musiał wyjechać z Izraela, gdzie zablokowano mu wszystkie konta.

Agent CIA czy hochsztapler
Kiełczyński  przyjechał do Polski w 1992 roku i niemal od razu otworzyły się przed nim drzwi najważniejszych gabinetów w państwie. Stał się osobą znaną i bywałą na salonach.
Prezydent Lech Wałęsa nadał mu w trybie pilnym polskie obywatelstwo.  Mirosław Chojecki zrealizował o Kiełczyńskim film, w jednej z gazet zaczęły ukazywać się wspomnienia o jego szpiegowskiej działalności w Izraelu.
Kiełczyński  proponował napisanie książki znanemu pisarzowi Zbigniewowi Safjanowi, ale współautor „Stawki większej niż życie” odmówił. Problem tkwił w tym, że to co dla Kiełczyńskiego stanowiło dowody na jego współpracę z CIA, dla innych już nie było tak wiarygodne. Często były to  hotelowe i telefoniczne rachunki, bilety lotnicze, kartki pocztowe itp. 
W końcu trafił do Roberta Ginalskiego z wydawnictwa  Da Capo.  Współautor i wydawca  „Amerykańskiego pioruna” mówił potem, że nie czuł się bezpiecznie podczas tych spotkań. Tak jakby Kiełczyński, któremu bardzo zależało na tej książce, usiłował wywierać na nim presję. Pojawiał się w jego domu w towarzystwie bratanka Alberta. Przyprowadzali ze sobą psa – owczarka niemieckiego, którego drażnili czymś w rodzaju pałki z paralizatorem. Sam Kiełczyński podpierał się przy chodzeniu gustowną laską, z której po naciśnięciu przycisku wysuwał się sztylet. Mówił, że to z względów bezpieczeństwa, na wypadek gdyby zaatakowali go agenci Mossadu.
 Andrzej Kiełczyński był człowiekiem schorowanym, cierpiał na cukrzycę. Twierdził, że nabawił się jej pracując dla CIA. Domagał się od Amerykanów 300 tysięcy dolarów odszkodowania za utratę zdrowia. Rozpoczął nawet w tej sprawie protest głodowy. Wraz z Albertem rozłożyli leżaki przed ambasadą amerykańską w Warszawie i siedzieli tam, spożywając  jedynie soki. Zrezygnowali z głodówki, bo Amerykanie pozostawali niewzruszeni na żądania byłego agenta.

Bratanek zabójcą
Albert Kiełczyński do 16 roku życia wychowywał się na warszawskiej Woli. W 1972 roku, po śmierci matki  wyjechał do Izraela, gdzie zaopiekował się nim najpierw ojciec, który był artystą malarzem,  a potem stryj Andrzej. Następnie wstąpił do armii izraelskiej. Brał udział w wojnie w Libanie. Za napady rabunkowe z bronią w ręku m.in. na jubilera, odsiedział w izraelskim więzieniu osiem lat.
Po przyjeździe ze stryjem do Polski zorganizował grupę przestępczą. Za napad rabunkowy na kolekcjonera monet i przestrzelenie mu kolan, dostał wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności.
Podczas przerwy w odbywaniu kary - spowodowanej chorobą nowotworową - związał się z poznańskim światem przestępczym, a następnie zastrzelił w poznańskiej Cafe Głos mężczyznę, bo jak twierdził, nie chciał się z nim rozliczyć z pieniędzy za kradzione samochody. Złapany i ponownie postawiony przed sądem, został skazany na dożywocie. Chory na raka Albert Kiełczyński zmarł w więziennym szpitalu w trakcie odbywania kary.
Zaś jego stryj, „Amerykański Piorun”  po opuszczeniu aresztu mieszkał jeszcze przez pewien czas w jednej z warszawskich plebani, a potem wyjechał z Polski i słuch o nim zaginął. Aleksander Rozenfeld,  polski poeta i publicysta żydowskiego pochodzenia, który znał Kiełczyńskiego, tak o nim napisał: „Niespełniony malarz – Bozia talentu nie dała, niespełnione aspiracje oficerskie – naturalizowanym Żydom stopni nie przyznają, przeżyta wojna sześciodniowa – w czołgach na Wzgórzach Golan, wreszcie tęsknota za tym, żeby naprawdę być kimś ważnym. (…) Andrzej Kiełczyński trafił – i w Izraelu i w Polsce - tak jak zawsze marzył, na pierwsze strony gazet. Smutne tylko, że to nie jako malarz, polityk, pisarz, ale zwyczajnie – w kryminalnej kronice.”.
Radosław Rzepka

Fot. z książki "Amerykański piorun".

Tekst pochodzi z magazynu kryminalnego REPORTER

więcej...

środa, 26 listopada 2014

Prezes ubiera się w fundacji

Drobny, niewysoki, długowłosy, z wygolonymi po obu stronach głowy bokami, wciąż modnie ubrany, w oczy rzucają się słynne już oprawki Armaniego – tak prezentował się Jakub Ś. prezes Fundacji Kidprotect.pl, który wpadł spóźniony na kolejną odsłonę procesu w sprawie sprzeniewierzenia fundacyjnych pieniędzy i przygarnięcia majątku o wartości ponad 400 tysięcy złotych.

Jakub Ś. urodzony w 1973 roku, od ponad 10 lat prowadził Fundację zajmującą się zwalczaniem pornografii dziecięcej – Kidprotect.  Pomysł przyszedł z ulicy – kiedyś podszedł do niego sprzedawca z kasetą wideo z dziecięcą pornografią, z którym nawiązał kontakt w celu namierzenia go i przekazania policji. Tak też się stało, a to dość osobliwe spotkanie zainspirowało Ś. i rozpoczął walkę  - jak mu wówczas policja sugerowała – z wiatrakami.
W krótkim jednak czasie fundacja Kidprotect mogła stanąć w szranki z fundacyjnymi tuzami w walce o prym i skuteczność w działaniu, sam zaś Jakub Ś. stał się ekspertem od dziecięcej pornografii i wykorzystywania nieletnich, w mediach było go pełno.

Vip Style

Pomysłami sypał jak z rękawa, był niezwykle twórczy i kreatywny – tak oceniają go przyjaciele i dawni współpracownicy. W trakcie funkcjonowania fundacji, zorganizował m.in. spektakularną kampanię społeczną „Bicie jest głupie” z udziałem znanych aktorów, przeprowadził różnorakie projekty, jak np. „Milczenie nie jest złotem” – na co dostał dofinansowanie z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (ponad 130 tys. zł), czy „Stop pedofilom” – cykl szkoleń, na które z Funduszu Inicjatyw Społecznych otrzymał około 100 tys. złotych. Z projektów tych Fundacja nigdy się nie rozliczyła. Otrzymywał też pokaźne dofinansowania od sponsorów prywatnych – od firmy Orange ponad 200 tys. zł, od T-Mobile – ponad 300 tysięcy. Pieniądze te miały być przeznaczane na szkolenia z bezpieczeństwa dzieci w sieci i miały być organizowane za darmo. Nie były – szkoły ponosiły wcale niemałe koszty takich szkoleń (za jedno Ś. liczył sobie ok. 450 zł).
Do firmowania Fundacji znanym nazwiskiem, zatrudnił w jej Radzie Programowej m.in. Supernianię, czyli Dorotę Zawadzką. Funkcja ta była bezpłatna, a sama Rada spotkała się raz, miała być organem doradczym, nie miała dostępu ani wiedzy o tym, co się dzieje na koncie fundacji.
- Kuba był świetny  w pozyskiwaniu pieniędzy, ma ogromny dar w tej sprawie – zeznała Monika Z., która pracowała w fundacji przez 4 lata na stanowisku koordynatora.
Na co szły przekazywane przez darczyńców pieniądze? Od pewnego momentu ogromne sumy były – jak czytamy w akcie oskarżenia – wydawane na cele niezwiązane z fundacją. Do nich należały wydatki m.in. na skuter ( „jeden mu się znudził, więc oddał go córce Agnieszce” – zeznała współpracownica Jakuba Ś.), okulary Armaniego ( „mówił, że kupił je sobie za 2 tysiące za pieniądze fundacji” – przyznała Monika Z. ).
- Jakiś Pan przekazywał regularnie po 100 złotych. Nasza Klasa dała 15 tysięcy złotych na auto fundacyjne. Nigdy nikt tego auta nie widział – zeznał kolejny współpracownik fundacji.
Jakub Ś. niezwykle chętnie odwiedzał ulubione sklepy – Peek & Cloppenburg, Barakuda, Vip Style, Bata, Van Graf, TK Maxx. Wyciąg z fundacyjnego konta, przedstawia wydatki na te zbytki w kwotach od kilkaset do kilku tysięcy złotych. Do tego najdroższy sprzęt firmy Apple, perfumy, pralnia, wycieczka do Turcji (odpoczywał tam wraz z narzeczoną), rozliczne przejazdy taksówkami oraz stołowanie się w drogich restauracjach – głównie na terenie Złotych Tarasów.
- W trakcie spotkań;  kiedy nie mieliśmy jeszcze siedziby fundacji, spotykaliśmy się na mieście – zeznała Agnieszka S., współpracownik fundacji w 2009 roku – Kuba płacił rachunki. W trakcie dwugodzinnego spotkania, potrafił zamówić sobie 3 – 4 drinki, zazwyczaj wódkę z colą. Było to dla mnie, jak i innych dziewczyn, porażające – wyznała. W kwestii rozbijania się po mieście taksówkami, dodała: - Poruszał się taksówkami zawsze i wszędzie, jakby miał prywatnego szofera.

Fundacja to ja

- Nigdy nie zdarzyło się, by fundacja wspierała poszkodowane dziecko czy inną osobę finansowo lub rzeczowo, oferowane było tylko poradnictwo – informowała w zeznaniach Anna B., pracownica fundacji.
 Celem fundacji była działalność naukowo-oświatowa, głównie szkolenia z zakresu bezpieczeństwa dzieci w Internecie, choć działania fundacji rozciągnęły się na realizację kampanii społecznych oraz lobbowanie zmian prawa. Pieniądze od sponsorów były przeznaczane głównie na szkolenia z zakresu bezpieczeństwa w sieci.
Z danych finansowych, załączonych do materiału dowodowego, wynika, że np. w 2010 roku darowizny wyniosły 164 tysiące złotych. Z tego Fundacja na cele statutowe przeznaczyła 30 tysięcy, na cele administracyjne – przy zatrudnieniu 3 osób (Ś. nigdy nie zatrudnił się na żadną umowę, w fundacji pełnił swą funkcję społecznie, „bez wynagrodzenia” – jak przeczytać można w statucie) - 55 tysięcy zł. W 2012 roku na cele niestatutowe Ś. wydał ponad 190 tysięcy zł. Akt oskarżenia wymienia sumę ponad 413 tysięcy złotych jako tę, którą przeznaczył na wydatki prywatne.
- Kuba z jednej strony jest wizjonerem, erudytą, ekstremalnie inteligentną osobą, robiącą bardzo dużo rzeczy niestety naraz. Z drugiej strony niezdarną, rozchwianą emocjonalnie i mało skrupulatną – powiedziała o swym byłym szefie jedna z jego pracownic.
Jakub Ś. miał prostą odpowiedź na niefrasobliwość wydatkowania fundacyjnych pieniędzy – po pierwsze w większości były zasadne, a po drugie po prostu nie umiał odnaleźć się w papierach. I tak sprzęt firmy Apple był potrzebny fundacji, gdyż sam wykonywał dużo pracy graficznej, jeśliby ją oddawał specjalistom, wydatki byłyby dużo większe. Ponadto mógł w każdej chwili pracować, gdyż fundacja to było całe jego życie.
 - Pracowałem dla fundacji po kilkanaście godzin dziennie. Oddałem jej całe swoje zdrowie, a w trakcie pracy nabawiłem się cukrzycy - zeznawał 6 lutego tego roku.  Podczas jednego z przesłuchań wyznał z kolei  - w tonie przywodzącym na myśl  Ludwika XIV i jego słynne „Państwo to ja” -  że: „Fundacja była mną, a ja fundacją”. I choć uznał, iż „część z tych wydatków jest nie tylko prawnie, ale i etycznie nie do obrony” oraz, że „czas refleksji pokazał mi, że marny ze mnie menadżer”, to dodał jednocześnie, iż „wystarczyło, bym od samego początku zadbał o sformalizowanie swojej pracy w fundacji i zatrudnienie się na umowę o pracę”. Ś. roztoczył wizję, że przecież gdyby był tak zrobił i przyznał sobie płacę na poziomie szefa pozarządowej organizacji w wysokości co najmniej 5 tysięcy złotych, to przez 10 lat funkcjonowania w tym stanie ducha i materii, zarobiłby 600 tysięcy, a  tymczasem zarzut dotyczy 413 tysięcy.
Wszystko to składa na karb roztrzepania i bałaganiarstwa. - Nie pilnowałem faktur, ja się w tym pogubiłem, wymknęło mi się to spod kontroli. Jestem bałaganiarzem, nie złodziejem.
Pracownice fundacji nie dają jednak wiary takim tłumaczeniom szefa. To one zawiadomiły w  październiku 2012 roku prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
- Absurdem jest dla mnie to, że Kuba tłumaczył to niefrasobliwością. Z nim były rozmowy, on wiedział, co robi. Kuba doskonale radził sobie z pieniędzmi, wydawał je na swoje cele – wyznała Monika Z.
- Jak poznałam Kubę, to ubrany był przeciętnie. Z wyglądu mogę stwierdzić, że miał mało ubrań. Później już sam mówił, że jego garderoba jest większa od Karoliny (jego narzeczonej) – zeznała Dagmara Z., współpracownik Fundacji.
W jego otoczeniu był „bajecznie zamożny” znajomy i włączyła mu się „kogucia rywalizacja” – jak sam przyznał Ś. Prezes Kidprotect miał mu zazdrościć tych zewnętrznych objawów zamożności. Taki sobie system samousprawiedliwień wymyślił, że skoro ma się spotykać z zamożnymi, nie może wyglądać jak obdartus.
- Dopadła mnie próżność i pycha – podsumował Jakub Ś.
- Skoro jestem tak ceniony, to więcej mi ujdzie płazem – wyjawiał swoje myśli na sali sądowej.

Od bohatera do zera

Konto fundacji zostało zablokowane w sierpniu 2012 roku przez ZUS i Urząd Skarbowy. Jakub Ś. nie odprowadzał składek ZUS, nie płacił pensji pracownikom. Od szkół pobierał pieniądze za szkolenia, na które otrzymywał dotacje od prywatnych darczyńców. Pracownice poinformowały o swoich podejrzeniach Dorotę Zawadzką (członka Rady Fundacji), ta miała krzykiem sprowadzić Ś. do pionu.
 - Skontaktowałam się z Kubą, pytałam, co się dzieje z pieniędzmi fundacji. Krzyczałam na niego, pytałam, czy zdaje sobie sprawę z tego, że okrada fundację. Odpowiedział mi, że to zwykła niefrasobliwość – opowiadała Zawadzka - Powiedziałam mu, że to się wyda i będzie afera, on na to, że sobie z tym poradzi i nie będzie problemu.
Jakub Ś. - za pośrednictwem swojego obrońcy, mecenasa Jacka Dubois - złożył wniosek o wydanie wyroku skazującego bez przeprowadzenia postępowania dowodowego. Ś. zaproponował sobie karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5, spłatę 250 tysięcy złotych na rzecz pokrzywdzonych i dopłaty do wysokości szkody (ponad 410 tysięcy plus zaległe pensje) w ratach, po 2 tysiące zł na miesiąc. Przewodniczący składu sędziowskiego Piotr Gąciarek nie przychylił się do prośby adwokata. Sprzeciwiła się temu także prokurator Magdalena Sowa. Prokurator wskazywała na działalność z premedytacją oraz niezgodne z prawdą tłumaczenia Ś. Konsola do gier, którą jak twierdził przekazał na dzieci niedosłyszące w Lublińcu, nigdy nie została tam odnaleziona. Kupił samochód, ale przemieszczał się taksówkami gdyż, jak tłumaczył, cukrzyca skutecznie wybiła mu z głowy pomysł zrobienia prawa jazdy – mógłby siać zagrożenie na drodze. Jednocześnie korzystał z zakupionych z fundacyjnych pieniędzy skuterów, którymi chwalił się na twiterze pisząc: „moje cudo-skutery yamaha”. Wyraził skruchę, ale jednocześnie podawał argumenty mające usprawiedliwić jego wydatki (brak pensji).
Jedna z byłych współpracownic wyznała w rozmowie z „Reporterem”, że skrucha, którą ma wyrażać pan Ś., w żaden sposób nie dotyczy pracowników Fundacji, których za swe zachowanie nigdy nie przeprosił. Nie liczy też na żadną rekompensatę, gdyż sprawa wlecze się już tak długo, iż wypatruje jedynie jej końca. Natomiast trzyletni okres pracy dla KidProtect wymazała, informacji tej nie zamieszcza w swoim cv.
Sam Ś. twierdzi, że jest skończony i nikt go nie zatrudni, ale już po przedstawieniu zarzutów, prowadził na facebooku zbiórkę na działalność fundacji, podając inne (niż fundacyjne) konto bankowe. Sam o sobie powiedział: - Wielu ludzi przechodzi drogę od zera do bohatera, ja przeszedłem drogę odwrotną z własnej winy.
 Mimo obaw i zapewnień o trudnościach w znalezieniu zatrudnienia, Ś. prowadzi dziś parentingowy portal madrzy-rodzice.pl. Jest on kontynuacją programu fundacji KidProtect, realizowanego wespół z rzecznikiem praw dziecka w latach 2010-2012, o tej samej nazwie. Prowadzony przez Ś. portal oferuje m.in. pomoc PR i marketingową czy zakup koszulek z hasłami, takimi jak „Tata – to brzmi dumnie”. Na sprzedaży samych gadżetów portal może zarabiać nawet do 50 tysięcy zł. miesięcznie, jak informuje nas przedstawiciel platformy sprzedażowo – dystrybucyjnej firmy Upsell.
Co ciekawe, właścicielem serwisu madrzy-rodzice.pl jest firma LN Media, a na jej czele stoi założyciel Fundacji Lex Nostra Maciej Lisowski.
W obronie Jakuba Ś. przemówiła także zastępca samego Ś., Anna Golus na łamach portalu, dla którego pracują: „Nie jest „oszustem”, „cwaniakiem”, „aferzystą”. Ciężko i uczciwie pracuje, by móc zarobić na chleb i spłatę długów, tworząc wartościowy serwis internetowy i ogromną społeczność rodziców, dla których może być nie tylko ekspertem (w momencie wybuchu afery nie stracił przecież swojej wiedzy), ale też żywym dowodem na to, że błędy (które zdarzają się każdemu) można i należy naprawiać”.
Gabriela Jatkowska

Tekst pochodzi z magazynu kryminalnego REPORTER 

***
Na początku listopada Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Jakuba Ś. na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu oraz zapłacenie 210 tys. złotych grzywny i 60 tys. zł. nawiązki. Jakub Ś. musi też zwrócić 36 tys. zł. fundacji w związku z zaległymi pensjami dla pracowników i składkami ZUS.  (r)


więcej...

czwartek, 20 listopada 2014

Prawie jak w Hollywood

Swego czasu gwiazdor filmowy, Hugh Grand nakryty został w Hollywood podczas uprawiania seksu z prostytutką w samochodzie. Aktor trafił do aresztu, a następnie objęty został dwuletnim nadzorem sądowym, zapłacił też 1,2 tysiąca dolarów grzywny. W Polsce sprawcy podobnych czynów w praktyce karani są najczęściej kilkusetzłotowymi mandatami. I niech mi teraz jakiś postępowiec powie, że jesteśmy zaściankiem…
Miewali w przeszłości problemy z seksem znani artyści, miewali politycy z pierwszych stron gazet, mają je również samorządowcy. Czy Hugh Grand jest ulubionym aktorem burmistrza podwarszawskiego Błonia – tego nie wiem. Wiadomo jednak, że tuż przed wyborami samorządowymi stał się on bohaterem najgłośniejszego skandalu obyczajowego w naszym kraju. W bulwarówce i Internecie pojawiły się zdjęcia ukazujące burmistrza oddającego się erotycznym igraszkom z 21-letnią panną w zaparkowanym pod lasem służbowym aucie. Burmistrz jest żonaty i ma czwórkę dzieci, zaś dziewczyna z którą romansował, w towarzystwie mówiła do niego „dziadku”.
Samorządowiec, to ktoś taki, kto bez wątpienia powinien być bliżej ludzi. Niestety, niektórzy najwyraźniej pojmują tę zasadę zbyt dosłownie.
Przy okazji tego skandalu przypomniałem sobie historię sprzed kilku lat, której bohaterem był ówczesny wiceburmistrz Lęborka, w woj. pomorskim. Ten z kolei postawił na innowacyjność uprawiając cyberseks. Po prostu umawiał się z młodymi kobietami na wirtualne randki podczas których rozmawiał o seksie, ochoczo prezentował przed kamerą swoje klejnoty i onanizował się. A wszystko to w godzinach pracy, w swoim gabinecie. W końcu jedna z dziewczyn, która łączyła się wiceburmistrzem przez skype’a zdecydowała się ujawnić ten proceder. Rozesłała maila do lokalnych mediów oraz części radnych. Zawierał on zdjęcia i zarejestrowany za pomocą kamery internetowej zapis randki.
Obaj lokalni włodarze utrzymywali, że padli ofiarą nagonki. Ale o ile tamten, lęborski skandalista po ujawnieniu afery sam zrezygnował z pełnionej funkcji, o tyle burmistrz Błonia zapowiedział walkę z mediami domagając się od prokuratury ścigania osób, które rozpowszechniły kompromitujące go materiały. Takie traktowanie sprawy, to nie nowość. Przypomina to chociażby zachowanie bohaterów słynnej afery taśmowej – nie jest istotna treść nagrań, ważniejsze, kto je ujawnił. Każda władza lubi zapominać, że rolą mediów jest, między innymi, tropienie i ujawnianie patologii wśród polityków i lokalnych działaczy, niezależnie od tego jakie reprezentują ugrupowania.

Felieton ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu REPORTER

fot.screenshot/You Tube

więcej...

środa, 19 listopada 2014

Bogatym pedofilom wolno więcej

Jesienią 2008 roku Donald Tusk zapowiedział, że wkrótce w Polsce pedofile będą kastrowani. Deklarował wówczas, że niebawem w Polsce będą obwiązywały przepisy, które umożliwią przymusową farmakologiczną kastrację pedofilów. Niestety, tak jak wszystkie inne obietnice Tuska, i ta pozostała niespełniona.
Co prawda rok później znowelizowany kodeks karny wprowadził pojęcie chemicznej kastracji, czyli leczenia pedofilów środkami na obniżenie potencji. Kastracja miała być przeprowadzana w specjalnie przygotowanych oddziałach szpitali psychiatrycznych.
Na otwarciu takiego oddziału, w szpitalu w Choroszczy (woj. podlaskie), zjawił się w 2011 roku sam Tusk, który po przecięciu wstęgi – w świetle kamer i blasku fleszy - obwieścił światu, że od tego momentu: – Terapia pedofilów zmniejszy recydywę tego typu przestępstw o 70 procent.
Tymczasem, do trzech takich ośrodków (wyposażonych w drzwi antywłamaniowe, kamery, szyby kuloodporne, czujniki ruchu itp.), trafiło bodaj trzech pedofilów. Żadnego nie poddano kastracji.  Szybko okazało się, że ośrodki te powstały tylko i wyłącznie na potrzeby PR. Zaś przestępstwa tego typu zamiast zanikać - zgodnie z obietnicą Tuska – narastały. Rok później ofiarą pedofilów padło 7426 dzieci, czyli o jedną trzecią więcej niż  w 2011 roku!
Zapewne na podniesienie statystyk miały wpływ tzw. „elity”, które usprawiedliwiały pedofilię przy okazji sprawy Romana Polańskiego. Zdaniem jego obrońców - wśród których znaleźli się m.in. Andrzej Wajda, Katarzyna Figura, Dorota Stalińska, Monika Olejnik czy Krzysztof Zanussi - „Polański i tak wiele już wycierpiał przez ponad 30 lat ukrywania się". Na czym cierpienie to miało polegać? Tego dokładnie nie wiadomo. Czy na tym, że Polański jeździł po całym świecie, kręcił filmy, założył rodzinę, pozostał bogatym i szanowanym człowiekiem?
Ostatnio też okazało się, że pedofilia w jego wykonaniu jest lżejsza niż np. pedofilia abp Wesołowskiego. W końcu ktoś musiał to głośno stwierdzić. „Przestępstwo to bywa lżejsze i cięższe” -  oznajmiła profesor Magdalena Środa – „wina moralna Polańskiego wydaje się nieco lżejsza”. Jasne, wszak jest artystą i to bogatym, a takim wolno więcej.
Z takiego założenia wychodzą nie tylko tzw. „autorytety moralne", ale również politycy. Ponoć przez ostatnich kilka miesięcy lobbowano w Pałacu Prezydenckim na rzecz gwarancji nietykalności w Polsce dla Polańskiego. Mówi się, że zamierza on zamieszkać na stałe w Krakowie i chce mieć pewność, że nie zostanie wydany ścigającym go Amerykanom.  I takie obietnice niemal oficjalnie padły. Premier Ewa Kopacz  stwierdziła, że  Polański nie powinien podlegać ekstradycji.
Arcybiskup Józef Wesołowski też może spać spokojnie, gdyż jest obywatelem Watykanu, a watykańskie prawo nie przewiduje jego ekstradycji.
Moim zdaniem obaj powinni trafić co najmniej na zabieg do ośrodka w  Choroszczy. Niechby spełniła się choć jedna obietnica Tuska.
Janusz Szostak

Felieton pochodzi z najnowszego wydania magazynu kryminalnego REPORTER - od dziś w sprzedaży.



Dymek: Rzepka

więcej...

środa, 15 października 2014

Wielki napad na badylarza

Eugeniusz Makowiecki był jednym z najbogatszych ludzi w Wielkopolsce. Napad, którego padł ofiarą, uznawany jest za jeden z największych  w czasach PRL. Nie tylko ze względu na gigantyczny, jak na owe czasy łup, lecz także  ze względu na mroczne okoliczności oraz domniemanie, że skok został przygotowany przez  grupę składającą się z gangsterów  oraz policjantów.

Ta historia przez lata owiana była tajemnicą. Milczały o niej media, jakby celowo ukrywając sprawców napadu.  W połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z redaktorem Tomaszem Połciem - przy okazji innego śledztwa dziennikarskiego przygotowywanego dla „Expressu Wieczornego” - trafiliśmy do Eugeniusza Makowieckiego. Wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy jego wersję napadu.  Zaczęliśmy wgłębiać się  w ten temat, który zaskakiwał nas i porażał. Dotarliśmy do wielu świadków i uczestników tego zdarzenia oraz szokujących wprost materiałów. Co najmniej trzy osoby, które ujawniły szczegóły napadu, poniosły śmierć  w tajemniczych okolicznościach. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Działo się tak dlatego, gdyż - według Makowieckiego - napad został przygotowany przez grupę składającą się z gangsterów oraz policjantów. Funkcjonariusze  ci - jego zdaniem - następnie prowadzili śledztwo w tej sprawie. Gdy powstawał nasz reportaż „Plamy na mundurach”,  niektórzy z nich pełnili wysokie funkcje w poznańskiej policji.
Reportaż „Plamy na mundurach” był jedynym materiałem prasowym opisującym dogłębnie tę historię. Był on inspiracją dla twórców telewizyjnej serii „Wielkie napady PRL”. Na podstawie naszego artykułu i  z naszym udziałem, powstał odcinek „Napad w Bogucinie”.
Dziś ponownie wracamy do tamtych wydarzeń.

Przyjaciel premiera

Eugeniusz Makowiecki nie był postacią tuzinkową. W czasach PRL radził sobie doskonale jako tak zwany badylarz.  Zajmował się hodowlą kwiatów i asparagusa. W podpoznańskim Bogucinie, należące do niego szklarnie zajmowały hektary. Jego bogactwo rzucało się w oczy i wielu kłuło. Choć zarabiał wielkie pieniądze, to nigdy nimi nie szastał. Mieszkał w wygodnej willi, urządzonej bez nadmiernego przepychu.
Z bogactwem nigdy się nie obnosił, lubił natomiast chwalić się swoimi znajomościami, między innymi zażyłością z Józefem Cyrankiewiczem – komunistycznym premierem.
O bogactwie i znajomościach Makowieckiego krążyły legendy. Mówiło się też, że jest jednym człowiekiem na świecie, który eksportuje tulipany do Holandii.
Eugeniusz Makowiecki, tak jak wiele osób w tamtych czasach, nie miał zaufania do banków. Natomiast - przez swojego człowieka - od lat skupował marki niemieckie i dolary, inwestował też w złoto. Wszystko to trzymał zakopane w jednej ze szklarni. Jednak w końcówce PRL Makowiecki postanowił swój majątek ulokować w banku. Wiedziało o tym zaledwie kilka osób, m.in. syn Jacek, który miał z ojcem zawieźć pieniądze do banku. Był czwartek, 21 lipca 1988 roku. Tego dnia majątek przedsiębiorcy miał trafić ze szklarni do bankowego sejfu. Jednak Jacek Makowiecki, który miał towarzyszyć ojcu w drodze do banku, spóźnił się tak bardzo, że było już za późno, aby tego dnia jechać do Poznania.  Nazajutrz jest 22 lipca – wówczas jeszcze oficjalne święto państwowe, zatem banki są pozamykane, podobnie jak w weekend. Pozostaje czekać do poniedziałku. Zatem pieniądze i kosztowności trafiają do domowego sejfu. 
W nocy 24  lipca, Eugeniusz Makowiecki jest sam w domu. Tak to wspominał po latach w rozmowie ze mną: - Była noc, burza, gdy do domu - po przecięciu krat w oknach - wtargnęło kilku napastników, uśpili mnie eterem, lecz kilkakrotnie, na krótko odzyskiwałem przytomność, co pozwoliło mi rozpoznać niektórych napastników. Byli to m.in. Janusz S. oraz  T.J., ówczesny kierownik sekcji kryminalnej Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu. Tego ostatniego rozpoznałem jednak dopiero później, gdy przychodził do mnie jako prowadzący śledztwo w tej sprawie. Ma bardzo charakterystyczny chód i budowę ciała. Tamtej nocy widziałem go odchodzącego z łupem od sejfu.
Bandyci zabrali 200 tysięcy dolarów, 10 tysięcy marek niemieckich, 36 złotych dwudziestodolarówek, 30 złotych monet dwudziestomarkowych i wiele innych wyrobów ze złota. Jak na owe czasy, była to fortuna. Za 3500 dolarów można było wówczas kupić kawalerkę w Warszawie, a za 10000 dolarów kupowało się już całkiem spore mieszkanie.
Nigdy nie ustalono sprawców napadu, ani nie odnaleziono łupu. Śledztwo prowadzone w tej sprawie zostało szybko umorzone, pomimo że w Poznaniu niemal oficjalnie mówiło się, kto uczestniczył w napadzie.

Nieszczęsny los świadków

Ludzi, którzy mogli cokolwiek powiedzieć o okolicznościach zdarzenia, spotkał tragiczny los. Tak było w przypadku Adama R., który w marcu 1992 roku zdecydował się ujawnić znaną sobie część tajemnicy. W tej sprawie był przesłuchiwany przez Jerzego J. w Komendzie  Wojewódzkiej Policji w Poznaniu: - Opowiadał mi później, że w trakcie przesłuchania do pokoju wszedł potężnie zbudowany policjant – mówił Eugeniusz Makowiecki – Adam R. twierdził, że był to Jerzy S.  Adam R. po tej wizycie powiedział mi, iż czuje, że nie wyjdzie cały.
Jerzy S, o którym wspominał Makowiecki – w czasie gdy przygotowywaliśmy materiał o napadzie – był zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu.
Adam R. uważał, że podczas napadu na Eugeniusza Makowieckiego, poznańscy stróże prawa współpracowali z gangsterami. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z bezwzględnymi ludźmi. Wcześniej wielokrotnie nakazywano mu, by milczał w tej sprawie.
Mimo to, na prośbę Eugeniusza Makowieckiego, Adam R. zdecydował się napisać oświadczenie. Sporządził je w obecności oficera UOP, pułkownika K. W oświadczeniu  stwierdził m.in.: „... napadu dokonali Janusz S., Marek W. i Roman D. – policjant na emeryturze. Przyjechali samochodem policyjnym (...), była to nysa ze Swarzędza. W. mówił jeszcze o Jurku, policjancie, który ma bliznę na twarzy z lewej strony...”.
Według tej relacji, w jakiś czas po napadzie, jego uczestnik Marek W. odgrażał się, iż wysadzi w powietrze dom Makowieckiego, jeśli ten będzie w dalszym ciągu starał się dociec prawdy.
Adam R. sporządził również drugie oświadczenie, w którym napisał m.in.: „(...) policjant Roman, pseudonim „Łysy” (chodzi o Romana D., jednego z domniemanych uczestników napadu na Makowieckiego – przyp. aut.) zabił Witka S. nożem, zostawiając ofiarę przy torach kolejowych w Nowej Wsi...”.
Według słów Adama R., „Łysy” pracował dla Janusza S., innego członka przestępczej grupy, który był blisko związany z „Makowcem”, znanym poznańskim cinkciarzem, uznawanym za jednego z bossów świata przestępczego. Przez pewien czas Janusz S. prowadził  kantor „Makowca”. W 1992 roku został aresztowany i skazany za handel narkotykami. Jednak więzienie opuszczał regularnie dzięki częstym przepustkom. Janusz S., tuż po skoku na Makowieckiego, zainwestował duże kwoty na budowę domu. Przekazał też 120 mln starych złotych byłemu funkcjonariuszowi SB, Zbigniewowi P., na otwarcie agencji detektywistycznej we Wrocławiu.
Po złożeniu tych oświadczeń, pułkownik K. zapowiedział, że z Adamem R. spotykają się inni oficerowie UOP. Dzień przed wyznaczonym spotkaniem, Adama R. znaleziono martwego w jego warsztacie.
Podobny los spotkał „Łysego”, który wypadł z 4 piętra mieszkania w Swarzędzu.
W tym momencie wydawało się, że o napadzie na Makowieckiego nikt nie odważy się mówić. Przełom nastąpił w 1995 roku, gdy kolejny z uczestników przestępstwa postanowił ujawnić jego szczegóły.

Milicjanci i gangsterzy
W sierpniu 1995 roku Krzysztof W. - odsiadujący wyrok w Zakładzie Karnym w Gębarzewie za inne przestępstwa - przyznał się do udziału w napadzie w Bogucinie. Wskazał również jego organizatorów. Według niego, bezpośrednio brało w nim udział 9 osób, w tym czterech milicjantów. Nazwiska zostały przekazane Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach.
Relacja ta została nagrana na taśmie magnetofonowej w obecności Eugeniusza Makowieckiego i Lidii S., byłej żony Krzysztofa W. Wynika z niej, że organizatorami napadu byli: Zbigniew B. zwany „Makowcem” oraz wysocy rangą funkcjonariusze ówczesnej milicji z Poznania.
-„Makowca” znałem, wiedziałem, że ma mocne układy w policji. Jak zacząłem z nim działać „na ostro”, to on mnie sprawdzał na Komendzie Wojewódzkiej – mówił Krzysztof W. – Potem mi oficjalnie powiedział, że jestem na układzie z policją. Ja się przyznałem.
Ze słów W. wynika, że napad planowano już w 1987 roku: - Było pewne, że skok nastąpi, ale nikt nie  chciał podać dokładnego terminu. Dopytywałem się, bo byłem głodny na pieniądze. Przyszedł 1988 rok i zaczęły się rozmowy „na ostro”. Spotkaliśmy się w sklepie przy Piotrkowskiej. Tam siedziało już trzech takich grubych „cynków” (kapusiów lub milicjantów -  przyp. aut.). Był też Stefan M. Potem „Makowiec” zaprosił nas na spotkanie na Starym Mieście w lokalu „Piccolo”. Po kolei przyjeżdżały samochody i wszyscy dostawali zadania. Potem każdy pojechał w swoją stronę. Nie wiedziałem, gdzie jedziemy, gdy zapytałem o to, zostałem „zbombardowany” w samochodzie. „Makowiec” powiedział: „Rób swoje, a te sto baniek dostaniesz”. Pojechaliśmy do Bogucina.
Krzysztof W. mówił również o doskonałych układach „Makowca” z kierownictwem poznańskiej policji.
Zbigniew B., pseudonim „Makowiec”, zaczynał jako cinkciarz razem z byłym senatorem Aleksandrem G. Ich  przyjaźń ciągnęła się przez lata. W 1991 roku „Makowcowi” zarzucono zarejestrowanie kilkudziesięciu samochodów (luksusowych mercedesów, BMW i audi) na fikcyjne osoby oraz nakłanianie do składania fałszywych zeznań osób poszkodowanych przez gang, zajmujący się wymuszeniem haraczu. W tej sytuacji uciekł do Niemiec, skąd poprzez swoich adwokatów wystąpił o wydanie „listu żelaznego”, który gwarantuje  nietykalność osobie oskarżonej na czas postępowania sądowego, aż do jego zakończenia. W powojennej historii polskiego sądownictwa nie zdarzyło się, aby zastosowano tę instytucję prawną. O tego typu gwarancje zabiegano m.in. dla płk. Ryszarda Kuklińskiego, jednak  bezskutecznie. „Makowcowi” ta sztuka się udała. W Poznaniu mówiło się, że pomogły mu koneksje z czasów cinkciarskich. Poznańscy policjanci, z którymi rozmawialiśmy, twierdzili, że na „Makowca” trudno było znaleźć haka. Według tych opinii, mógł on otrzymywać ostrzeżenia o grożącym mu niebezpieczeństwie, od wysoko postawionych funkcjonariuszy i urzędników państwowych.
Nasi informatorzy twierdzili też, że „Makowiec” był agentem współpracującym z policją, a jego prowadzącym był Jerzy S. (w połowie lat 90. zastępca komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu). Po napadzie w Bogucinie, ówczesny kapitan Jerzy S. był odpowiedzialny za stronę procesową  w tej sprawie. Zdaniem naszych rozmówców, koneksje „Makowca” pozwoliły mu uniknąć konsekwencji związanych z napadem w Bogucinie.
- Wszyscy od początku do końca wiedzieli o co chodzi, każdy tak kręcił sprawą, żeby nie wyszła na światło dzienne – mówił Krzysztof W. – Grożono nam, że będziemy mieli stare wyroki poodkręcane, a jeśli zaczniemy sypać, to nas wywiozą do lasu i unieszczęśliwią.
 Krzysztof W. opowiada również o porwaniu go z placu Wolności w Poznaniu przez trzech mężczyzn. Siłą wciągnęli go do volvo 740 i wywieźli na poligon w Biedrusku. Stało się tak, gdy od organizatorów napadu domagał się wpłaty drugiej części swojej doli, gdyż otrzymał jedynie 50 procent. Zapewne dlatego postanowiono go zastraszyć.
– Kazali mi kopać saperką dół. Jeden z nich powiedział, że jak dam radę to będę cały, a jak nie to będę miał do czynienia z „Rambo”. Ja myślałem, że wypadnie facet, strzaska mnie i będzie po wszystkim. A oni wzięli psa, bulteriera, tak go rozgrzali, że mu piana z mordy leciała i puścili go na mnie.
Zdarzenie to miało być dla Krzysztofa W. ostrzeżeniem, że w przypadku ujawnienia komuś szczegółów przestępstwa, spotka go nieszczęście.

„Tolo” wkracza do akcji

Krzysztof W. twierdzi, że nakłaniano go do zamordowania Eugeniusza Makowieckiego w czasie napadu. Osobą, która przekazała mu broń, był policjant o pseudonimie „Tolo” - On mi dał pistolet, Glocka. Miałem stać na dole i pilnować. Jak wchodziliśmy do domu, był „Makowiec” i „Tolo”.
Na pytanie, czy wie kim był „Tolo”, odpowiada bez zastanowienia: - Policjantem.
Człowiek, o którym mówi Krzysztof W., to T.J., znany wówczas poznański policjant. On i jego żona, byli głównymi świadkami oskarżenia w sprawie o tzw. korupcję w poznańskiej policji. Aferze od początku od końca wymyślonej i rozegranej - za pomocą usłużnych dziennikarzy - przez świat biznesu, gangsterów i zawistnych policjantów. Do tej głośnej w latach 90. sprawy, wrócę w kolejnym numerze „Reportera”.
- „Tolo” odszedł z pracy w policji, gdyż miał problemy z legalizacją kradzionych samochodów. Otaczał się dziwnymi ludźmi – twierdził jeden z naszych rozmówców – Później prowadził wywiadownię dla byłego senatora Aleksandra G.
Sam T. J. w rozmowie ze mną stwierdził wówczas, że sprawa z samochodami była całkowicie legalna i nie czuje się winny: - Odszedłem z policji, gdyż traciłem czas na utarczki z przełożonymi, zamiast zajmować się ściganiem przestępców.
- Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym – mówi  jeden z jego dawnych przełożonych – Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie „Western”, który miał na koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy „Tola”. On go bronił, twierdził, że to jego agent.
W rozmowie ze mną „Tolo” powiedział, że sprawa „Westerna” została zepsuta: - Chodziłem za nim dwa lata. Chciałem poprzez niego dopaść „Makowca”. Zrobiłbym to, gdyby nie przedwczesne aresztowanie „Westerna”.
Jako  bzdurne określał zarzuty, że brał udział w napadzie na Eugeniusza Makowieckiego: - Złożyłem doniesienie przeciwko Krzysztofowi W. Będąc kierownikiem  sekcji, prowadziłem śledztwo we właściwym kierunku. Mamy duży związek z tą sprawą. Znam kulisy. Pewne rzeczy były inspirowane przeze mnie – mówił „Tolo” przed laty dość tajemniczo. Nie rozwijając jednak tego wątku. – Trzeba było działać spokojnie, pewne ruchy wykonano za szybko, a należało odczekać. Według mnie, wszystko było inspirowane przez syna Makowieckiego – Jacka. Dla odwrócenia uwagi, jako sprawców napadu wskazano mnie i komendanta Jerzego S.
- Byłem w tej sprawie przesłuchiwany w trzy dni po napadzie w WUSW w Poznaniu – wyjawił mi w wówczas Jacek Makowiecki. – Wtedy wyraziłem zgodę na złożenie zeznań z zastosowaniem wykrywacza kłamstw, który specjalnie w tym celu przywieziono z Warszawy. Wypadły one dla mnie korzystnie.
- Śledztwo jest prowadzone od początku w bardzo dziwny sposób -  twierdził  Eugeniusz Makowiecki – Pomimo, że przekazałem kasetę z nagraniem Krzysztofa W. oficerowi UOP, a potem trafiła ona do prokuratury, wydaje się, że tego oświadczenia nikt nie uznał za dowód w tej sprawie.
Prowadząc w 1996 roku dziennikarskie śledztwo, zapytaliśmy o to w poznańskiej delegaturze UOP. Nieoficjalnie potwierdzono nam, że E. Makowiecki przekazał kasetę z nagraniem. Jednak była ona słabej jakości. Również Romuald Grzybek, ówczesny naczelnik Wydziału Śledztw Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu, twierdził, że nagranie z kasety nie dało  podstaw do wszczęcia postępowania. Przyznanie się do winy Krzysztofa W., opis przebiegu napadu oraz podanie nazwisk  konkretnych osób uczestniczących w nim, zostały całkowicie  zbagatelizowane. Zastanawiał fakt, że zamiast zająć się przesłuchaniem Krzysztofa W., organa ścigania analizowały jakość techniczną nagrania.
Krzysztofowi W. - wkrótce po nagraniu wyjaśnień - grożono w zakładzie karnym śmiercią. Nie otrzymał jednak żadnej ochrony.
Krzysztof W. mówił też osobom, które go odwiedziły, że ma odczucie, jakby chciano go koniecznie wysłać na przepustkę. Uniknął tego, bał się, że po wyjściu za mury więzienia, dopadną go inni uczestnicy napadu w Bogucinie. 14 października 1995 roku wyszedł jednak na 24-godzinną przepustkę, z której już nie powrócił. Nie wiadomo, czy  jeszcze żyje.

Haracz za łup

- Wkrótce po napadzie przyjechał do nas Andrzej R., który był kierowcą szefa wojewódzkiej milicji – opowiadał Makowiecki – Zaproponował mi zwrot skradzionych rzeczy, oprócz 4 dwudziestodolarówek i złotej papierośnicy. Stwierdził, że wszystko to zostanie zwrócone za 20 procent wartości. Do transakcji jednak nie doszło, gdyż po pewnym czasie podwyższono sumę okupu, na co nie chciałem się zgodzić. Poinformowałem o tym kapitana Jerzego S., wówczas inspektora sekcji kryminalnej WUSW. On odesłał mnie do Romualda Grzybka z Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu. W efekcie Andrzej R. został zwolniony z pracy w milicji.
Jak twierdził Eugeniusz Makowiecki, nie była to jedyna propozycja odzyskania zrabowanych przedmiotów. W 1989 roku do Makowieckiego zgłosił się ponoć sam Jerzy S., twierdząc, że istnieje szansa dotarcia do przestępczej grupy, która dokonała napadu. Powiedział rzekomo, że jeden ze sprawców, „Makowiec”, ma do sprzedania 4 magnetowidy lub magnetofony, które pochodzą z innego przestępstwa. Zdobycie ich może pozwolić na aresztowanie „Makowca” i innych.  Na ten cel otrzymał od Makowieckiego 1200 marek. Przy przekazaniu pieniędzy był obecny Jacek Makowiecki. Nic to jednak nie wniosło do śledztwa, a pieniądze przepadły.
- Ponownie Jerzy S. pojawił się w Bogucinie we wrześniu 1999 roku. Tym razem utrzymywał, że może zdobyć informacje na temat napadu od prostytutki mieszkającej w Amsterdamie. Potrzebował na ten cel 1000 marek. I tym razem pieniądze otrzymał. Informacji nie zdobył, pieniędzy nie oddał. Po pewnym czasie dowiedziałem się od „Tola”, że kobieta ta została zastrzelona w Holandii, a jej syn w Polsce – relacjonował przed laty  Eugeniusz Makowiecki.
Pomimo zeznań Makowieckich, Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach umorzył postępowanie przeciwko Jerzemu S., który  kategorycznie zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek przyjął pieniądze. Zeznania Eugeniusza i Jacka Makowieckich, uznano za niewystarczające.
Zbierając materiały o napadzie w Bogucinie, wielokrotnie staraliśmy się spotkać z Jerzym S. - ówczesnym zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu. Robiliśmy to telefonicznie, pisemnie i  za pośrednictwem rzecznika prasowego policji. Jerzy S. co prawda podawał nam terminy spotkań. Jednak po przyjeździe do Poznania okazywało się zawsze, że nie ma dla nas czasu.
To właśnie on nigdy nie chciał pokazać akt dotyczących śledztwa w sprawie napadu w Bogucinie. Nawet adwokat Eugeniusza Makowieckiego nie mógł uzyskać pozwolenia na wgląd do materiałów w tej sprawie. Również nam nie udało się do nich dotrzeć, mimo wielu prób. Jakie mroczne tajemnice kryją akta tej sprawy, skoro przez lata są tak chronione?
W czasie licznych wyjazdów w tej sprawie do Poznania, niekiedy czuliśmy się zagrożeni. Zdarzyło się, że zniszczono mój samochód - wybijając szybę i tłukąc reflektory. Jedna z poznańskich gazet weszła w posiadanie taśm z nagraniami naszych rozmów, jakie prowadziliśmy w tej sprawie w Poznaniu. Najwyraźniej ktoś nas podsłuchiwał i nagrywał. Co prawda prokuratura zajęła się tą sprawą, ale nie zdołała ustalić, kto nas nagrywał.
Podobnie, jak nigdy nie ustalono sprawców napadu, ani nie odnaleziono łupu. Śledztwo prowadzone w tej sprawie zostało szybko umorzone, pomimo że w Poznaniu niemal oficjalnie mówiło się, kto uczestniczył w napadzie.
Ta historia nadal pozostaje niewyjaśnioną zagadką, i będzie coraz trudniej znaleźć jej rozwiązanie.  Ubywa bohaterów zdarzenia sprzed 26 lat. Nie żyje już Eugeniusz Makowiecki i były policjant „Tolo”. W tajemniczych okolicznościach poniósł śmierć Jacek Makowiecki. Było to kolejne z "seryjne samobójstwo” osoby związanej z napadem w Bogucinie.
Co prawda wiele osób zabrało tajemnice do grobów, to jednak żyje nadal kilka osób, które wiele wiedzą o napadzie w Bogucinie. Być może któregoś dnia zechcą opowiedzieć, jak było naprawdę. Tylko, czy będą wiarygodni dla prokuratury, która już tyle razy nie wykazała zainteresowania wyjaśnieniem kulisów tego wielkiego napadu z czasów PRL?

Janusz Szostak

Tekst pochodzi z najnowszego numeru magazynu REPORTER

więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top