Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policja. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2015

Wertepy równości

Przez kilka dni bardzo głośno zrobiło się o łapance, jaką MSW przygotowało kierowcom i pieszym. Otóż policjanci mają ukarać około 1,6 mln kierowców mandatami, a kilkaset tysięcy pieszych ma być wylegitymowanych. I pewnie też ukaranych. No to już po prostu polowanie na kasę, inaczej nazwać się takiego działania nie da.
Oczywiście niemal natychmiast MSW zdementowało tę informację, ale jakoś tak niedokładnie. Mianowicie mówiono, że ten komunikat źle zredagowano, że trzeba go będzie poprawić. Nie stwierdzono natomiast, że zmniejszy się w wytycznych liczba kierowców do ukarania.
Kolejny kontrowersyjny przepis to bezlitosne odbieranie prawa jazdy za przekroczenie 50 km/h w terenie zabudowanym. Oczywiście jestem za karaniem wszystkich szaleńców za kierownicą, ale… no właśnie – wszystkich! Tymczasem już słychać, że politycy, sędziowie i prokuratorzy będą mogli zasłonić się immunitetem, ponieważ odebranie im prawa jazdy naruszy ich niezawisłość. A cóż to za zamach na niezawisłość, gdy ktoś po pijanemu będzie gnał 170 km/h w terenie zabudowanym i straci prawko? No chyba, że się tak spieszy na sprawę w sądzie, albo posiedzenie sejmu.
Podobno w Polsce wobec prawa wszyscy są równi. Podobno. Ta równość jednak, jak widać, zależy od tego, kto o niej decyduje.
Tomasz Połeć
więcej...

piątek, 6 marca 2015

Western po poznańsku

Przeszło dwadzieścia lat temu - za sprawą  artykułu, którego byłem współautorem – Marka F. ps. Western przenoszono z celi do celi. Obawiano się, że – po naszej publikacji - może zostać zamordowany. Zleceniodawcą zabójstwa miał być rzekomo Zbyszko B., znany szerzej jako  Makowiec. To on - w innej sprawie - wynajął kilera, którego wcześniej wsadziliśmy za kraty.


18 listopada 1994 roku, w magazynie Expressu Wieczornego – Kulisy, ukazał się reportaż „Kto mówi prawdę”.  Wspólnie z Radosławem Rzepką przedstawiałem w nim nieznane szerzej okoliczności rzekomej korupcji w poznańskiej policji. Do tej sprawy na pewno wrócę w jednym z wydań Reportera. Przez kilka miesięcy zbieraliśmy informacje, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Fakty układały się dość przejrzyście: cała ta „afera” była misternie przeprowadzoną akcją,  mającą na celu zniszczenie uczciwych policjantów.  Naszym zdaniem był to atak przygotowany przez ludzi z establishmentu gospodarczego i  politycznego, przez wsparciu niezbyt uczciwych policjantów i usłużnych dziennikarzy. W tle pojawiali się też poznańscy gangsterzy.
O ile publikację Gazety Wyborczej „Korupcja w poznańskiej policji” oparto na anonimowych wypowiedziach, o tyle w naszym reportażu z imienia i nazwiska wypowiadało się kilkanaście osób.

Policyjny agent 

Jedną z nich był - nieżyjący już - Telesfor J. To kluczowa postać w tej sprawie - między innymi jego anonimowe opowieści wywołały „aferę”. Człowiek ten musiał odejść z policji. Jak mówili nam jego ówcześni przełożeni: - Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym. Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie Western. Człowiek ten miał na swoim koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy Telesfora. Ale on go bronił, twierdził, że to jego agent.
Ten agent Telesfora J. został wówczas skazany na 12 lat więzienia. Między innymi za napad na syna wójta gminy romskiej w Swarzędzu. Sprawcy zadali wówczas młodemu Cyganowi 30 ran klutych, pomimo to zdołał przeżyć.
- Sprawa Westerna została zepsuta, ja chodziłem za nim 2 lata – wyznał nam na Telesfor J. przed 21 laty – Przez niego chciałem dopaść Makowca. Gdyby nie zatrzymanie Westerna, wsadziłbym także Makowca.

Kumpel senatora 

Zbyszko B., zwany Makowcem, to postać znana nie tylko w poznańskim świecie przestępczym. To pierwsza liga polskich gangsterów. Western zawsze pozostawał w cieniu Makowca, ale przez lata byli zakumplowani. Obaj wszak zaczynali jako cinkciarze, podobnie jak Aleksander G. – były senator, który przez lata roztaczał nad Makowcem parasol ochronny.
W marcu 1994 roku prokuratura oskarżyła Makowca  o zniszczenie  samochodów szefostwa konkurencyjnego gangu z osiedla Piątkowo. Wówczas senator dał mu alibi: – W tym czasie piliśmy razem herbatę - stwierdził senator.
To także dzięki Aleksandrowi G. gangster uzyskał „list żelazny”, gwarantujący mu nietykalność i wolność do czasu zakończenia postępowania sądowego, gdy przed laty postawiono mu zarzuty prokuratorskie. W powojennej historii polskiego sądownictwa był to pierwszy przypadek zastosowania tej instytucji prawnej. O „list żelazny” przez lata starał się bezskutecznie pułkownik Ryszard Kukliński, który został w stanie wojennym zaocznie skazany na karę śmierci.

Gangster w budzie

Zbyszko B. nie miał podobnych problemów i mógł cieszyć się wolnością. Na chwilę - po dość zabawnym zatrzymaniu - trafił jednak wówczas do aresztu. Policjanci, gdy już znaleźli haka na Makowca, postanowili schwytać go w jego willi na Naramowicach, przy ulicy Maków Polnych (od nazwy której przybrał ksywę). Jednak w domu zastali tylko obłożnie chorą żonę gangstera: - Męża nie ma, możecie szukać, a i tak go nie znajdziecie – zakomunikowała policjantom. Jednak ci nie ulegli jej perswazji i znaleźli Makowca, który ukrył się... w psiej budzie razem z dwoma dobermanami.
Zresztą podobnych akcji w wykonaniu  Zbyszka B. było więcej. Jeden z byłych poznańskich policjantów przypomina takie zdarzenie: - Zatrzymaliśmy go na ulicy. Wiadomo było, że ma przy sobie broń. On jednak zamknął się w samochodzie i nie chciał wyjść. Mówił: „Postawcie patrol i mnie pilnujcie, a ja się nie ruszę”. Nie było innego sposobu, przeholowaliśmy jego samochód na policyjny parking. Tam dopiero skapitulował.

Zapowiedź zemsty

Gdy Marek F.  trafił do aresztu, Makowiec nie zapomniał o koledze. Podczas jednej z rozpraw przeciwko Westernowi, na sądowych korytarzach pojawiła się grupa kilkunastu poznańskich gangsterów, którymi dyrygował Makowiec. Bandyci próbowali zastraszyć świadków, doszło do bójki z Cyganami. Jednego z Romów usiłowano wyrzucić przez okno. Akcja została jednak przerwana na rozkaz Makowca i napastnicy wycofali się.
Niebawem Makowiec przeczytał w Expressie Wieczornym, że Marek F.  był agentem policyjnym. Co gorsza dowiedział się, że Telesfor J.  - przez Westerna - zamierzał dobrać się do niego. 
Ta wypowiedź Telesfora J., wstrząsnęła zarówno Makowcem, jak i Westernem. Makowiec zapowiedział zemstę. Wieść o planowanej dintojrze, szybko dotarła za mury więzienia we Wronkach, gdzie  Western odsiadywał wyrok 12 lat. Marek F. wpadł w panikę, wiedział, że z Makowcem żartów nie ma.
Groźby Zbyszka B. nie zostały jednak zbagatelizowane przez policję i służby więzienne. Westerna przenoszono co kilka dni z celi do celi. Wprowadzono też wzmożone środki bezpieczeństwa wobec niego. Przeżył. Jak potoczyły się dalsze jego losy, przypomniał na wcześniejszych stronach Przemysław Graf.
Także w bandyckim cv Zbyszka B. nastąpiła długa przerwa. Makowiec trafił  na 15 lat do więzienia za zlecenie zabójstwa.

Kiler z Izraela

W 1995 roku w poznańskiej kawiarni Cafe Głos został zastrzelony mężczyzna. Zamachowcem okazał się być Albert Kiełczyński, ps. Izraelczyk. Zabójca twierdził, że zabity mężczyzna nie chciał się z nim rozliczyć z pieniędzy za kradzione samochody. Prawda wyglądała zgoła inaczej. Zginąć miał niejaki „Święty", który dwa miesiące wcześniej porwał syna Makowca. I to właśnie Zbyszko B. wynajął kilera, aby ten odstrzelił porywacza. Kiełczyński jednak  pomylił się i strzelił do przypadkowej osoby - poznańskiego motorowodniaka, Marka Z.
Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci płatnego mordercy.
Na początku stycznia 1994 roku, dzięki dziennikarskiemu śledztwu Radosława Rzepki (wówczas Express Wieczorny, dziś Reporter), doszło do zatrzymania międzynarodowego gangu, dokonującego w Warszawie wielu przestępstw. Na czele tej grupy stał Andrzej Kiełczyński, przed laty  szpieg CIA w  Izraelu, były terrorysta i  bliski współpracownik  byłego premiera tego kraju, Menachema Begina. W 1992 roku  Andrzej Kiełczyński wraz ze swoim bratankiem Albertem przyjechał z Izraela do Polski, i tu stworzyli groźną grupę przestępczą. Rozpracował ją Radosław Rzepka (Reporter 1/2013). Wtedy Albert Kiełczyński dostał wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności, m.in. za napad rabunkowy na kolekcjonera monet i przestrzelenie mu kolan. Jednak  podczas przerwy w odbywaniu kary - spowodowanej chorobą nowotworową - związał się z poznańskim światem przestępczym. I tak stał się cynglem Makowca. Tym razem został skazany na dożywocie. Chory na raka Izraelczyk zmarł w więziennym szpitalu w trakcie odbywania kary.
Za zlecenie zabójstwa w Cafe Głos, Makowiec dostał 15 lat pozbawienia wolności. Jednak w czasie przerwy w ogłaszaniu wyroku, niespodziewanie zniknął z sądu. Odnalazł się dopiero po trzech latach, gdy w Toruniu na  ul. Szewskiej robił zakupy w sklepie z damską bielizną. Tam schwytała go specjalna grupa pościgowa. I na wiele lat zamknęła się za nim brama więzienia.

Zgubna zazdrość

Jednak, mimo pobytu Makowca w kryminale, śledczy  nie przestali interesować się jego gangsterskim dorobkiem.
W 2007 roku na współpracę z prokuraturą poszedł Krzysztof  W. - ps. Kanada - były żołnierz Makowca. Postanowił sypać bossa, gdy  okazało się, że ma odsiedzieć siedem lat za kradzieże i oszustwa. W areszcie Kanada dowiedział się także, że jego dziewczyna zdradziła go z synem Makowca. Z zazdrości i zemsty, poszedł na współpracę z policją. Licząc przy okazji na łagodniejszy wyrok. Dzięki jego  zeznaniom, na ławę oskarżonych  trafiła cała  familia Makowców: ojciec, matka oraz dwóch synów. Pogrążył także innych przestępców, m.in. członków gangu Lejka.
To właśnie Kanada zasugerował policjantom, że w basenie Makowca pogrzebany jest Damian Sz., ps. Twardziel, który przepadł bez śladu w 1995 roku. Stało się to, gdy usiłował przejąć kontrolę nad miejscowym półświatkiem.  Policja zrujnowała basen w poszukiwaniu ciała Twardziela. Jednak bez oczekiwanego efektu. Znaleziono co prawda krew zmieszaną z ziemią, lecz badania DNA wykluczyły, aby należała do Damiana Sz. Pojawiły się zatem przypuszczenia, że to krew zaginionego dziennikarza Jarosława Ziętary. Ale kod genetyczny także się nie zgadza.
W efekcie  Iwona B., żona Makowca  domaga się od  prokuratury i policji  50 tysięcy złotych odszkodowania  za zniszczony basen.
Wkrótce też Kanada – widząc, że nie wyjdzie wcześniej na wolność - zmienił zeznania. Co sprawiło, że część oskarżonych gangsterów zostało uniewinnionych.
Tymczasem  63-letni Makowiec odsiaduje wyrok w zakładzie karnym w Rawiczu. Na pomoc Aleksandra G. nie może już liczyć, gdyż i ten ma kłopoty z prawem.
Zbyszko B. na  wolność ma wyjść w 2017 roku: - I pewnie bardzo szybko odnajdzie się w nowej rzeczywistości  – przewiduje jeden z byłych poznańskich policjantów – Chociaż teraz mówi się, że jest poważnie chory. Ale on w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, potrafił robić duże pieniądze.
Janusz Szostak

Na zdjęciu: Makowiec w chwilę po zatrzymaniu w sklepie z damską bielizną w Toruniu/ fot. Policja

Tekst  ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER


więcej...

poniedziałek, 24 listopada 2014

Ponura farsa z tym zakłóceniem miru domowego

Czyj mir domowy mieliby naruszyć protestujący w siedzibie PKW? Urzędników państwowych, którzy byli w tym czasie w pracy?

Zakłócenie miru domowego należy do przestępstw przeciwko wolności. Art. 193 K.K. mówi:

„Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.”

Istotą ustanowienia tego artykułu była ochrona takich wartości jak spokój domowego ogniska, czy prawo do niezakłócanego korzystania z mieszkania, mówiąc najkrócej prawa obywateli do ich prywatności. Tak więc ustawodawca z pewnością miał tu na myśli ochronę osób, a także lokale przeznaczone do celów mieszkalnych, nie zaś pomieszczenia urzędów państwowych. Być może sędziowie PKW dobrze  czują się w swoim miejscu pracy, a w okresie wyborów nawet tam nocują, z pewnością jednak nie jest to ich miejsce zamieszkania, gdzie troszczą się o spokój domowego ogniska. Nie może być mowy o tym, że ktoś kto w proteście zajmuje pomieszczenia jakiegoś urzędu, narusza tym samym mir domowy. Władza najwyraźniej nagina w tym wypadku prawo. To bardzo groźne zjawisko, z którym już nie po raz pierwszy mamy do czynienia.

Skąd to się mogło wziąć? Ano moim zdaniem stąd, że władza chciała koniecznie jakoś ukarać protestujących, ale nie mogła znaleźć stosownego paragrafu w rozdziałach kodeksu karnego, gdzie jest mowa o przestępstwach przeciwko działalności instytucji państwowych oraz wyborom i referendom. Po prostu czyn protestujących – jak to się mówi – nie spełniał warunków żadnego z zawartych tam artykułów. Stąd ta ponura farsa z zakłócaniem miru domowego.

Co zatem powinni zrobić policjanci, jeśli już koniecznie musieli interweniować? Wyprowadzić protestujących i ewentualnie ich spisać (wylegitymować). To wszystko. O żadnym oskarżeniu i stawianiu przed sądem nie powinno być mowy.

Wspominałem już we wcześniejszej notce, że w czerwcu 2007 roku przy aplauzie dzisiejszych „obrońców demokracji” cztery pielęgniarki wdarły się do Kancelarii Premiera i rozpoczęły tam okupację. Nie było wtedy mowy o naruszaniu miru domowego ani o zamachu na demokrację. Pamiętam natomiast, że na polecenie Jarosława Kaczyńskiego robiono protestującym kanapki.

fot. screenshot
więcej...

czwartek, 6 listopada 2014

Czarne ludziki

Na ujawnionym przez media nagraniu z monitoringu na ulicy Mazowieckiej widać wyraźnie, jak poseł Przemysław Wipler atakuje swoim kroczem pałkę policjantki. Z tym zastrzeżeniem, że nie wiadomo, czy to była policjantka. W przeszłości różnie z tym bywało: A gdy już się zmierzchać miało, to się wtedy okazało, że to nie są milicjanci, że to byli przebierańcy! – pamiętamy przecież, prawda? I skąd w ogóle pomysł, że to była polska policja? To nie była nasza policja! Nie wysyłaliśmy funkcjonariuszy na ulicę Mazowiecką. Takie mundury można kupić w każdym sklepie.

Wipler sam się pociął taśmą. Zmontowaną przed wyborami. I morda w kublik. Jakiś ciemny warszawski lud ma to kupić? Sprawa jest tak ewidentna, że nie chce się jej komentować - jak mawiał pewien były minister w praktycznie nieistniejącym państwie. Nie ma ch..., nie ma dupy, nie ma już nawet kamieni. Została tylko kupa.


więcej...

wtorek, 26 sierpnia 2014

Pan Samochodzik i funkcjonariusze

Pan Mercedes, bohater najnowszej powieści Stevena Kinga, w niczym nie przypomina swojskiego Pana Samochodzika – detektywa amatora stworzonego przez Zbigniewa Nienackiego.
Bohater Kinga jest psychopatą, szaleńcem który wymyślił sobie, że porozjeżdża niewinnych ludzi i nie zostanie ukarany, gdyż będzie udawał niepoczytalnego.
Michał L. - sprawca masakry na Monciaku i molo w Sopocie najwyraźniej zainspirował się tą literacką postacią. I też nie trafi do więzienia. Biegli orzekli, że jest niepoczytalny - zatem nie był świadom tego, co robi. Biegli zapewne nie czytali książki Kinga. I nie wpadli na to, że inteligentny psycholog – a Michał L. nim jest –  potrafi symulować zaburzenia psychiczne.
W tej  sprawie nastąpił jeszcze jeden bulwersujący zwrot akcji. Może się okazać, że osobnik, który rozjechał 23 osoby nie zostanie ukarany, lecz ludzie, którzy go zatrzymali! Gdyż - zdaniem prokuratury - mogli dopuścić się poturbowania Michała L. Chore!
Trudno jednak, zatrzymując sprawcę przestępstwa nie zastosować przemocy. Rzadko kiedy przestępca poddaje się bez stawiania oporu.
Michał L. i tak miał sporo szczęścia, że to zdarzenie nie zakończyło się dla niego tak, jak dla kierowcy z Bełchatowa. Linczem. O ile wiem,  niewiele brakowało.
Blisko dwa lata temu ująłem  pod Żyrardowem  - po pieszym pościgu – pijanego szaleńca. Kilka minut wcześniej o  mało nie zabił mnie oraz kilku innych osób. Rozbił samochód, uciekł w pole. Dopadłem go i też musiałem zastosować pewne siłowe rozwiązania, aby go zatrzymać i przekazać policji.  Po pewnym czasie przesłuchano mnie na okoliczność tego zdarzenia i miałem cały czas wrażenie, jakbym to ja był winnym. Policjant starł się sugerować, że to być może nie ta osoba była sprawcą zdarzenia. Gdy chciałem mu pokazać zdjęcia z wypadku - w tym sprawcy – nie był tym zainteresowany.
Po 20 miesiącach otrzymałem pismo z policji, że sprawę umorzono z „z uwagi na ukrywanie się podejrzanego”. To ja im go oddałem w ręce a oni mi piszą, że im się ukrywa. A z okazji święta policji pewnie dostali awanse?
Może ci policjanci z Żyrardowa boją się, że zatrzymany przeze mnie szaleniec zachowa się tak, jak ten z Sopotu?
Oto bowiem kierowca, który urządził sobie szaleńczy rajd w Sopocie, ma pretensje do policji, że nie zatrzymała go wcześniej.
Tylko czy taka policja jest w stanie zatrzymać kogokolwiek?
Janusz Szostak

Fot. screenshot

więcej...

czwartek, 5 września 2013

Tu jest Białoruś

Pewna Amerykanka stanęła przy jednej z dróg na Florydzie z transparentem, na którym ogłosiła, że zbiera pieniądze na powiększenie piersi. Kierowcy byli hojni. Polki okazują się sprytniejsze od Amerykanek. Przynajmniej, jeśli chodzi o zbieranie środków na operacje plastyczne biustów. Zamiast samym stać przy drogach (takich też nie brakuje, ale pewnie nie zbierają na większe biusty) wysyłają tam swoich facetów.


Tak, jak zrobiła celebrytka Patrycja Pająk (pisaliśmy o niej w numerze 1), której korektę biustu sponsorował jej ówczesny kochanek Łukasz M., funkcjonariusz drogówki z Łowicza. On – podobnie, jak kobieta z Florydy – zbierał środki na powiększenie piersi, stojąc przy drodze. Kierowcy, kasy na piersi Patrycji nie szczędzili. Szczególnie hojni byli szoferzy tirów z Rosji, Białorusi, Ukrainy, Litwy czy Czech. Dawali od 20 do 500 złotych, a  nawet po 100 euro czy 100 dolarów za … odstąpienie od ukarania mandatem.

Przy takich okazjach zastanawiam się, dlaczego niektórzy ludzie nie zbierają pieniędzy na operację powiększenia mózgów?

Łukasza M. zatrzymano wraz z jego dziewięcioma kolegami z łowickiej drogówki. Szybko jednak znaleźli się na wolności, gdyż wpłacili kaucje od 25 do 40 tysięcy złotych. Mieli z czego!
Są wolni, i być może nawet dalej pracują w łowickiej drogówce, albo poszli na wcześniejsze emerytury? Ich wszak, „tuskowa” reforma emerytalna nie obowiązuje.

Żadne sankcje, jak na razie, nie spotkały policjantów z Siedlec, którzy – na co wiele wskazuje - w czasie przesłuchań torturowali zatrzymanych. Komunikując im przedtem: „Przesłuchamy was jak w Guantanamo!”. I słowa dotrzymali. Tak wspomina to jeden z przesłuchiwanych: „Ten, co wszedł, odchylił mi głowę tak, że leżałem jednym uchem na linoleum, a na drugie mi nadepnął. Stojąc nade mną, zaczął mnie rytmicznie uderzać pałką w czubek głowy. Słyszałem, jak w pokoju obok Jędrek jest rażony prądem i krzyczy. Leżałem twarzą do ziemi, policjant podszedł do mnie, zdjął mi krótkie spodenki, majtki ściągnął na wysokość butów, wziął butelkę po coca-coli i zaczął polewać wodą, woda poleciała mi na genitalia, powiedział, że zaraz zostanę rozdziewiczony, dołożył paralizator do jąder i go włączył. Kazali mi siadać na biurku i wkładać jądra do szuflady i przycinali je (…)".
Jeden z zatrzymanych, 19-letni Jędrzej Kryszkiewicz, po tym „przesłuchaniu” popełnił samobójstwo. Siedleccy policjanci nadal pracują. Komendant policji w Siedlcach podinspektor Marek Fałdowski ocenia swoich podwładnych pozytywnie: „To wartościowi i oddani funkcjonariusze, przebieg ich służby był nienaganny”.
Ci wartościowi i nieskazitelni  funkcjonariusze przedstawili się Jędrzejowi i jego kolegom w taki sposób: „Jesteśmy takimi samymi bandytami jak wy, tylko my działamy w imieniu prawa. A tu jest Białoruś!”.

Nie wiem, co powiedzieli policjanci z Gdańska 29-letniemu Pawłowi Tomasikowi, który zmarł dzień po zatrzymaniu. Według relacji części świadków, miał zostać skatowany przez stróżów prawa. Oni też nadal pracują w policji.  Do  tej sprawy wrócimy szerzej w następnym numerze „Reportera”.
Niestety proceder wymuszania zeznań poprzez bicie i torturowanie jest w Polsce nagminny i wiedzą o nim chyba wszyscy w policji. Jeżeli pobity przesłuchiwany zgłosi ten fakt w prokuraturze, to natychmiast w rewanżu zostaje oskarżony o czynną napaść na funkcjonariusza. Jego zdanie jest jedno, ich będzie z dziesięciu.

Jednak zdarzają się przypadki, że sąd dopatrzy się prawdy. Sam znam takich kilka.
Aby uniknąć podobnych sytuacji, powinny zostać zmienione procedury i każde przesłuchanie powinno być nagrywane. Tyle, że wówczas statystyki wykrywalności spadną o 80 procent.
„Jesteśmy bandytami, takimi jak wy” – powiedział jeden z  siedleckich policjantów. I to zdanie wiele wyjaśnia. Mam wrażenie, że niektórzy funkcjonariusze różnią się tym od bandytów, że nie udało im się zostać pełnoetatowymi przestępcami, więc zostali policjantami (patrz reportaż „Bardzo zły dzielnicowy”). Charakteryzuje ich ten sam poziom moralny.

W każdej policji świata znajdują się podobni ludzie. Każda policja powinna pozbywać się ich natychmiast, gdyż stanowią zagrożenie dla społeczeństwa i dla niej samej. Tymczasem zwykle źle pojęta solidarność zawodowa powoduje, że broni się bandytów w mundurach, zamiast posyłać ich za kratki.
Jeśli to się nie zmieni, to będziemy nadal mieli „Białoruś”.

Janusz Szostak

Na zdjęciu: Ten mieszkaniec Sochaczewa, pobity przez policjantów, doprowadził do ich skazania.

 
Felieton ukazał się w najnowszym  numerze  magazynu REPORTER


więcej...

wtorek, 27 sierpnia 2013

Kolonia karna?

Po awanturze na gdyńskiej plaży spodziewałbym się rzetelnego wyjaśnienia tej sprawy, tymczasem zarówno media, jak i większość instytucji państwowych już wydało wyrok, że to Polacy są winni. Tak - właśnie winni! Zanim policja zakończyła śledztwo, zanim prokuratura zbadała wszystkie okoliczności - już zapadł wyrok!
Tymczasem monitoring (nie wycinki prezentowane w mediach, ale policyjny) wyraźnie pokazuje, że to Meksykanie wszczęli awanturę. Zatrzymano jednak trzech Polaków (z których dwóch już opuściło areszt - tak silne są „zarzuty”).
Mnie przeraża postawa polskich mediów i instytucji, które zamiast bronić swoich obywateli, od razu robią z nich winnych!
Po polskich stadionach nienawiści (wypowiedź piłkarza Campbella) teraz kolej na polskie plaże grozy. Meksykański rząd już wystosował, gdzie się tylko dało, listy protestacyjne. Polskie władze szukają winnych tylko w Polsce i milczą. Dla polskich władz faceci targający po dwie torby piwa na plażę (widać na monitoringu, jak Meksykanie dźwigają reklamówki z piwem) i atakujący Polki, są widocznie aniołkami ze szkółki niedzielnej.
Czy ktoś potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakiego narodu krajem jest Polska?

Tomasz Połeć

 

więcej...

wtorek, 20 sierpnia 2013

Ale Meksyk!

W kołach zbliżonych do kwadratów mówi się, że po wydarzeniach na gdyńskiej plaży niepewny jest los rzecznika komendanta głównego policji. Najwyraźniej nie dotarł do niego sms o treści: „Zadymę w Gdyni spowodowali kibice, którzy zaatakowali meksykańskich marynarzy. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił.”

 Nie sposób również nie zauważyć, iż zbytnie fraternizowanie się Lecha Wałęsy z Jaruzelskim i Kiszczakiem spowodowało, że były prezydent wszedł w ich buty i chce teraz żeby pałować związkowców i strzelać do kibiców.

Ale Meksyk! A może nawet Egipt...



 Oświadczenie Stowarzyszenia Kibiców Ruchu Chorzów "Niebiescy"w sprawie zajść, do jakich doszło na gdyńskiej plaży 18.08.2013 r.
więcej...

piątek, 12 lipca 2013

Polska nierządem stoi

Wygląda na to, że najlepiej rozwijającą się gałęzią gospodarki w Polsce są usługi seksualne. Liczba domów publicznych między Odrą a Bugiem idzie w tysiące. A ilość osób utrzymujących się z nierządu to około 20 - 30 tysięcy prostytutek i sutenerów.

Co prawda czerpanie korzyści z nierządu teoretycznie jest w Polsce karane. Jednak  policja stręczycieli nie ściga, a i niekiedy funkcjonariusze sami ochoczo korzystają z usług prostytutek. I nie są to przypadki odosobnione.  O czym między innymi piszemy w tym numerze Reportera.
Pół biedy, jeśli do takich intymnych układów dochodzi między policjantami i dorosłymi kobietami. Gorzej, gdy „stróże prawa” zaspokajają swój popęd z dziećmi i do tego z domu dziecka. Tak, jak to miało miejsce w Zambrowie. Lub, gdy policjant usiłuje zgwałcić niepełnosprawną dziewczynkę, co wydarzyło się na Kaszubach.  W tym wydaniu przyglądamy się tym szokującym przypadkom zła.
Piszemy też o przerażającym procederze stosowanym w niektórych urzędach pracy. Zdarzają się tam praktyki kierowania bezrobotnych kobiet do pracy w domach publicznych.
- Pracodawca zgłosił nam ofertę, działa legalnie i żaden urząd w Polsce nie może odrzucić takiej oferty pracy. - tłumaczy idiotycznie, zastępca dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Gorzowie Wielkopolskim, decyzję skierowania do pracy w burdelu 12 młodych, bezrobotnych mieszkanek Kostrzyna nad Odrą.
Legalnie stręczy kobiety?! W państwie prawa?! A gdzie jest policja, która – zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – powinna takie „legalne biznesy” zamykać, a „biznesmenów” sadzać na ławie oskarżonych?
Prawdopodobnie, zabawia się z „panienkami”.

Janusz Szostak



Dymek: Rzepka

Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu  magazynu kryminalnego Reporter.


więcej...

wtorek, 12 czerwca 2012

Brońmy policji, bo ją nam zagraniczni chuligani wybiją

Z tą zadymą po meczu Rosja – Czechy we Wrocławiu to ponoć było tak, że już panowie policjanci namierzyli kibica, który rzucił na boisko racę, już go mieli  bez afery wyłuskać, a tu się nagle jakiś steward malutki napatoczył i zaczął z gościem konwersację. I tak doszło do pobicia. 
To się policjanci wycofali. I słusznie, co się mieli wtrącać w nie swoją awanturę?  Co innego babcię handlującą natką przed dworcem spisać, bladym świtem nalot na mieszkanie niewinnych ludzi zrobić, albo staruszka spod krzyża na Krakowskim hop pod pachy i wynieść. A tu nie daj Boże krzywda jakaś jeszcze by ich spotkać mogła…

Znalazł się dociekliwy dziennikarz z prasy lokalnej, który zapytał rzecznika dolnośląskiej policji dlaczego wcześniej twierdził,  iż jego kolegów w ogóle nie było na stadionie, a teraz z relacji różnych świadków wynika, że jednak byli. No i okazało się, że co prawda byli, ale ubrani po cywilnemu i w dodatku „jako obserwatorzy”.  

Aaa, jeśli policjanci byli na stadionie w roli obserwatorów, to zupełnie inna rozmowa… Czyli, że  zadaniem chłopaków było obserwowanie jak ruscy kibole katują polskich stewardów, by ewentualnie czegoś się od napastników nauczyć. Był tam ponoć taki gość ze specnazu i nawet zademonstrował im kilka sztuczek. Na następne Święto Niepodległości jak znalazł, może znów uda się skatować w jakimś zaułku niewinnego uczestnika marszu.

Z kolei w Poznaniu horda Chorwatów ze szklankami w rękach odbiła z rąk policjantów zatrzymanego pobratymca.  Jeśli ze szklankami w rękach, to można nawet napisać, że każdy z nich odbijał jednoręcznie.

I  napisał potem  jeden z policjantów na forum (pisownia oryginalna):

„Ten podoodział policji na prawdę był zagubiony i bez jakiej kolwiek koncepcji. Nie wiedzeli co tam robić i ten obraz stojącej bezradnie grupki policjantów był naprawdę żenujący. Chorwaci gdyby tak naprawdę chcieli wciągnęli by ich nosami. Grupa wchodzących na rynek policjantów ze wsparcia, przeciskając się między pijanymi chorwatami najprawdopodobniej mówiła "przepraszam, możemy przejść?”

Obywatele,  brońmy naszej policji, bo ją  nam ją zagraniczni chuligani wybiją! Brońmy,  bo widać, że ona sama obronić się nie jest w stanie, a na lepszą tymczasem nas nie stać. Bo ta co jest,  w pełni zasługuje na przymiotnik „obywatelska”. W skrócie -  PO…


Fot. screenshot
więcej...

piątek, 18 listopada 2011

Najpierw go pobili, a potem skazali

kadr z  filmu: Nowy Ekran
Dziennikarze portalu Fronda.pl, a także „Gazety Polskiej Codziennie” odnaleźli mężczyznę brutalnie skopanego i pobitego przez policjanta w dniu Święta Niepodległości. Okazuje się, że został on wyrokiem sądu skazany na 3 miesiące  pobytu z kratkami  za… pobicie policjanta.
więcej...

środa, 16 listopada 2011

 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top