Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępczość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestępczość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Załatwiliśmy ochronę gangsterowi

To był jeden z największych przemytów narkotyków do Polski. Kartel z Cali - we współpracy z „Pruszkowem” - wysłał statkiem do Gdyni ponad tonę kokainy. Jej rynkowa wartość wynosiła wtedy 212 milionów funtów brytyjskich! Narkotyki nie dotarły jednak na miejsce. Wówczas Kolumbijczycy zagrozili „pruszkowiakom” śmiercią. Wtedy nieświadomie zorganizowałem ochronę policyjną jednemu z głównych organizatorów przemytu. 


Był 20 listopada 1993 roku, gdy kontenerowiec Polskich Linii Oceanicznych m/s „Jurata" wypłynął z portu La Guardia w Wenezueli  do Gdyni. 24 stycznia 1994 roku statek zawinął do niewielkiego portu Birkenhead, pod Liverpoolem, i tam zainteresowały się nim  brytyjskie służby celne. Wśród innych ładunków znajdowało się 49 beczek z lepikiem i dachówki dla firmy Med-Glob, ze wsi Majdan koło podwarszawskiej Wiązowny. Podejrzenia Brytyjczyków wzbudził fakt, że koszty transportu lepiku i dachówek były wyższe niż wartość samego towaru. Już 25 stycznia brytyjska policja poinformowała polskich kolegów, że na statku „Jurata” znaleziono 1190 kilogramów kokainy. Wartej wówczas 212 milionów funtów.
Statek popłynął do Polski już bez narkotyków. Na początku lutego 1994 roku „Jurata” wpłynęła do portu w Gdyni.  Tu po ładunek przyjechał  Krzysztof O.  pełnomocnik firmy Med-Glob.  W porcie kręcili się już funkcjonariusze UOP, policjanci oraz gangsterzy z „Pruszkowa”, do których należała ta przesyłka. Ci ostatni byli pewni, że towar – dotarł do kraju.

„Pruszków” traci fortunę

Jak się okazało po latach, mózgiem tego przemytu był Leszek D. ps. „Wańka”. Ponoć, stracił na tej akcji milion dolarów. „Wańka” całą operację organizował przy pomocy Tadeusz S., z którym znał się od dziecka, oraz Adama U. - ojca chrzestnego syna Tadeusza S. Na początku lat 90. Adam U. wyjechał  do Ameryki Południowej. A za nim podążył Tadeusz S. To oni pomogli „Pruszkowowi” w nawiązaniu kontaktów z kartelem z Cali.
Kokaina z „Juraty” była faktycznie własnością kolumbijskiego kartelu  i miała trafić przez Polskę do Europy Zachodniej. Przemyt narkotyków organizowała i ochraniał grupa pruszkowska. Jako honorarium za usługę gangsterzy z „Pruszkowa” mieli zatrzymać kokainę wartości około 30 milionów dolarów.
Jak twierdzą wtajemniczeni, ten transport był od początku ubezpieczony. Jednak nie polisą, lecz głowami Adama U. i Tadeusza S. Gdy kokaina przepadła, obaj znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie. Jednak udało im się uniknąć śmierci. Zagrożeni byli też „pruszkowiacy”. Gdy doszło do wpadki, wówczas do Polski mieli  przybyć wysłannicy kartelu z  Cali, aby rozprawić się z „Pruszkowem”.

Oddaj 30 milionów!

Krzysztof  O.  – do  którego adresowany był transport kokainy - mieszkał w  Piasecznie. Zaledwie od 1 października 1993 roku prowadził niewielką firmę zajmującą się między innymi handlem materiałami budowlanymi. Magazyny znajdowały się w Majdanie koło Wiązowny. Tam miała tam trafić, zamówiona w Wenezueli, dostawa dachówek i kleju w beczkach: - Pierwszy raz zamówiłem towar w tym kraju – mówił nam wówczas - Niecierpliwiłem się, że rozładunek „Juraty” przedłuża się. Były pogłoski, że na  statku znajdują się narkotyki, ale traktowałem to jako żart.
W końcu towar załadowano na ciężarówkę i ruszyła ona do Warszawy. Krzysztof O. twierdził, że tir z dachówkami i klejem był pod obserwacją: - Od Gdyni jechały za transportem te same samochody.
Kilka dni później do jego firmy miał zgłosić się nieznany nikomu osobnik. Twierdził, że ma odebrać część towaru. Właściciela nie było wówczas na miejscu i pracownicy odmówili wydania beczek.
Od tego momentu – zdaniem Krzysztofa O. - zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wokół firmy kręcili się podejrzani mężczyźni. Którejś nocy poderżnięto gardło psu pilnującemu magazynów.
Apogeum nastąpiło na tydzień przed Wielkanocą 1994 roku. Około godziny 22.00 Krzysztof O. jechał swoim mitsubishi z Warszawy do Piaseczna: - W pewnym momencie zobaczyłem volkswagena z kogutem na dachu – opowiadał nam 21 lat temu – Kierowca dawał mi znaki, żebym się zatrzymał. Myślałem, że to policja i zjechałem na pobocze.
Według jego relacji w  volkswagenie było kilku mężczyzn. Jeden z nich wysiadł z samochodu i podszedł do mitsubishi. Krzysztof  O. nie wyłączył silnika, jedynie opuścił szybę.
- Przekręciłeś nam towar za 30 milionów dolarów – warknął napastnik.
- Jakie dolary, jaki towar?- zapytał zszokowany przedsiębiorca.
W tym momencie bandyta wyjął pistolet z tłumikiem: - Nie rżnij idioty. Masz wybór, życie albo 30 baniek! -  i wymierzył do niego z broni. Krzysztof O. rzekomo podbił pistolet do góry. Doszło do krótkiej szarpaniny, w trakcie której padły dwa strzały.  Jedna z kul ugodziła  mężczyznę  w udo. Mimo bólu nacisnął na gaz i odjechał. Za plecami  usłyszał jeszcze kilka strzałów. Pocisk przebił szybę auta.
Ranny mężczyzna pojechał wówczas do Komendy Rejonowej Policji w Piasecznie, gdzie złożył zgłoszenie o napadzie. Policjanci uznali zdarzenie, jako typowy rozbój. Karetką pogotowia przewieziono go do Konstancina, gdzie udzielono mu pomocy lekarskiej. Później sprawę przejęła policja na Ochocie, bowiem napad zdarzył się na terenie tej dzielnicy.

Ochrona dla gangstera

Kilka dni później Krzysztof O. poprosił o pomoc mnie oraz Radosława Rzepkę – wówczas byliśmy dziennikarzami Expressu Wieczornego. Szukał dla siebie ratunku po tym, gdy okazało się, że kokaina zniknęła z „Juraty”.
Mówi nam, że nigdy nie miał nic wspólnego z narkotykami. Ponoć nie wiedział, że został wciągnięty w brudne interesy „Pruszkowa”: – Znajomy polecił mi firmę w Wenezueli sprzedającą materiały budowlane. Nie sądziłem, że to tak się skończy. Czuję się zagrożony, boję się o życie swoje i rodziny. Codziennie  otrzymuję telefoniczne pogróżki. Powiedziano mi, że mam tydzień na oddanie narkotyków lub pieniędzy. A ja w ogóle  nie wiem, o co tu chodzi! – twierdził wówczas i prosił abyśmy pomogli mu uzyskać  do policji o ochronę. Co udało nam się załatwić niemal od razu, przez Komendę Główną Policji.
 Kilka razy odwiedzaliśmy Krzysztofa O, w jego mieszkaniu w Piasecznie. Mieszkał z rodziną na czwartym (ostatnim) piętrze niepozornego bloku. Na schodach, pod jego drzwiami zawsze dyżurowało co najmniej dwóch antyterrorystów. Dwóch innych siedziało w samochodzie przed domem.  Ochraniali go także gdy poruszał się po mieście. Nie jestem jednak pewien, czy byli to w pełni profesjonalni funkcjonariusze. Gdyż jeden z nich postrzelił się z własnej broni, bawiąc się nią na schodach, pod drzwiami Krzysztofa O. Innym razem funkcjonariusz wjechał w jego samochód, gdy jechał do Warszawy.
Minęło kilka lat zanim śledczy wyjaśnili, kto był organizatorem przemytu kokainy. I zanim okazało się,  jak w tym wszystkim była rola Krzysztofa O. Na pewno  nie był on  niczego nieświadomym biznesmenem. 
Przez 8 lat polskie organa ścigania czekały na odpowiedź od wenezuelskich władz na temat umowy zawartej między Med-Globem a wenezuelskim sprzedawcą lepiku. W tej sprawie wysłano dziesiątki monitów, nie obyło się beż interwencji Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskiej ambasady w Caracas.
Po latach okazało się,  że Med-Glob, to była fikcyjna firma, założona wyłącznie na potrzeby przemytu kokainy. Nikt nie prowadził w niej prac biurowych, nie wysyłano żadnych pism. Poza tym jednym, dotyczącym  zakupu dachówki i masy bitumicznej w Wenezueli.
Krzysztof O. – udając niewinnego - oszukał nie tylko nas, ale zapewne także policję. Ale kto wie, może udało nam się uratować go przed gniewem kumpli z „Pruszkowa” albo nawet gangsterów z Cali? 
W każdym razie prokuratura oskarżyła go o przemyt narkotyków i wraz z 8 innymi gangsterami trafił na ławę oskarżonych. Najpoważniejsze zarzuty postawiono właśnie Krzysztofowi O. oraz Leszkowi D. „Wańce". Obaj w 2004 roku - wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie - zostali skazani na 8  lat pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy oba wyroki.
- Nie ma i dotąd nie było takiego przemytu kokainy -  stwierdziła w uzasadnieniu wyroku sędzia Grażyna Wasilewska-Kloc.

Janusz Szostak

Na zdj. statek Jurata

Ten oraz wiele innych, równie ciekawych tekstów można znaleźć w ostatnim wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER
więcej...

wtorek, 31 marca 2015

Hipnoza narodowa

We Włoszech rozesłano list gończy za mężczyzną, który zahipnotyzował kasjerkę w supermarkecie i wyszedł z pieniędzmi, które mu bezwolnie wydała. 

Jak podają agencje prasowe: „podszedł do kasy i poprosił kasjerkę, by rozmieniła mu banknot 100 euro. I właśnie wtedy, gdy kobieta szykowała dla niego drobne, została zahipnotyzowana za pomocą odpowiednio wypowiadanych słów”. 
Jakie to były słowa nie wiem, mogę się jednak domyślać, jakim słownym przekazem można hipnotyzować kobiety. Nie tylko kasjerki w supermarketach oczarowuje się mówiąc piękne słówka, a potem niekiedy znika.

W Polsce takie zdarzenie są na porządku dziennym. Osławiony Jerzy Kalibabka (znany też jako serialowy Tulipan, opisany przeze mnie w nr 1/2013 Reportera), to nie jest odosobniony przypadek. 
Nie zawsze jednak poszkodowanymi są kobiety. Mój znajomy też (raz w miesiącu) ma problem z hipnozą: - Jak przynoszę wypłatę do domu, to żona chyba mnie hipnotyzuje – żali się kolegom - Na drugi dzień pozostaje mi w portfelu tylko drobna mennica. 

W ostatnich latach hipnozie skutecznie poddano znaczną część społeczeństwa. Jest to zapewne jeden z „cudów” obiecywanych swego czasu w kampanii wyborczej przez Donalda Tuska. Nie da się zaprzeczyć, że naród jest jako oczadziały.

Przypomnę, zatem tekst, którym Tusk zahipnotyzował naród: „Już wkrótce Polacy zaczną wracać z emigracji, bo praca tu będzie się opłacać. Będą nas leczyć dobrze zarabiający lekarze i pielęgniarki, dobrze zarabiający nauczyciele będą uczyć nasze dzieci, dobrze zarabiający policjanci będą dbać o nasze bezpieczeństwo. Przy polskich drogach wyrosną nowoczesne stadiony i pływalnie. Czy to możliwe? Udało się w Irlandii, dlaczego ma nie udać się w Polsce? Przecież Polacy to wielki i mądry naród. Polskę też stać na swój cud gospodarczy. Musimy tylko wygrać te wybory". 

Sprawdziło się tylko ostatnie zdanie. Oczarował naród mówiąc piękne słówka, i zniknął bez śladu, jak ów Włoch z supermarketu z pieniędzmi kasjerki.

Janusz Szostak

więcej...

piątek, 6 marca 2015

Western po poznańsku

Przeszło dwadzieścia lat temu - za sprawą  artykułu, którego byłem współautorem – Marka F. ps. Western przenoszono z celi do celi. Obawiano się, że – po naszej publikacji - może zostać zamordowany. Zleceniodawcą zabójstwa miał być rzekomo Zbyszko B., znany szerzej jako  Makowiec. To on - w innej sprawie - wynajął kilera, którego wcześniej wsadziliśmy za kraty.


18 listopada 1994 roku, w magazynie Expressu Wieczornego – Kulisy, ukazał się reportaż „Kto mówi prawdę”.  Wspólnie z Radosławem Rzepką przedstawiałem w nim nieznane szerzej okoliczności rzekomej korupcji w poznańskiej policji. Do tej sprawy na pewno wrócę w jednym z wydań Reportera. Przez kilka miesięcy zbieraliśmy informacje, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Fakty układały się dość przejrzyście: cała ta „afera” była misternie przeprowadzoną akcją,  mającą na celu zniszczenie uczciwych policjantów.  Naszym zdaniem był to atak przygotowany przez ludzi z establishmentu gospodarczego i  politycznego, przez wsparciu niezbyt uczciwych policjantów i usłużnych dziennikarzy. W tle pojawiali się też poznańscy gangsterzy.
O ile publikację Gazety Wyborczej „Korupcja w poznańskiej policji” oparto na anonimowych wypowiedziach, o tyle w naszym reportażu z imienia i nazwiska wypowiadało się kilkanaście osób.

Policyjny agent 

Jedną z nich był - nieżyjący już - Telesfor J. To kluczowa postać w tej sprawie - między innymi jego anonimowe opowieści wywołały „aferę”. Człowiek ten musiał odejść z policji. Jak mówili nam jego ówcześni przełożeni: - Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym. Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie Western. Człowiek ten miał na swoim koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy Telesfora. Ale on go bronił, twierdził, że to jego agent.
Ten agent Telesfora J. został wówczas skazany na 12 lat więzienia. Między innymi za napad na syna wójta gminy romskiej w Swarzędzu. Sprawcy zadali wówczas młodemu Cyganowi 30 ran klutych, pomimo to zdołał przeżyć.
- Sprawa Westerna została zepsuta, ja chodziłem za nim 2 lata – wyznał nam na Telesfor J. przed 21 laty – Przez niego chciałem dopaść Makowca. Gdyby nie zatrzymanie Westerna, wsadziłbym także Makowca.

Kumpel senatora 

Zbyszko B., zwany Makowcem, to postać znana nie tylko w poznańskim świecie przestępczym. To pierwsza liga polskich gangsterów. Western zawsze pozostawał w cieniu Makowca, ale przez lata byli zakumplowani. Obaj wszak zaczynali jako cinkciarze, podobnie jak Aleksander G. – były senator, który przez lata roztaczał nad Makowcem parasol ochronny.
W marcu 1994 roku prokuratura oskarżyła Makowca  o zniszczenie  samochodów szefostwa konkurencyjnego gangu z osiedla Piątkowo. Wówczas senator dał mu alibi: – W tym czasie piliśmy razem herbatę - stwierdził senator.
To także dzięki Aleksandrowi G. gangster uzyskał „list żelazny”, gwarantujący mu nietykalność i wolność do czasu zakończenia postępowania sądowego, gdy przed laty postawiono mu zarzuty prokuratorskie. W powojennej historii polskiego sądownictwa był to pierwszy przypadek zastosowania tej instytucji prawnej. O „list żelazny” przez lata starał się bezskutecznie pułkownik Ryszard Kukliński, który został w stanie wojennym zaocznie skazany na karę śmierci.

Gangster w budzie

Zbyszko B. nie miał podobnych problemów i mógł cieszyć się wolnością. Na chwilę - po dość zabawnym zatrzymaniu - trafił jednak wówczas do aresztu. Policjanci, gdy już znaleźli haka na Makowca, postanowili schwytać go w jego willi na Naramowicach, przy ulicy Maków Polnych (od nazwy której przybrał ksywę). Jednak w domu zastali tylko obłożnie chorą żonę gangstera: - Męża nie ma, możecie szukać, a i tak go nie znajdziecie – zakomunikowała policjantom. Jednak ci nie ulegli jej perswazji i znaleźli Makowca, który ukrył się... w psiej budzie razem z dwoma dobermanami.
Zresztą podobnych akcji w wykonaniu  Zbyszka B. było więcej. Jeden z byłych poznańskich policjantów przypomina takie zdarzenie: - Zatrzymaliśmy go na ulicy. Wiadomo było, że ma przy sobie broń. On jednak zamknął się w samochodzie i nie chciał wyjść. Mówił: „Postawcie patrol i mnie pilnujcie, a ja się nie ruszę”. Nie było innego sposobu, przeholowaliśmy jego samochód na policyjny parking. Tam dopiero skapitulował.

Zapowiedź zemsty

Gdy Marek F.  trafił do aresztu, Makowiec nie zapomniał o koledze. Podczas jednej z rozpraw przeciwko Westernowi, na sądowych korytarzach pojawiła się grupa kilkunastu poznańskich gangsterów, którymi dyrygował Makowiec. Bandyci próbowali zastraszyć świadków, doszło do bójki z Cyganami. Jednego z Romów usiłowano wyrzucić przez okno. Akcja została jednak przerwana na rozkaz Makowca i napastnicy wycofali się.
Niebawem Makowiec przeczytał w Expressie Wieczornym, że Marek F.  był agentem policyjnym. Co gorsza dowiedział się, że Telesfor J.  - przez Westerna - zamierzał dobrać się do niego. 
Ta wypowiedź Telesfora J., wstrząsnęła zarówno Makowcem, jak i Westernem. Makowiec zapowiedział zemstę. Wieść o planowanej dintojrze, szybko dotarła za mury więzienia we Wronkach, gdzie  Western odsiadywał wyrok 12 lat. Marek F. wpadł w panikę, wiedział, że z Makowcem żartów nie ma.
Groźby Zbyszka B. nie zostały jednak zbagatelizowane przez policję i służby więzienne. Westerna przenoszono co kilka dni z celi do celi. Wprowadzono też wzmożone środki bezpieczeństwa wobec niego. Przeżył. Jak potoczyły się dalsze jego losy, przypomniał na wcześniejszych stronach Przemysław Graf.
Także w bandyckim cv Zbyszka B. nastąpiła długa przerwa. Makowiec trafił  na 15 lat do więzienia za zlecenie zabójstwa.

Kiler z Izraela

W 1995 roku w poznańskiej kawiarni Cafe Głos został zastrzelony mężczyzna. Zamachowcem okazał się być Albert Kiełczyński, ps. Izraelczyk. Zabójca twierdził, że zabity mężczyzna nie chciał się z nim rozliczyć z pieniędzy za kradzione samochody. Prawda wyglądała zgoła inaczej. Zginąć miał niejaki „Święty", który dwa miesiące wcześniej porwał syna Makowca. I to właśnie Zbyszko B. wynajął kilera, aby ten odstrzelił porywacza. Kiełczyński jednak  pomylił się i strzelił do przypadkowej osoby - poznańskiego motorowodniaka, Marka Z.
Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci płatnego mordercy.
Na początku stycznia 1994 roku, dzięki dziennikarskiemu śledztwu Radosława Rzepki (wówczas Express Wieczorny, dziś Reporter), doszło do zatrzymania międzynarodowego gangu, dokonującego w Warszawie wielu przestępstw. Na czele tej grupy stał Andrzej Kiełczyński, przed laty  szpieg CIA w  Izraelu, były terrorysta i  bliski współpracownik  byłego premiera tego kraju, Menachema Begina. W 1992 roku  Andrzej Kiełczyński wraz ze swoim bratankiem Albertem przyjechał z Izraela do Polski, i tu stworzyli groźną grupę przestępczą. Rozpracował ją Radosław Rzepka (Reporter 1/2013). Wtedy Albert Kiełczyński dostał wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności, m.in. za napad rabunkowy na kolekcjonera monet i przestrzelenie mu kolan. Jednak  podczas przerwy w odbywaniu kary - spowodowanej chorobą nowotworową - związał się z poznańskim światem przestępczym. I tak stał się cynglem Makowca. Tym razem został skazany na dożywocie. Chory na raka Izraelczyk zmarł w więziennym szpitalu w trakcie odbywania kary.
Za zlecenie zabójstwa w Cafe Głos, Makowiec dostał 15 lat pozbawienia wolności. Jednak w czasie przerwy w ogłaszaniu wyroku, niespodziewanie zniknął z sądu. Odnalazł się dopiero po trzech latach, gdy w Toruniu na  ul. Szewskiej robił zakupy w sklepie z damską bielizną. Tam schwytała go specjalna grupa pościgowa. I na wiele lat zamknęła się za nim brama więzienia.

Zgubna zazdrość

Jednak, mimo pobytu Makowca w kryminale, śledczy  nie przestali interesować się jego gangsterskim dorobkiem.
W 2007 roku na współpracę z prokuraturą poszedł Krzysztof  W. - ps. Kanada - były żołnierz Makowca. Postanowił sypać bossa, gdy  okazało się, że ma odsiedzieć siedem lat za kradzieże i oszustwa. W areszcie Kanada dowiedział się także, że jego dziewczyna zdradziła go z synem Makowca. Z zazdrości i zemsty, poszedł na współpracę z policją. Licząc przy okazji na łagodniejszy wyrok. Dzięki jego  zeznaniom, na ławę oskarżonych  trafiła cała  familia Makowców: ojciec, matka oraz dwóch synów. Pogrążył także innych przestępców, m.in. członków gangu Lejka.
To właśnie Kanada zasugerował policjantom, że w basenie Makowca pogrzebany jest Damian Sz., ps. Twardziel, który przepadł bez śladu w 1995 roku. Stało się to, gdy usiłował przejąć kontrolę nad miejscowym półświatkiem.  Policja zrujnowała basen w poszukiwaniu ciała Twardziela. Jednak bez oczekiwanego efektu. Znaleziono co prawda krew zmieszaną z ziemią, lecz badania DNA wykluczyły, aby należała do Damiana Sz. Pojawiły się zatem przypuszczenia, że to krew zaginionego dziennikarza Jarosława Ziętary. Ale kod genetyczny także się nie zgadza.
W efekcie  Iwona B., żona Makowca  domaga się od  prokuratury i policji  50 tysięcy złotych odszkodowania  za zniszczony basen.
Wkrótce też Kanada – widząc, że nie wyjdzie wcześniej na wolność - zmienił zeznania. Co sprawiło, że część oskarżonych gangsterów zostało uniewinnionych.
Tymczasem  63-letni Makowiec odsiaduje wyrok w zakładzie karnym w Rawiczu. Na pomoc Aleksandra G. nie może już liczyć, gdyż i ten ma kłopoty z prawem.
Zbyszko B. na  wolność ma wyjść w 2017 roku: - I pewnie bardzo szybko odnajdzie się w nowej rzeczywistości  – przewiduje jeden z byłych poznańskich policjantów – Chociaż teraz mówi się, że jest poważnie chory. Ale on w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji, potrafił robić duże pieniądze.
Janusz Szostak

Na zdjęciu: Makowiec w chwilę po zatrzymaniu w sklepie z damską bielizną w Toruniu/ fot. Policja

Tekst  ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER


więcej...

środa, 15 października 2014

Wielki napad na badylarza

Eugeniusz Makowiecki był jednym z najbogatszych ludzi w Wielkopolsce. Napad, którego padł ofiarą, uznawany jest za jeden z największych  w czasach PRL. Nie tylko ze względu na gigantyczny, jak na owe czasy łup, lecz także  ze względu na mroczne okoliczności oraz domniemanie, że skok został przygotowany przez  grupę składającą się z gangsterów  oraz policjantów.

Ta historia przez lata owiana była tajemnicą. Milczały o niej media, jakby celowo ukrywając sprawców napadu.  W połowie lat 90. ubiegłego wieku razem z redaktorem Tomaszem Połciem - przy okazji innego śledztwa dziennikarskiego przygotowywanego dla „Expressu Wieczornego” - trafiliśmy do Eugeniusza Makowieckiego. Wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy jego wersję napadu.  Zaczęliśmy wgłębiać się  w ten temat, który zaskakiwał nas i porażał. Dotarliśmy do wielu świadków i uczestników tego zdarzenia oraz szokujących wprost materiałów. Co najmniej trzy osoby, które ujawniły szczegóły napadu, poniosły śmierć  w tajemniczych okolicznościach. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Działo się tak dlatego, gdyż - według Makowieckiego - napad został przygotowany przez grupę składającą się z gangsterów oraz policjantów. Funkcjonariusze  ci - jego zdaniem - następnie prowadzili śledztwo w tej sprawie. Gdy powstawał nasz reportaż „Plamy na mundurach”,  niektórzy z nich pełnili wysokie funkcje w poznańskiej policji.
Reportaż „Plamy na mundurach” był jedynym materiałem prasowym opisującym dogłębnie tę historię. Był on inspiracją dla twórców telewizyjnej serii „Wielkie napady PRL”. Na podstawie naszego artykułu i  z naszym udziałem, powstał odcinek „Napad w Bogucinie”.
Dziś ponownie wracamy do tamtych wydarzeń.

Przyjaciel premiera

Eugeniusz Makowiecki nie był postacią tuzinkową. W czasach PRL radził sobie doskonale jako tak zwany badylarz.  Zajmował się hodowlą kwiatów i asparagusa. W podpoznańskim Bogucinie, należące do niego szklarnie zajmowały hektary. Jego bogactwo rzucało się w oczy i wielu kłuło. Choć zarabiał wielkie pieniądze, to nigdy nimi nie szastał. Mieszkał w wygodnej willi, urządzonej bez nadmiernego przepychu.
Z bogactwem nigdy się nie obnosił, lubił natomiast chwalić się swoimi znajomościami, między innymi zażyłością z Józefem Cyrankiewiczem – komunistycznym premierem.
O bogactwie i znajomościach Makowieckiego krążyły legendy. Mówiło się też, że jest jednym człowiekiem na świecie, który eksportuje tulipany do Holandii.
Eugeniusz Makowiecki, tak jak wiele osób w tamtych czasach, nie miał zaufania do banków. Natomiast - przez swojego człowieka - od lat skupował marki niemieckie i dolary, inwestował też w złoto. Wszystko to trzymał zakopane w jednej ze szklarni. Jednak w końcówce PRL Makowiecki postanowił swój majątek ulokować w banku. Wiedziało o tym zaledwie kilka osób, m.in. syn Jacek, który miał z ojcem zawieźć pieniądze do banku. Był czwartek, 21 lipca 1988 roku. Tego dnia majątek przedsiębiorcy miał trafić ze szklarni do bankowego sejfu. Jednak Jacek Makowiecki, który miał towarzyszyć ojcu w drodze do banku, spóźnił się tak bardzo, że było już za późno, aby tego dnia jechać do Poznania.  Nazajutrz jest 22 lipca – wówczas jeszcze oficjalne święto państwowe, zatem banki są pozamykane, podobnie jak w weekend. Pozostaje czekać do poniedziałku. Zatem pieniądze i kosztowności trafiają do domowego sejfu. 
W nocy 24  lipca, Eugeniusz Makowiecki jest sam w domu. Tak to wspominał po latach w rozmowie ze mną: - Była noc, burza, gdy do domu - po przecięciu krat w oknach - wtargnęło kilku napastników, uśpili mnie eterem, lecz kilkakrotnie, na krótko odzyskiwałem przytomność, co pozwoliło mi rozpoznać niektórych napastników. Byli to m.in. Janusz S. oraz  T.J., ówczesny kierownik sekcji kryminalnej Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu. Tego ostatniego rozpoznałem jednak dopiero później, gdy przychodził do mnie jako prowadzący śledztwo w tej sprawie. Ma bardzo charakterystyczny chód i budowę ciała. Tamtej nocy widziałem go odchodzącego z łupem od sejfu.
Bandyci zabrali 200 tysięcy dolarów, 10 tysięcy marek niemieckich, 36 złotych dwudziestodolarówek, 30 złotych monet dwudziestomarkowych i wiele innych wyrobów ze złota. Jak na owe czasy, była to fortuna. Za 3500 dolarów można było wówczas kupić kawalerkę w Warszawie, a za 10000 dolarów kupowało się już całkiem spore mieszkanie.
Nigdy nie ustalono sprawców napadu, ani nie odnaleziono łupu. Śledztwo prowadzone w tej sprawie zostało szybko umorzone, pomimo że w Poznaniu niemal oficjalnie mówiło się, kto uczestniczył w napadzie.

Nieszczęsny los świadków

Ludzi, którzy mogli cokolwiek powiedzieć o okolicznościach zdarzenia, spotkał tragiczny los. Tak było w przypadku Adama R., który w marcu 1992 roku zdecydował się ujawnić znaną sobie część tajemnicy. W tej sprawie był przesłuchiwany przez Jerzego J. w Komendzie  Wojewódzkiej Policji w Poznaniu: - Opowiadał mi później, że w trakcie przesłuchania do pokoju wszedł potężnie zbudowany policjant – mówił Eugeniusz Makowiecki – Adam R. twierdził, że był to Jerzy S.  Adam R. po tej wizycie powiedział mi, iż czuje, że nie wyjdzie cały.
Jerzy S, o którym wspominał Makowiecki – w czasie gdy przygotowywaliśmy materiał o napadzie – był zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu.
Adam R. uważał, że podczas napadu na Eugeniusza Makowieckiego, poznańscy stróże prawa współpracowali z gangsterami. Zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z bezwzględnymi ludźmi. Wcześniej wielokrotnie nakazywano mu, by milczał w tej sprawie.
Mimo to, na prośbę Eugeniusza Makowieckiego, Adam R. zdecydował się napisać oświadczenie. Sporządził je w obecności oficera UOP, pułkownika K. W oświadczeniu  stwierdził m.in.: „... napadu dokonali Janusz S., Marek W. i Roman D. – policjant na emeryturze. Przyjechali samochodem policyjnym (...), była to nysa ze Swarzędza. W. mówił jeszcze o Jurku, policjancie, który ma bliznę na twarzy z lewej strony...”.
Według tej relacji, w jakiś czas po napadzie, jego uczestnik Marek W. odgrażał się, iż wysadzi w powietrze dom Makowieckiego, jeśli ten będzie w dalszym ciągu starał się dociec prawdy.
Adam R. sporządził również drugie oświadczenie, w którym napisał m.in.: „(...) policjant Roman, pseudonim „Łysy” (chodzi o Romana D., jednego z domniemanych uczestników napadu na Makowieckiego – przyp. aut.) zabił Witka S. nożem, zostawiając ofiarę przy torach kolejowych w Nowej Wsi...”.
Według słów Adama R., „Łysy” pracował dla Janusza S., innego członka przestępczej grupy, który był blisko związany z „Makowcem”, znanym poznańskim cinkciarzem, uznawanym za jednego z bossów świata przestępczego. Przez pewien czas Janusz S. prowadził  kantor „Makowca”. W 1992 roku został aresztowany i skazany za handel narkotykami. Jednak więzienie opuszczał regularnie dzięki częstym przepustkom. Janusz S., tuż po skoku na Makowieckiego, zainwestował duże kwoty na budowę domu. Przekazał też 120 mln starych złotych byłemu funkcjonariuszowi SB, Zbigniewowi P., na otwarcie agencji detektywistycznej we Wrocławiu.
Po złożeniu tych oświadczeń, pułkownik K. zapowiedział, że z Adamem R. spotykają się inni oficerowie UOP. Dzień przed wyznaczonym spotkaniem, Adama R. znaleziono martwego w jego warsztacie.
Podobny los spotkał „Łysego”, który wypadł z 4 piętra mieszkania w Swarzędzu.
W tym momencie wydawało się, że o napadzie na Makowieckiego nikt nie odważy się mówić. Przełom nastąpił w 1995 roku, gdy kolejny z uczestników przestępstwa postanowił ujawnić jego szczegóły.

Milicjanci i gangsterzy
W sierpniu 1995 roku Krzysztof W. - odsiadujący wyrok w Zakładzie Karnym w Gębarzewie za inne przestępstwa - przyznał się do udziału w napadzie w Bogucinie. Wskazał również jego organizatorów. Według niego, bezpośrednio brało w nim udział 9 osób, w tym czterech milicjantów. Nazwiska zostały przekazane Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach.
Relacja ta została nagrana na taśmie magnetofonowej w obecności Eugeniusza Makowieckiego i Lidii S., byłej żony Krzysztofa W. Wynika z niej, że organizatorami napadu byli: Zbigniew B. zwany „Makowcem” oraz wysocy rangą funkcjonariusze ówczesnej milicji z Poznania.
-„Makowca” znałem, wiedziałem, że ma mocne układy w policji. Jak zacząłem z nim działać „na ostro”, to on mnie sprawdzał na Komendzie Wojewódzkiej – mówił Krzysztof W. – Potem mi oficjalnie powiedział, że jestem na układzie z policją. Ja się przyznałem.
Ze słów W. wynika, że napad planowano już w 1987 roku: - Było pewne, że skok nastąpi, ale nikt nie  chciał podać dokładnego terminu. Dopytywałem się, bo byłem głodny na pieniądze. Przyszedł 1988 rok i zaczęły się rozmowy „na ostro”. Spotkaliśmy się w sklepie przy Piotrkowskiej. Tam siedziało już trzech takich grubych „cynków” (kapusiów lub milicjantów -  przyp. aut.). Był też Stefan M. Potem „Makowiec” zaprosił nas na spotkanie na Starym Mieście w lokalu „Piccolo”. Po kolei przyjeżdżały samochody i wszyscy dostawali zadania. Potem każdy pojechał w swoją stronę. Nie wiedziałem, gdzie jedziemy, gdy zapytałem o to, zostałem „zbombardowany” w samochodzie. „Makowiec” powiedział: „Rób swoje, a te sto baniek dostaniesz”. Pojechaliśmy do Bogucina.
Krzysztof W. mówił również o doskonałych układach „Makowca” z kierownictwem poznańskiej policji.
Zbigniew B., pseudonim „Makowiec”, zaczynał jako cinkciarz razem z byłym senatorem Aleksandrem G. Ich  przyjaźń ciągnęła się przez lata. W 1991 roku „Makowcowi” zarzucono zarejestrowanie kilkudziesięciu samochodów (luksusowych mercedesów, BMW i audi) na fikcyjne osoby oraz nakłanianie do składania fałszywych zeznań osób poszkodowanych przez gang, zajmujący się wymuszeniem haraczu. W tej sytuacji uciekł do Niemiec, skąd poprzez swoich adwokatów wystąpił o wydanie „listu żelaznego”, który gwarantuje  nietykalność osobie oskarżonej na czas postępowania sądowego, aż do jego zakończenia. W powojennej historii polskiego sądownictwa nie zdarzyło się, aby zastosowano tę instytucję prawną. O tego typu gwarancje zabiegano m.in. dla płk. Ryszarda Kuklińskiego, jednak  bezskutecznie. „Makowcowi” ta sztuka się udała. W Poznaniu mówiło się, że pomogły mu koneksje z czasów cinkciarskich. Poznańscy policjanci, z którymi rozmawialiśmy, twierdzili, że na „Makowca” trudno było znaleźć haka. Według tych opinii, mógł on otrzymywać ostrzeżenia o grożącym mu niebezpieczeństwie, od wysoko postawionych funkcjonariuszy i urzędników państwowych.
Nasi informatorzy twierdzili też, że „Makowiec” był agentem współpracującym z policją, a jego prowadzącym był Jerzy S. (w połowie lat 90. zastępca komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu). Po napadzie w Bogucinie, ówczesny kapitan Jerzy S. był odpowiedzialny za stronę procesową  w tej sprawie. Zdaniem naszych rozmówców, koneksje „Makowca” pozwoliły mu uniknąć konsekwencji związanych z napadem w Bogucinie.
- Wszyscy od początku do końca wiedzieli o co chodzi, każdy tak kręcił sprawą, żeby nie wyszła na światło dzienne – mówił Krzysztof W. – Grożono nam, że będziemy mieli stare wyroki poodkręcane, a jeśli zaczniemy sypać, to nas wywiozą do lasu i unieszczęśliwią.
 Krzysztof W. opowiada również o porwaniu go z placu Wolności w Poznaniu przez trzech mężczyzn. Siłą wciągnęli go do volvo 740 i wywieźli na poligon w Biedrusku. Stało się tak, gdy od organizatorów napadu domagał się wpłaty drugiej części swojej doli, gdyż otrzymał jedynie 50 procent. Zapewne dlatego postanowiono go zastraszyć.
– Kazali mi kopać saperką dół. Jeden z nich powiedział, że jak dam radę to będę cały, a jak nie to będę miał do czynienia z „Rambo”. Ja myślałem, że wypadnie facet, strzaska mnie i będzie po wszystkim. A oni wzięli psa, bulteriera, tak go rozgrzali, że mu piana z mordy leciała i puścili go na mnie.
Zdarzenie to miało być dla Krzysztofa W. ostrzeżeniem, że w przypadku ujawnienia komuś szczegółów przestępstwa, spotka go nieszczęście.

„Tolo” wkracza do akcji

Krzysztof W. twierdzi, że nakłaniano go do zamordowania Eugeniusza Makowieckiego w czasie napadu. Osobą, która przekazała mu broń, był policjant o pseudonimie „Tolo” - On mi dał pistolet, Glocka. Miałem stać na dole i pilnować. Jak wchodziliśmy do domu, był „Makowiec” i „Tolo”.
Na pytanie, czy wie kim był „Tolo”, odpowiada bez zastanowienia: - Policjantem.
Człowiek, o którym mówi Krzysztof W., to T.J., znany wówczas poznański policjant. On i jego żona, byli głównymi świadkami oskarżenia w sprawie o tzw. korupcję w poznańskiej policji. Aferze od początku od końca wymyślonej i rozegranej - za pomocą usłużnych dziennikarzy - przez świat biznesu, gangsterów i zawistnych policjantów. Do tej głośnej w latach 90. sprawy, wrócę w kolejnym numerze „Reportera”.
- „Tolo” odszedł z pracy w policji, gdyż miał problemy z legalizacją kradzionych samochodów. Otaczał się dziwnymi ludźmi – twierdził jeden z naszych rozmówców – Później prowadził wywiadownię dla byłego senatora Aleksandra G.
Sam T. J. w rozmowie ze mną stwierdził wówczas, że sprawa z samochodami była całkowicie legalna i nie czuje się winny: - Odszedłem z policji, gdyż traciłem czas na utarczki z przełożonymi, zamiast zajmować się ściganiem przestępców.
- Niepokoiły nas jego powiązania ze światem przestępczym – mówi  jeden z jego dawnych przełożonych – Niektórzy przypuszczali, że mogło go coś łączyć z gangsterem o pseudonimie „Western”, który miał na koncie serię brutalnych napadów. Musieliśmy go zamknąć bez wiedzy „Tola”. On go bronił, twierdził, że to jego agent.
W rozmowie ze mną „Tolo” powiedział, że sprawa „Westerna” została zepsuta: - Chodziłem za nim dwa lata. Chciałem poprzez niego dopaść „Makowca”. Zrobiłbym to, gdyby nie przedwczesne aresztowanie „Westerna”.
Jako  bzdurne określał zarzuty, że brał udział w napadzie na Eugeniusza Makowieckiego: - Złożyłem doniesienie przeciwko Krzysztofowi W. Będąc kierownikiem  sekcji, prowadziłem śledztwo we właściwym kierunku. Mamy duży związek z tą sprawą. Znam kulisy. Pewne rzeczy były inspirowane przeze mnie – mówił „Tolo” przed laty dość tajemniczo. Nie rozwijając jednak tego wątku. – Trzeba było działać spokojnie, pewne ruchy wykonano za szybko, a należało odczekać. Według mnie, wszystko było inspirowane przez syna Makowieckiego – Jacka. Dla odwrócenia uwagi, jako sprawców napadu wskazano mnie i komendanta Jerzego S.
- Byłem w tej sprawie przesłuchiwany w trzy dni po napadzie w WUSW w Poznaniu – wyjawił mi w wówczas Jacek Makowiecki. – Wtedy wyraziłem zgodę na złożenie zeznań z zastosowaniem wykrywacza kłamstw, który specjalnie w tym celu przywieziono z Warszawy. Wypadły one dla mnie korzystnie.
- Śledztwo jest prowadzone od początku w bardzo dziwny sposób -  twierdził  Eugeniusz Makowiecki – Pomimo, że przekazałem kasetę z nagraniem Krzysztofa W. oficerowi UOP, a potem trafiła ona do prokuratury, wydaje się, że tego oświadczenia nikt nie uznał za dowód w tej sprawie.
Prowadząc w 1996 roku dziennikarskie śledztwo, zapytaliśmy o to w poznańskiej delegaturze UOP. Nieoficjalnie potwierdzono nam, że E. Makowiecki przekazał kasetę z nagraniem. Jednak była ona słabej jakości. Również Romuald Grzybek, ówczesny naczelnik Wydziału Śledztw Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu, twierdził, że nagranie z kasety nie dało  podstaw do wszczęcia postępowania. Przyznanie się do winy Krzysztofa W., opis przebiegu napadu oraz podanie nazwisk  konkretnych osób uczestniczących w nim, zostały całkowicie  zbagatelizowane. Zastanawiał fakt, że zamiast zająć się przesłuchaniem Krzysztofa W., organa ścigania analizowały jakość techniczną nagrania.
Krzysztofowi W. - wkrótce po nagraniu wyjaśnień - grożono w zakładzie karnym śmiercią. Nie otrzymał jednak żadnej ochrony.
Krzysztof W. mówił też osobom, które go odwiedziły, że ma odczucie, jakby chciano go koniecznie wysłać na przepustkę. Uniknął tego, bał się, że po wyjściu za mury więzienia, dopadną go inni uczestnicy napadu w Bogucinie. 14 października 1995 roku wyszedł jednak na 24-godzinną przepustkę, z której już nie powrócił. Nie wiadomo, czy  jeszcze żyje.

Haracz za łup

- Wkrótce po napadzie przyjechał do nas Andrzej R., który był kierowcą szefa wojewódzkiej milicji – opowiadał Makowiecki – Zaproponował mi zwrot skradzionych rzeczy, oprócz 4 dwudziestodolarówek i złotej papierośnicy. Stwierdził, że wszystko to zostanie zwrócone za 20 procent wartości. Do transakcji jednak nie doszło, gdyż po pewnym czasie podwyższono sumę okupu, na co nie chciałem się zgodzić. Poinformowałem o tym kapitana Jerzego S., wówczas inspektora sekcji kryminalnej WUSW. On odesłał mnie do Romualda Grzybka z Prokuratury Wojewódzkiej w Poznaniu. W efekcie Andrzej R. został zwolniony z pracy w milicji.
Jak twierdził Eugeniusz Makowiecki, nie była to jedyna propozycja odzyskania zrabowanych przedmiotów. W 1989 roku do Makowieckiego zgłosił się ponoć sam Jerzy S., twierdząc, że istnieje szansa dotarcia do przestępczej grupy, która dokonała napadu. Powiedział rzekomo, że jeden ze sprawców, „Makowiec”, ma do sprzedania 4 magnetowidy lub magnetofony, które pochodzą z innego przestępstwa. Zdobycie ich może pozwolić na aresztowanie „Makowca” i innych.  Na ten cel otrzymał od Makowieckiego 1200 marek. Przy przekazaniu pieniędzy był obecny Jacek Makowiecki. Nic to jednak nie wniosło do śledztwa, a pieniądze przepadły.
- Ponownie Jerzy S. pojawił się w Bogucinie we wrześniu 1999 roku. Tym razem utrzymywał, że może zdobyć informacje na temat napadu od prostytutki mieszkającej w Amsterdamie. Potrzebował na ten cel 1000 marek. I tym razem pieniądze otrzymał. Informacji nie zdobył, pieniędzy nie oddał. Po pewnym czasie dowiedziałem się od „Tola”, że kobieta ta została zastrzelona w Holandii, a jej syn w Polsce – relacjonował przed laty  Eugeniusz Makowiecki.
Pomimo zeznań Makowieckich, Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Wojewódzkiej w Katowicach umorzył postępowanie przeciwko Jerzemu S., który  kategorycznie zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek przyjął pieniądze. Zeznania Eugeniusza i Jacka Makowieckich, uznano za niewystarczające.
Zbierając materiały o napadzie w Bogucinie, wielokrotnie staraliśmy się spotkać z Jerzym S. - ówczesnym zastępcą komendanta wojewódzkiego policji w Poznaniu. Robiliśmy to telefonicznie, pisemnie i  za pośrednictwem rzecznika prasowego policji. Jerzy S. co prawda podawał nam terminy spotkań. Jednak po przyjeździe do Poznania okazywało się zawsze, że nie ma dla nas czasu.
To właśnie on nigdy nie chciał pokazać akt dotyczących śledztwa w sprawie napadu w Bogucinie. Nawet adwokat Eugeniusza Makowieckiego nie mógł uzyskać pozwolenia na wgląd do materiałów w tej sprawie. Również nam nie udało się do nich dotrzeć, mimo wielu prób. Jakie mroczne tajemnice kryją akta tej sprawy, skoro przez lata są tak chronione?
W czasie licznych wyjazdów w tej sprawie do Poznania, niekiedy czuliśmy się zagrożeni. Zdarzyło się, że zniszczono mój samochód - wybijając szybę i tłukąc reflektory. Jedna z poznańskich gazet weszła w posiadanie taśm z nagraniami naszych rozmów, jakie prowadziliśmy w tej sprawie w Poznaniu. Najwyraźniej ktoś nas podsłuchiwał i nagrywał. Co prawda prokuratura zajęła się tą sprawą, ale nie zdołała ustalić, kto nas nagrywał.
Podobnie, jak nigdy nie ustalono sprawców napadu, ani nie odnaleziono łupu. Śledztwo prowadzone w tej sprawie zostało szybko umorzone, pomimo że w Poznaniu niemal oficjalnie mówiło się, kto uczestniczył w napadzie.
Ta historia nadal pozostaje niewyjaśnioną zagadką, i będzie coraz trudniej znaleźć jej rozwiązanie.  Ubywa bohaterów zdarzenia sprzed 26 lat. Nie żyje już Eugeniusz Makowiecki i były policjant „Tolo”. W tajemniczych okolicznościach poniósł śmierć Jacek Makowiecki. Było to kolejne z "seryjne samobójstwo” osoby związanej z napadem w Bogucinie.
Co prawda wiele osób zabrało tajemnice do grobów, to jednak żyje nadal kilka osób, które wiele wiedzą o napadzie w Bogucinie. Być może któregoś dnia zechcą opowiedzieć, jak było naprawdę. Tylko, czy będą wiarygodni dla prokuratury, która już tyle razy nie wykazała zainteresowania wyjaśnieniem kulisów tego wielkiego napadu z czasów PRL?

Janusz Szostak

Tekst pochodzi z najnowszego numeru magazynu REPORTER

więcej...

niedziela, 18 maja 2014

Nie wiedziała z kim spała

Czy jest możliwe, żeby młoda kobieta nie wiedziała, kim jest ojciec jej dziecka? Owszem, takie rzeczy się zdarzają. Czy jednak ktoś uwierzy w bajeczkę, że pani psycholog - do tego kandydatka do Parlamentu Europejskiego - nie miała pojęcia, że jej kochanek to jeden z najgroźniejszych gangsterów w Olsztynie?

Predator, to ksywka Grzegorza M., skazanego w 2004 roku na 12 lat więzienia pod zarzutem kierowania grupą przestępczą o charakterze zbrojnym i podżegania do zabójstwa członka konkurencyjnego gangu. Predator był uznawany za prawą rękę Orzełka, szefa jednej z kilku grup przestępczych, jakie na przełomie wieków działały na Warmii i Mazurach. Oficjalnie Orzełek wspólnie z bratem bliźniakiem prowadził w Olsztynie agencję towarzyską, ale równocześnie walczył o wpływy na rynku narkotykowym.

Wojna gangów

Przejawem tej walki na śmierć i życie było zastrzelenie w 1999 roku jego brata bliźniaka, którego zabójca pomylił z Orzełkiem („Milczenie ruskiego killera”, Reporter nr 7/8).
Żeby stawić czoła konkurencji, Orzełek wraz z Predatorem weszli w układ z Trollem - przywódcą innej grupy, zajmującej się również porywaniem przedsiębiorców i członków ich rodzin (nadzór nad nią, jak wyznał słynny świadek koronny ps. Masa, sprawował „stary Pruszków”). Zadaniem Predatora było kontaktowanie się z dilerami narkotykowymi i nakłanianie ich do współpracy z grupą Trolla. Gdy się na to nie godzili, byli bici.
W tym czasie pół Olsztyna trzęsło się ze strachu, zwłaszcza, że wojna gangów przyniosła ofiary śmiertelne. Wreszcie zjednoczone siły biznesmenów i organów ścigania doprowadziły do ujęcia i skazania sprawców zabójstw, napadów i handlu narkotykami.
Predatorowi udało się uciec za granicę, ale poszukiwany międzynarodowym listem gończym został zatrzymany w Czechach. Cała seria procesów zakończyła się wyrokami od 10 do 25 lat pozbawienia wolności. Sąd uznał Grzegorza M. winnym udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnej, zajmującej się rozprowadzaniem narkotyków. Nie udało się udowodnić, że współkierował gangiem, choć – jak stwierdziła w uzasadnieniu sędzia – byli świadkowie, którzy domniemywali, że był prawą ręką Orzełka.

Słynne ksywki

Udało się natomiast udowodnić podżeganie do zabójstwa członka konkurencyjnej grupy. Na przełomie 2000 i 2001 roku Troll, Orzełek i Predator zaplanowali zabójstwo Truskawy, szefa rywalizującego z nimi gangu narkotykowego.
Predator skontaktował się z potencjalnym zabójcą, ps. Chemik, któremu dostarczył broń i amunicję. Wykonawca wyroku był jednak dilerem narkotykowym i nie zdobył się na zastrzelenie Truskawy. Zgłosił się do Centralnego Biura Śledczego i powiadomił o zleceniu – w zamian za status świadka koronnego. W sumie Predator dostał 12 lat więzienia, zaś Orzełek o rok więcej.
Sprawa była głośna medialnie i ksywki gangsterów fruwały po mieście, jak jaskółki przed deszczem. Po kilku latach pseudonimy Orzełka i Predatora znów wróciły na łamy gazet za sprawą Warmińsko-Mazurskiego Stowarzyszenia na Rzecz Bezpieczeństwa. Jego prezes Tobiasz Niemiro zaalarmował opinię publiczną, że pierwsi gangsterzy w sprawie porwań wychodzą na wolność. Co prawda – wbrew niektórym enuncjacjom prasowym – obaj nie mieli zarzutów o uprowadzenia, ale byli mocno związani z grupami uprawiającymi ten proceder. Orzełek wyszedł w grudniu 2011 roku, a Predator w lutym 2012 roku.
Olsztyńscy biznesmeni byli zdruzgotani wiadomością, że groźni przestępcy wychodzą z więzienia, a policja nic o tym nie wie!
- Nie ma takiej możliwości, żeby policja inwigilowała wszystkie osoby opuszczające zakłady karne. Nadzór nad nimi sprawują sąd i sądowi kuratorzy – odpowiadał na wspólnej konferencji prasowej komendant wojewódzki policji nadinsp. Józef Gdański. Dodał jednak, że każdy niepokojący sygnał policja potraktuje poważnie. Publicznie zadeklarował też, że w razie konkretnego niebezpieczeństwa, możliwe będzie wdrożenie programu policyjnej ochrony zagrożonych osób.

Pokazowa akcja CBŚ

I oto - dokładnie dwa lata po deklaracji komendanta - 8 kwietnia 2014 roku funkcjonariusze CBŚ, po spektakularnej akcji zatrzymali na ulicach Olsztyna przestępcę, którym okazał się Grzegorz M., ps. Predator. Prokuratura Okręgowa wydała oświadczenie, że już od grudnia 2013 roku prowadzi śledztwo w sprawie prania brudnych pieniędzy i oszustw podatkowych. W sumie zatrzymano siedem osób podejrzanych o działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Fałszowały one dokumentację związaną z obrotem paliwami płynnymi. W ciągu roku sprowadziły z krajów Unii Europejskiej 1100 cystern z paliwem, które odsprzedano innym odbiorcom po cenach znacznie niższych od rynkowych. Bez odprowadzania podatku, czym narażono Skarb Państwa na ponad 30 mln zł. I te - pochodzące z nielegalnego źródła - pieniądze wprowadzano potem do obrotu finansowego. Podejrzanym o kierowanie grupą jest Grzegorz M., dobrze znany policjantom i prokuratorom jako Predator.
I tu pojawił się wątek – śledczy zabezpieczyli telefon należący do Mai Antosik, kandydatki Twojego Ruchu Europa Plus w wyborach do Parlamentu Europejskiego z okręgu warmińsko-mazursko-podlaskiego. Taką wiadomość potwierdziła rzecznik policji, która jednak „dla dobra postępowania” więcej nie mogła ujawnić. Okazało się, że CBŚ zatrzymało też auto, którym jeździła kandydatka i które należało do Predatora. Prokuratura przyznała, że właśnie w tym aucie znajdował się telefon komórkowy, zabezpieczony dla sprawdzenia wykonanych z niego połączeń.
Na te doniesienia zareagowała Maja Antosik wydając oświadczenie, że z zatrzymanym łączy ją relacja czysto prywatna – po prostu jest ojcem jej dziecka. „Nigdy nie ograniczałam mu kontaktu z dzieckiem, w związku z tym w naturalny sposób utrzymywaliśmy ze sobą kontakt” – napisała dodając, że zatrzymany samochód należy do łotewskiej firmy, w której Grzegorz M. jest zatrudniony. Samochód został zatrzymany „w celu potwierdzenia właściciela”. Ale ona w żaden sposób nie jest związana z toczącą się przeciw niemu sprawą. „Grzegorz M. w mojej obecności nigdy nie zachowywał się w sposób, który stawiałby go w złym świetle lub sugerował, że jest zamieszany w jakąkolwiek nielegalną działalność, dlatego też chciałabym wierzyć, że zaszło jakieś nieporozumienie. Z uwagi jednak na fakt, że śledztwo ciągle jest w toku, nie chciałabym tej sprawy więcej komentować” – napisała w oświadczeniu.

Kandydatka milczy

W uwagi na to, że było to oświadczenie mało przekonujące, a Maja Antosik z chwilą startu w wyborach powszechnych stała się osobą publiczną, 25 kwietnia wysłaliśmy dodatkowe pytania na adres podany na jej stronie internetowej. Jedno z nich brzmiało: „Kiedy i w jakich okolicznościach poznała Pani Grzegorza M. (tu pełne nazwisko)? Czy to była znajomość związana z Pani zawodem psychologa?” Jedna z lokalnych gazet zacytowała bowiem informatora, który powiedział: „Pani Maja wiedziała doskonale, czym zajmuje się Predator i za co wcześniej siedział. Poznała go w kryminale, gdzie prowadziła zajęcia resocjalizacyjne”.


Na swojej stronie wyborczej partnerka Predatora opublikowała biogram, w którym podała, że ukończyła studia na kierunku pedagogika terapeutyczna i pedagogika resocjalizacyjna. Obecnie jest doktorantką Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego na wydziale nauk społecznych, od niedawna także prezeską stowarzyszenia działającego na rzecz dzieci i kobiet. Prywatnie szczęśliwa mama półtorarocznego Wiktorka.
Do chwili oddania tego wydania do druku, nie otrzymaliśmy odpowiedzi ze sztabu wyborczego Mai Antosik.


Marek Książek

Fot 1. Zatrzymanie Predatora/ fot Policja   
Fot 2. Zdjęcie ze  strony internetowej Mai Antosik
 

Tekst pochodzi z najnowszego wydania magazynu REPORTER - już w sprzedaży


więcej...

poniedziałek, 3 marca 2014

Sanatorium dla bestii

Sąd Okręgowy w Rzeszowie zdecydował właśnie, że Mariusz Trynkiewicz jako osoba z zaburzeniami psychicznymi  stanowi zagrożenie dla innych i będzie izololowany w zamkniętym ośrodku terapeutycznym. Myślę, że warto wiedzieć, co to za ośrodek i jakie są koszty tej całej operacji dlatego zamieszczam tekst z aktualnego wydania magazynu Reporter:

"Czy Mariusz Trynkiewicz, osławiony morderca i pedofil, trafi do ośrodka pod Gostyninem?  Postępowanie  w  tej sprawie rozpoczęło się 11 lutego, ale sąd odroczył je do 3 marca. Jeśli Trynkiewicz trafi do Gostynina, to  razem z nim będzie tam przebywać 9 innych, niebezpiecznych osobników. Zajmować będzie się nimi 77 osób. Roczny koszt utrzymania ośrodka, to od 5 do 7 milionów złotych.

22 stycznia tego roku weszła w życie ustawa o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi, stwarzających zagrożenie dla życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób. Teraz sądy mają możliwość kierowania na terapię sprawców groźnych przestępstw, którzy - po odbyciu kary więzienia - mogliby popełnić kolejne przestępstwo przeciwko życiu, zdrowiu lub wolności seksualnej.
11 lutego więzienie opuścił Mariusz Trynkiewicz, nazywany „bestia z Piotrkowa Trybunalskiego”. W 1989 roku został skazany na karę śmierci, a później na mocy amnestii zamieniono wyrok na 25 lat więzienia. Trynkiewicz najprawdopodobniej trafi do - utworzonego w Gostyninie na Mazowszu - Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. Obecnie w Ośrodku jest przygotowanych 10 miejsc dla groźnych pacjentów. Jednak, jak zapewnia wiceminister zdrowia Sławomir Neumann, w razie potrzeby, ich liczba może zostać zwiększona. Wiceminister, podczas konferencji prasowej w Gostyninie w dniu 27 stycznia poinformował, że obecnie w ośrodku zatrudniony jest tylko jeden pracownik - dyrektor Ryszard Wardeński. Personel będzie zatrudniany w miarę potrzeb.

Jak w przedszkolu 
Przy 10 pacjentach, pracować będzie 77 osób w tym: psychiatra, 6 psychologów z certyfikatami psychoterapii behawioralno - poznawczej, 14 pielęgniarek, 20 sanitariuszy i 10 ochroniarzy. Na początku ochroniarzami mają być pracownicy ze służby więziennej, później pracownicy ochrony zatrudnieni przez ośrodek.
Dla pacjentów przygotowano jednoosobowe kolorowe sale z meblami  przytwierdzonymi do podłogi. W pokoju znajdują się tylko mała szafka przyłóżkowa, szafa na ubranie, stół, dwa krzesła, umywalka i lustro. We wszystkich pokojach zainstalowano dwie kamery. Nie ma krat w oknach, ponieważ - jak mówi dyrektor Wardeński - jest to placówka lecznicza, wybicie jednak szyby nie jest możliwe: -  To jest szpital psychiatryczny, my nie możemy mieć nawet zewnętrznych oznak, charakterystycznych dla placówek penitencjarnych. Ośrodek to nie więzienie, pacjenci będą mogli swobodnie się po nim poruszać, będą mogli też bez ograniczeń być odwiedzani przez najbliższych.
Psycholog ośrodka, Agnieszka Łuczak zapewnia, że celem terapii będzie zmiana u pacjentów ich wzorców poznawczych i zachowań, które najczęściej cechują się postawami aspołecznymi.
- Terapia poznawcza zaburzeń osobowości polega na rozpoznaniu i modyfikacji pewnych stanów, kluczowych schematów i wzorców poznawczych. Chodzi o to, żeby zmienić jakby sposób interpretacji rzeczywistości i uruchamianych strategii radzenia sobie z tym, co zdarza się pacjentom na co dzień. Naszym celem będzie próba zmiany tych kluczowych przekonań po to, aby umożliwić im ewentualny powrót do społeczeństwa. Terapia poznawcza zaburzeń osobowości jest procesem długotrwałym, z reguły trwa kilka lat - stwierdza Agnieszka Łuczak, która pracuje w ROPS 7 lat i jak mówi, jeszcze nie zdarzył się żaden przykry incydent z pacjentem.

Strach sąsiadów 
Wśród mieszkańców Gostynina zawrzało, na lokalnych portalach trwa dyskusja o nowej placówce. Przeciwnicy nowego ośrodka obawiają się o swoje bezpieczeństwo, zwolennicy przekonują, że nowy obiekt zapewni dodatkowe miejsca pracy.
Wszystkich uspokaja Jacek Nowicki, kierownik Powiatowego Centrum Zarządzania Kryzysowego:  - Nie dziwię się, że mieszkańcy Gostynina mają pewne obawy, przecież media codziennie informują o tej sprawie, padają nazwy: bestie, zwyrodnialcy itd. Zrobił się szum medialny o Gostyninie i różnie jest to odbierane. Przypomnę, że ROPS działa już kilkanaście lat i nikomu nie udało się go samowolnie opuścić. Teraz czujność będzie jeszcze większa.
Radny Paweł Kalinowski mieszka na ulicy Zalesie, w sąsiedztwie z ośrodkiem. Rozmawia ze swoimi wyborcami i zauważa pewien niepokój:  - Jedni uważają, że ośrodek ten nie wpłynie na normalne życie, twierdząc, że faktycznie będzie szansa na zatrudnienie. To w mojej ocenie jest mocno naiwne, ponieważ potrzebni są pracownicy z konkretnych dziedzin. Ale są wśród mieszkańców również pesymiści, którzy nie tylko się boją, ale nie wierzą w jakąś „rewolucję", jeżeli chodzi o zatrudnienie. Również widzą mniejsze szanse na ewentualną sprzedaż mieszkania. Zdecydowanie najbardziej ludzi irytują warunki, jakie stworzono dla pensjonariuszy.
Lokalny artysta Zdzisław Grad - również mieszkaniec Zalesia, dziwi się, że w dobie kryzysu gospodarczego przeznacza się tyle milionów na utrzymanie kilku psychopatów. - Uważam, że dyrektor ośrodka jest osobą kreatywną i dobrym menadżerem. Pewien jestem, że środki finansowe przeznaczone na poprawę standardu kierowanego przez niego ośrodka leczniczego i ewentualną dalszą rozbudowę, dobrze rozdysponuje. Mam natomiast inne zastrzeżenia. Z punktu widzenia interesu ogólnego, na ten czas jest to pomysł poroniony. W dobie kryzysu ekonomicznego, wydatkowania tak znaczących środków na modernizację ośrodka dla kilku bądź kilkunastu psychopatów, nie można nazwać zaspokajaniem najpilniejszych potrzeb służby zdrowia.
Ośrodek otoczony jest betonowym murem o wysokości 5,5 metra i będzie monitorowany przez całą dobę. Pacjenci w oddziale będą poruszać się swobodnie, natomiast na dziedzińcu już w obecności personelu.
W tym roku na ośrodek z budżetu państwa przeznaczono 5 milionów złotych, przy zatrudnieniu 77 osób, koszta wzrosną do 7 milionów złotych rocznie."
Andrzej Adamski 
fot. Andrzej Adamski


więcej...

środa, 22 stycznia 2014

Paradoks prawny

Kilka dni temu media obiegła informacja, że pijak, sprawca tragedii w Kamieniu Pomorskim, wymaga opieki psychologa, ponieważ może się targnąć na życie. Jednocześnie zaostrzono nadzór nad aresztowanym, częściej kontrolowana jest cela. Te wszystkie środki mają zapobiec próbom samobójczym.

Jakoś w tym samym czasie usłyszeliśmy o innej tragedii, spod Suwałk. Tam sąd, w Sylwestra, ogłosił czteroosobowej rodzinie, że rozdzieli ją, ponieważ matka, samotnie wychowująca dzieci, nie radzi sobie. 16-letni Sebastian miał trafić, nie wiedzieć czemu, do Domu Wychowawczego (taki łagodniejszy „poprawczak”). Chłopak nie wytrzymał psychicznie i targnął się na swoje życie. Mimo iż przebywał w Centrum Interwencji Kryzysowej!

Ironia losu tych dwóch spraw polega na tym, że w pierwszym przypadku, pijanego mordercy, wszystkie państwowe służby się mobilizują i otaczają ścisłą opieką bandytę, żeby aby depresji nie dostał.
W drugim to samo państwo, jego służby, nie bacząc na psychiczne skutki, rozjeżdża rodzinę, powodując u wszystkich jej członków nieodwracalne skutki.
No cóż, w państwie prawa najwięcej praw mają ci, którzy prawo łamią.

Tomasz Połeć


więcej...

piątek, 10 stycznia 2014

Czy ustawa poskromi zwyrodnialców?

Dość zaskakujące dane na temat profesji pedofilów zawiera informacja Ministerstwa Sprawiedliwości wysłana do marszałka Senatu. Była to odpowiedź  na oświadczenie grupy senatorów po posiedzeniu w sprawie osób odbywających kary za  przestępstwa seksualne na dzieciach. Okazuje się, że z 1468 skazanych do listopada  2013 roku, aż 900 nie ma wyuczonego zawodu. 

Wśród tych ostatnich największą grupę stanowią osadzeni pracujący wcześniej  jako murarze – około 70 osób.  40 skazanych zatrudniało się dorywczo, około 30 wykonywało zawód ślusarza, również 30 – rolnika, natomiast  25 – mechanika samochodowego. Pozostali reprezentują wiele grup zawodowych. Lekarzem, nauczycielem, pedagogiem, duchownym są pojedynczy skazani.

Z tych danych jawi nam się zupełnie inny obraz polskiego pedofila niż ten, który przekazują nam mainstreamowe media. Inny niż powszechnie panujący stereotyp. Że pedofil to jest najczęściej ksiądz, nauczyciel, pedagog, wychowawca, instruktor - czyli ktoś, kto wybiera sobie taką profesję po to, by mieć częsty kontakt z dziećmi.

Z drugiej strony, to przecież fakt, że najokrutniejszy pedofil w dziejach polskiej kryminalistyki, Mariusz Trynkiewicz był nauczycielem WF-u. Ten potwór z Piotrkowa Trybunalskiego bestialsko zamordował czterech kilkunastoletnich chłopców. W 1989 roku za każde z tych niewinnych istnień dostał karę śmierci. Jednak  na skutek amnestii, jeszcze  tego samego roku zamieniono mu ten wyrok na 25 lat więzienia.  Nie było wówczas w polskim prawie dożywocia. Fatalny błąd wymiaru sprawiedliwości doprowadził do tego, że Trynkiewiczowi kara kończy się już w lutym tego roku. Co zrobi państwo z seryjnym dzieciobójcą, który kiedyś deklarował, że po wyjściu na wolność nadal będzie zabijał, bo to jest od niego silniejsze?

Niedawno prezydent podpisał ustawę o  leczeniu psychiatrycznym w ośrodkach zamkniętych sprawców najcięższych zbrodni (zabójstw i przestępstw na tle seksualnym) po odbyciu przez nich kar. Jednocześnie  ustawa ta ma trafić do Trybunału Konstytucyjnego ponieważ budzi wiele kontrowersji. Przeciwnicy argumentują, iż prawo nie może działać wstecz i  że nie można  człowieka karać dwa razy za to samo przestępstwo. Decyzja o leczeniu nie będzie  powiązana z odbytą karą, lecz z aktualnym stanem zdrowia sprawcy – przekonują zwolennicy ustawy i dodają, że  powstała ona w warunkach wyższej konieczności.

Póki co,  prawo to ma dotyczyć kilkunastu osób skazanych w PRL-u za ciężkie zbrodnie, przestępców co do których istnieje obawa, że na wolności  będą stanowili  zagrożenie dla społeczeństwa. Dwóch z tych bandytów miało zasądzony najwyższy wymiar kary, który zamieniono na 25 lat więzienia. 

Karę śmierci zlikwidowano w Polsce w 1998 roku zastępując ją dożywociem. Było to związane z naszą obecnością w Radzie Europy, która z kolei wymaga od swoich członków podpisania Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.  Badania wskazują jednak, że w naszym kraju większość ludzi opowiada się za przywróceniem kary śmierci. Myślę, że powinno się powrócić do dyskusji na ten temat.

20.12.2013
Na fot. Mariusz Trynkiewicz / screenshot, YT



więcej...

poniedziałek, 30 września 2013

Pogromca stonki

Co by było, gdyby nie było w Polsce kibiców? Zdaniem rządzących, mielibyśmy zapewne Eldorado. Polska rosłaby w siłę  a  naród żyłby godnie i dostatnio.


Kibic, to odpowiednik stonki z PRL - zemsty imperialistów-  którą Amerykanie mieli zrzucać na terytorium Polski, głównie od strony morza. „Pasiasty dywersant" - jak nazywały stonkę władze - był, zdaniem komunistów,  przyczyną niedoborów żywności na rynku. Dlatego też, 18 stycznia 1953 roku, rząd podjął uchwałę, w której „żuk z Kolorado" stał się oficjalnym wrogiem narodu, z którym wszyscy zobligowani byli walczyć.


16 maja 2013 roku minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz wypowiedział wojnę kibolom: – Idziemy po was! – zagroził i na tym pohukiwaniu się skończyło. Minister ocknął się  pod koniec sierpnia. Wówczas ogłosił, że  chce na siłę resocjalizować kibiców, a pretekstem do takich działań stała się awantura na plaży w Gdyni, którą rozpętali meksykańscy marynarze. Wówczas jeden z Meksykanów uderzył polską dziewczynę. Kobieta odepchnęła marynarza, a gdy próbował ją napastować w obronie kobiety stanęli kibice Ruchu Chorzów.


Warto przypomnieć ministrowi, że MSW już resocjalizowało społeczeństwo, w latach 1944–1989. Teraz, w ramach resocjalizacji, Sienkiewicz chciałby m.in. zakazać wstępu kibicom Ruchu na publiczne plaże. Może mu się barwy tego klubu kojarzą z kolorystyką imperialistycznej stonki? Wszak i tym razem „pasiasty dywersant" pojawił się od strony morza.

Zapewne nie wszyscy kibice to aniołki. Tak, jak nie wszyscy policjanci są skorumpowani i nie wszyscy politycy są pozbawieni honoru.  Przypisywanie kibicom wszelkiego zła, jest niczym doklejanie wszystkim duchownym łatki pedofilów. W każdej społeczności są osobnicy źli i dobrzy. Tych drugich jest na szczęście więcej. Generalizowanie nikomu nie wychodzi na dobre.

W tym numerze piszemy o gangu sutenerów, którego działania łączyły – oprócz kilku trójmiejskich kibiców - policjantów, sędziego, prokuratorów itd. Być może w kręgu zła byli też kolekcjonerzy znaczków pocztowych, hodowcy gołębi, szachiści czy miłośnicy gry na bałałajce.
 Dlaczego minister Sienkiewicz nie zagrzmi tym razem: - Idziemy po was?

Łatwej udawać, że poluje się na mityczną stonkę.

Janusz Szostak

Felieton ukaże się w najnowszym numerze magazynu kryminalnego REPORTER - w sprzedaży już od środy.




Dymek: Rzepka


więcej...

niedziela, 1 września 2013

Byłam dziewczyną mafii

W 2006 roku Annie P. -  początkującej dziennikarce - jako Malinie Z., kelnerce z Ząbek, udało się pozyskać zaufanie ludzi z gangu mokotowskiego. Znalazła się wśród nich za wiedzą Centralnego Biura Śledczego. Jej związki z warszawskimi gangsterami trwały kilkanaście miesięcy. Po raz pierwszy opowiada o nich na łamach Reportera. Ujawniając przy okazji kulisy konkursu Miss Polonia oraz kontakty polityków z gangsterami.

Tego piątkowego wieczoru Anna P. siedziała, przy suto zastawionym stole, razem  z Piotrem S. ps. „Sajur”, Norbertem D. ps. „Szlugu” oraz Karolem R. ps. „Karol" -  trzema filarami gangu mokotowskiego. W trakcie tej libacji mieli zostać zatrzymani przez CBŚ. Ona miała zarejestrować rozmowę gangsterów na ukrytym pod sukienką nośniku.
W pewnej chwili Norbert D. odebrał telefon, po którym mężczyźni wyszli na taras: - Nie udało mi się podsłuchać, o czym rozmawiali  - wspomina Anna P. - Po powrocie Karol stwierdził głośno, że „właśnie znaleźli kapusia”. Wystraszyłam się i chwilowo pogubiłam w sytuacji.
Jak się potem okazało do Norberta D. zadzwonił Janusz M., ps. „Jarek”, aby poinformować  o szpiclu w najbliższym otoczeniu gangu. Nie wymienili wówczas jego nazwiska. Kobieta usłyszała, że - na rozkaz Zbigniewa C., ps. „Dax”,  ówczesnego szefa Mokotowa - mieli „uciszyć go na zawsze”.
- Byłam niemal pewna, że właśnie odkryli moją współpracę ze śledczymi – relacjonuje kobieta.
Jej ojciec Marek P. był wówczas śledczym Centralnego Biura Śledczego i to - w pewnym stopniu - sprawiło, że dziewczyna stała się wtyczką CBŚ w jednym z najgroźniejszych polskich gangów.


Zepsuty świat miss


Do świata gangsterów trafiła ze świata modelingu i  w konsekwencji uczestniczyła w wyborach miss. Na pierwszym roku studiów została nawet wybrana - w konkursie Miss Polonia - miss miasta B.
- Już sam casting ocierał się o molestowanie – opowiada dziś o kulisach tego konkursu – Komisja, składająca się z samych mężczyzn, łapczywie patrzyła  na roznegliżowane nastolatki.
Anna dobrze zapamiętała rozmowę między nią a przewodniczącym jury: - Aniu, jak bardzo chciałabyś znaleźć się w finale? Bo wiesz, my tu jesteśmy bardzo wymagający. Twoje koleżanki obiecały nam, że jeśli przyjmiemy je do finału, to będą dla nas bardzo miłe podczas zgrupowania. A Ty?
Odpowiedziała coś  mało kulturalnego, będąc przekonaną, że jej kariera właśnie dobiegła końca.  To był jednak dopiero początek walki o koronę miss.
- Podczas innego zgrupowania w miejscowości Z. słynącej z pięknego jeziora, działy się rzeczy niczym z niemieckiego pornosa – wspomina Anna to doświadczenie. Każda z przyszłych miss miała dokonać „indywidualnej prezentacji” w pokoju jury. W skład tej komisji wchodził: prawnik, fundujący w konkursie biżuterię, lokalny biznesmen, od którego miss miała dostać nowy samochód, oraz właściciel agencji eventowej.
- Ci mężczyźni, leżąc ze szklankami whisky na wielkim hotelowym łożu, czekali ze zniecierpliwieniem na pokaz – opowiada kobieta - Dziewczyny wchodziły do ich pokoju  na wpół rozebrane. Jedne w samej bieliźnie i pończochach, zaś drugie tylko w stringach, zasłaniając piersi rękami. Oni się normalnie do nas dobierali.
Jedne ulegały obleśnym jurorom, inne uciekały z krzykiem. Zgrupowanie zakończyło się w atmosferze skandalu. Parę dni po jego rozpoczęciu - nad brzegiem jeziora - znaleziono na wpół żywą jedną z uczestniczek. Dziewczyna miała przyjąć zbyt dużą dawkę narkotyku, popijając ją alkoholem. Na ciele prawie nagiej modelki znaleziono liczne siniaki, zadrapania i krwawe wybroczyny. Sprawą zajęła się policja.
Konkurs został przeniesiony do innej miejscowości, zaś opiekunami dziewczyn zostały tym razem same kobiety.


Miss kokainy i premierzy



Na jednym z takich konkursów, Anna poznała Tamarę K. zwaną „Miss Kokainy”, dziewczynę Marcina S. - jednego ze sponsorów wyborów miss. Miało to miejsce w grudniu 2006 roku, po gali finałowej w Teatrze Wielkim w Warszawie. Po wyborach dziewczyny były przewożone limuzynami do prywatnego apartamentu sponsora i tam poddawane różnym praktykom. Tamara K. specjalizowała się w zapewnieniu organizatorom wymyślnych uciech i była za to przez nich sowicie wynagradzana.
Największą atrakcję stanowiła zabawa, której nazwa mówi wiele - „taca”. Jedną z dziewczyn kładziono na ogromnej tacy z czystego srebra bądź złota, ozdabiano jej ciało owocami i śmietaną, zaś na piersiach, brzuchu i  w miejscach intymnych rozsypywano kokainę, którą każdy po kolei musiał wciągnąć lub zlizać.
Następnie sponsorzy poili dziewczyny mieszanką alkoholu i środków pobudzających i odbywał się jeden wielki grupowy seks. Ta, która najbardziej zadowoliła organizatorów orgii, miała szansę na „awans” w postaci kontraktu bądź świetnie płatnej fuchy.
Sama Tamara często stanowiła „ozdobę” tacy, co zupełnie nie przeszkadzało jej chłopakowi.
- Ona była „mózgiem” tych chorych zabaw i także negocjowała z łódzkimi handlarzami ceny kokainy. Zdarzało się, że dostawała towar po kosztach, w zamian za seks -  twierdzi Anna - To od niej znani politycy,  sportowcy czy biznesmeni kupowali prochy. Jeden z byłych premierów dość często wysyłał do niej swojego „chłopca na posyłki”, aby przywiózł parę gram kokainy. Ten polityk, bardzo znany,  odwiedzał też agencję towarzyską chłopaka Tamary. Przyjeżdżał zwykle ze swoimi „gorylami”. Dość często urządzał burdy, po których lokal wyglądał jak po przejściu wichury. Dziewczyny z agencji zapamiętały go, jako obleśnego zboczeńca, który uwielbiał podczas aktów seksualnych dusić je, bić po twarzach, a nawet  przypalać zapalniczką  -  Anna nie kryje niechęci  - Zaskakujące było to, że w czasie seksu z dziewczynami z burdelu, w pokoju polityka zawsze byli obecni jego ochroniarze. Podobno były premier sam ich zachęcał, aby w ramach relaksu po pracy zabawili się z jakąś prostytutką.
Ponoć takie zabawy ochrony byłego premiera kończyły się siniakami i opuchlizną na twarzach wynajętych kobiet. Ten „twardoręki” polityk nie był jedynym, który odwiedzał ten ekskluzywny przybytek rozkoszy.
- Pojawił się tam jeszcze inny były premier. Świetnie znający się na prawie, a zwłaszcza, wiedzący jak je omijać. Stanowił zupełne przeciwieństwo swojego kolegi. Zawsze miły, szarmancki, wynajmował tylko najlepsze dziewczyny i kupował najdroższego szampana. Dziewczyny mówiły o nim „boski Franz”. Nie przeklinał, dużo nie pił, ale miał gest i potrafił wydawać na kobiety duże sumy -  Anna przypomina zdarzenia sprzed kilku lat -  Jednej z pracownic burdelu, Laurze, zafundował wczasy w Hiszpanii, a potem nowego mercedesa. Zauroczenie premiera nie trwało jednak długo i piękna Laura została zamieniona na Gizelę, o egzotyczniej urodzie. Ona uwielbiała ostry seks, po którym premier musiał się kamuflować pudrem.
Ponoć ten „kamuflaż” jednak zawiódł, gdyż małżonka polityka dość szybko odkryła jego upodobania do młodych kobiet. Co skończyło się wielką awanturą:  - Od tamtego czasu utrzymywał już tylko „zawodowe stosunki” z Tamarą, której płacił bajońskie sumy za „czystą i białą” przyjemność – twierdzi Anna - Tamara miała świetnych dostawców kokainy i wysokie ceny, które gwarantowały jej wygodne życie. Jako, że dawno przestała się uczyć, to poza handlowaniem narkotykami i seksem, nie robiła zupełnie nic. W utrzymaniu pomagał jej bogaty chłopak. Jedyną jej atrakcją była siłownia, fitness i wieczory z koleżankami. Mając jednak głowę na karku, Tamara postanowiła zarabiać na zaspokajaniu seksualnych potrzeb biznesmenów. Wieńczące konkursy miss orgie, okazały się strzałem w dziesiątkę -  ocenia Anna P.


Burdel mama


Anna P. – jak twierdzi - nie miała ochoty uczestniczyć w orgiach organizowanych przez Tamarę. Trafiła jednak z deszczu pod rynnę. Gdyż stanowisko specjalisty do spraw rekrutacji - w firmie swojego przyjaciela - zaproponował jej Wojciech S. pseudonim „Kierownik” vel „Wojtas”, późniejszy przywódca mokotowskiej ośmiornicy i członek gangu obcinaczy palców. 
Dziewczyna nie do końca zdawała sobie jednak sprawę, kogo i dla kogo będzie rekrutować.
- Jednak postanowiłam spróbować tej łatwej, lekkiej - i jak myślałam - przyjemnej pracy. Już w pierwszym okresie zderzyłam się z ponurą rzeczywistością. Miałam bowiem robić za „burdel mamę”, która rekrutowała dziewczyny do agencji towarzyskiej Marcina S. - chłopaka Tamary. Gdyby nie świetne warunki finansowe, firmowe bmw z serii 7 oraz prywatny apartament podarowany przez Wojtka, to pewnie szybko uciekłabym do domu.
Tak kobieta wspomina pierwszy tydzień tej pracy: - Poszłam do szefa i zapytałam, co mam robić z tymi dziewczynami, które właśnie dostarczono z Ukrainy?
- Rób co chcesz. Jak nie będą ci się podobać, to je wywal. Jak któraś ci odpyskuje, to wal po ryju. Najwyżej „Mufi” (ochroniarz – przyp. red.) ci pomoże. U nas nie ma nieposłuszeństwa. Mamy za dobrych klientów, oni muszą być zaspokojeni bez marudzenia - odpowiedział wtedy „Kierownik”.
- Dziewczyny były brudne i wystraszone. Gdy któraś za wolno wychodziła z samochodu, to na „dzień dobry” dostawała z pięści w twarz. Wybierano tylko najlepsze. W agencji Marcina preferowano Polki, gdyż klienci obawiali się, że Ukrainki mogą ich czymś zarazić - wspomina Anna.
Stałymi klientami agencji Marcina S. byli politycy, między innymi członkowie jednej z  chłopskich partii: -  Dość często wpadali na „szybkiego Francuza” bądź urządzali z młodymi Polkami wymyślne trójkąty. – wspomina ich z niechęcią Anna. Ostatnim klientem na stanowisku, którego zapamiętała, był burmistrz jednej z dzielnic Warszawy: - Przyjechał o trzeciej w nocy, z jakimś kolegą i zażądał trzech blondynek o dużych piersiach. Akurat w tym czasie większą grupę dziewczyn stanowiły brunetki, więc to je zaproponowałam. Facet lekko się skrzywił, ale kazał „dostarczyć” je do pokoju umyte i ubrane w coś z lateksu. Dziewczyny założyły jakieś lateksowe szmaty, wzięły pejcz i udały się do pokoju klientów. Co się tam działo, to szkoda gadać. Po 10 minutach dziewczyny zaczęły krzyczeć i „Mufi” wywalił obu tych gości -  wspomina Anna - Jak się potem okazało, kolega burmistrza wyjął pijawki i chciał zabawiać się nimi z dziewczynami zamiast wibratora. Burmistrz natomiast zamierzał nagrzaną metalową pałkę wkładać dziewczynom w pochwę i robić zdjęcia.
Po miesiącu takiej pracy i  oglądania nafaszerowanych narkotykami dziewczyn, które często były gwałcone, Anna postanowiła znaleźć normalne zajęcie. To jednak nie było takie proste, jak się łudziła: - Z gangu można wyjść tylko nogami do przodu.


Gangsterskie porachunki


Wojciech S. ps. „Kierownik” nie był zachwycony jej planami i zaproponował Annie inny, tym razem ponoć legalny interes. Miała być menadżerem w jego dyskotece w podwarszawskim W.
- Umowa o pracę, wysoka pensja i określone godziny pracy, te warunki przekonały mnie do jej podjęcia. W tym czasie zaocznie studiowałam anglistykę - wyjaśnia dziewczyna.
Sielanka była jednak chwilowa. Po 2 miesiącach pracy - 15 marca 2007 roku, około 5. rano - do dyskoteki  zawitało 4 napakowanych mężczyzn. W tym czasie w lokalu została już tylko Anna P. i „Kierownik”. Ten, widząc nieproszonych gości,  chciał uciec przez okno.
Dziewczyna była w tym czasie na zapleczu i z bocznej wnęki obserwowała sytuację. Jeden z bandytów potężnym ciosem powalił na ziemię Wojciecha S., drugi stanął na jego głowie, a dwóch pozostałych obserwowało spokojnie przebieg zdarzenia.
- Masz trzy dni na oddanie „Daxowi” forsy. Po tym terminie szukaj swojej dupy  w Wiśle, bo głowę dostanie szef - zaśmiał się ten, który przyciskał głowę Wojciecha S. do podłogi. Gdy ten próbował coś mówić, gangster znowu mu przerwał: - Jest niedobrze, bardzo niedobrze. Chciałeś swoich wyrżnąć na trzysta tysięcy, a tymczasem to ciebie będą rżnąć niedługo sumy w Wiśle. Teraz to my przejmujemy „La Stradę” (nazwa dyskoteki – przyp. red.), a reszta jest na przydziale „Ożarowa”. Będzie kasa będzie rozmowa, nie będzie kasy, nie będzie rozmowy - podsumował. Zanim wyszli, pozostałych trzech dość mocno pobiło Wojciecha S.
Według podejrzeń Anny, chodziło o dług, który jej przyjaciel miał u szefa gangu mokotowskiego, Zbigniewa C. ps. „Dax”. Prawdopodobnie Wojciech S. ps. „Kierownik” i jego koledzy nie rozliczyli się z wpływów z dyskotek. Ponadto nie podzielili się z „Daxem” pieniędzmi  ze sprzedaży kokainy i amfetaminy.
Anna postanowiła spakować wszystkie swoje rzeczy i wrócić do domu. Już wtedy powiedziała ojcu, jak wyglądają interesy jej szefa. Marek P. powiadomił kolegów z centrali CBŚ. Okazało się  jednak, że śledczy już od pewnego czasu prowadzili w tej sprawie własne śledztwo. Postanowiono jednak, że jako Malina Z. dalej będzie uczestniczyć w tej akcji.


Rozłam w Mokotowie


Gdy Anna wracała -15 marca 2007 roku - z dyskoteki, drogę zajechało jej czerwone porshe Marcina S. Gangster jechał razem z  Karolem R., ps. „Karol”, który właśnie powrócił z Peru. Sytuacja, jak się potem okazało, była ustawiona, gdyż kilka minut wcześniej do Marcina S. zadzwonił Wojciech S. z prośbą o zaopiekowanie się jego przyjaciółką.
W tym środowisku normą było „oddawanie” swoich dziewczyn pod opiekę innych gangsterów, jeśli zmuszała do tego sytuacja. Puszczenie wolno takiej kobiety mogłoby skończyć się dla mafiosów zgubą, gdyby taka postanowiłaby związać się z ich konkurencją (czytaj: z „Pruszkowem” bądź „Wołominem”) albo zbratać z policją. Dlatego Marcin S. zaproponował  Annie wszelką pomoc. Tymczasowo miała zamieszkać w wilii Karola R. Gdyż Tamara K., nie zgodziła się, aby Anna mieszkała razem z nią i Marcinem w ich domu. Była o chłopaka chorobliwie zazdrosna – bez wzajemności.
Karol R. -  na polecenie szefa gangu mokotowskiego „Daxa” - przywoził z Peru spore ilości narkotyków, które następnie trafiały do warszawskich, łódzkich i katowickich salonów. Z Marcinem S. tworzyli nieodłączną parę bliskich współpracowników „Daxa”.
„Karol” zarobkował na różne sposoby. Sprzedawał m.in. towar kradziony z tirów np. transport eleganckiej bielizny wartej pół miliona złotych. Ponoć miał handlować bronią i podrabianymi banknotami euro, które sprowadzał z Czech. Dostawcami byli gangsterzy z Bałkanów.
Interesy szły dobrze. Jednak za sprawą Wojciecha S. sytuacja mocno się skomplikowała. Już wtedy jednak pozycja „Daxa” była bardzo osłabiona i wielu jego ludzi zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa Karol R. i Marcin S. oraz Piotr S. ps. „Sajur” postanowili wykorzystać tę sytuację i wzmocnić swoje wpływy. Zamierzali podburzyć przeciwko „Daxowi” stary „Ożarów” oraz zjednać sobie „Pruszków”.
W okresie układania tych planów przez mokotowskich gangsterów, Anna  z Karolem tworzyli już oficjalnie parę. W nocy 26 maja 2007 roku była świadkiem zdarzenia, które utwierdziło ją w przekonaniu, że jej przyjaciel działa przeciw „Daxowi”.
- Usłyszałam dochodzące z piwnicy domu głosy. W pobliżu nie było Karola, nie mogłam też znaleźć ochroniarza, który patrolował teren posiadłości. Po cichu zeszłam do piwnicy. Tam było kilku mężczyzn w kominiarkach, którzy pakowali coś szybko do czarnego, lateksowego worka. Okazał się, że jest tam  Norbert D. ps. „Szlugu”, który razem z „Sajurem” i Karolem  rozdysponowywali między sobą skradzione z tirów przedmioty.
Obok  łupów z kradzieży, w walizce leżało około 300 tysięcy złotych, z których oni i ukrywający się „Kierownik”, mieli rozliczyć się z „Daxem” za wcześniejszy przemyt amfetaminy. Pieniądze te pochodziły głównie od gangu ożarowskiego.


Zakopią ją żywcem


Karol R. nie zamierzał jednak rozliczać się z „Daxem” - twierdząc, że towar z Ukrainy był trefny i nic nie zarobili. Zaś „Dax” nie planował podarować 300 tysięcy złotych i dał Karolowi ostrzeżenie  – podpalając jego samochód: -  Karol nie przejął się jednak groźbami swojego byłego już szefa i razem z innymi postanowił rozprawić się z bossem. –  opowiada Anna.
Wciąż jednak brakowało Wojciecha S., który po prostu zapadł się pod ziemię, w czym  - według mafiosów - maczał palce „Dax”. W ramach odwetu Karol R. wraz z Norbertem D. ps. „Szlugu” porwali kochankę szefa, Amandę D.  Zagrozili, że zakopią ją żywcem w lesie, jeśli „Dax” nie zaprzestanie wtrącać  się w ich interesy.
- „Dax” tym razem odpuścił i zgodził się na propozycję, ale tak naprawdę nie zamierzał im tego darować - ocenia Anna  - Zlecił Robertowi Ż. zlikwidowanie Karola R., za  200 tysięcy złotych. Snajperem okazał się dawny chłopak mojej siostry Ewy.
Robert Ż. ostrzegł Annę i Karola  o planowanym na nich zamachu. Po czym już więcej nigdy się nie odezwał. 
11 czerwca 2007 roku Anna wybrała się na zakupy do pobliskiego marketu, ale już do niego nie dotarła. Po drodze do samochodu zgarnęli ją agenci z CBŚ, wśród których był jej ojciec. Poinformowano ją o dacie planowanego zatrzymania, i poinstruowano, jak ma się zachowywać podczas samej akcji, aby się nie odkryć.


Zabić kapusia


20 czerwca 2007 roku Karol R., Piotr S., ps. „Sajur” oraz Norbert D., ps. „Szlugu” spotkali się w wilii zaginionego Wojciecha S., ps. „Kierownik”, aby zastanowić się, jak ukarać „Daxa”, którego podejrzewali o zabójstwo „Kierownika”. Była z nimi Anna.
Dziewczyna dzień wcześniej spotkała się w pobliskim lesie z oficerem śledczym, który poinformował ją, że jeden z ludzi „Daxa” ją śledzi i podejrzewa o współpracę z „centralką” (CBŚ - przyp. red).
Tymczasem rozmowa gangsterów przebiegała dość spontanicznie. Paweł S. zaproponował kolegom kupno sporej ilości broni od zaprzyjaźnionego Ukraińca. Gdy rozmowa zeszła na transport ikon z Sankt Petersburga, do Norberta D. zadzwonił Janusz M. ps. „Jarek”. Mówił, że mają na ogonie szpicla. Jednak to nie Annę podejrzewano o kontakty z policją. Januszowi M. udało się wytropić w Szwecji zaginionego Wojciecha S., który według niego miał donosić na kolegów.
- Poinformował kumpli, że wiezie go do nich łącznie z kasą, którą Wojtek zwinął wcześniej innemu gangsterowi, i zapytał, co ma zrobić w tym temacie – relacjonuje kobieta -  Mężczyźni po dłuższej naradzie stwierdzili, że kapusia należy po cichu zlikwidować. Zgodnie z wcześniej umówionym hasłem, dała znać oficerom CBŚ, aby rozpoczęli akcję. 
- Chłopaków od razu powalono głowami do ziemi i skuto kajdankami. Mnie samą także położono na glebie, ale ubrali mi przy tym kominiarkę - wspomina Anna P. –  Karol i reszta, zaraz po zatrzymaniu wpłacili gigantyczne kaucje i wkrótce wyszli na wolność.
Nie na długo. W kwietniu 2008 roku – tuż po ujawnieniu istnienia listy śmierci - Karol R. i 19 członków grupy mokotowskiej zostało ponownie zatrzymanych.


Koniec gangu



Z wiedzy operacyjnej policji wynikało, że to właśnie Karol R. miał odpowiadać na przełomie 2007 i 2008 roku za przygotowanie zamachów na prokuratorów i policjantów rozpracowujących gang mokotowski. „Mokotów” stworzył wówczas dwie listy śmierci. Na pierwszej znaleźli się skruszeni członkowie gangu i ich rodziny, a także kilka osób z konkurujących z Mokotowem gangów, w tym śmiertelny wróg grupy Rafał  S., ps. „Szkatuła”. Na drugiej liście było dwóch ostrołęckich i dwóch warszawskich prokuratorów oraz policjanci z CBŚ, rozpracowujący „Mokotów”. Gangsterzy chcieli nawet porwać jednego z oficerów CBŚ, aby torturami wymusić wszystko co wie o sprawie i kto jest rozpracowywany. Później policjant zostałby brutalnie zamordowany. Prokuratorów planowali zastraszyć bombami, a gdyby nadarzyła się okazja, to nawet dokonując na nich zamachów. Nikomu jednak nigdy nie postawiono zarzutów w sprawie list śmierci.
–  „Karol” był bardzo ambitny.  W 2006 roku wymyślił sobie, że porwie a później zabije „Daxa” i zajmie jego miejsce w gangu. Zaczął namawiać Huberta W. aby ten uprowadził bossa, ale on się nie zgodził – zeznawał w sądzie jeden z bandytów.
Zbigniew C. ps. „Dax” nie został zatem odstrzelony przez kamratów. Oskarżono go o kierowanie w latach 2005-2007 grupą zbrojną o charakterze przestępczym - został skazany przez sąd na 15 lat więzienia. Pozostałych czterech oskarżonych w tej sprawie usłyszało wyroki od 1,5 do 12 lat więzienia.
Piotra S. ps. „Sajur” skazano na 3 lata pozbawienia wolności, gdyż - jak uzasadniał prokurator - dowody nie wykazały jednoznacznie jego organizacyjnej przynależności do żadnej z grup.
Wojciech S. ps. „Wojtas" vel „Kierownik" został zatrzymany w lipcu 2008 roku.  Wiadomo, że działał  w tzw. grupie „obcinaczy palców”. Potem rządził gangiem mokotowskim po zatrzymaniu jego przywódców, Andrzeja H., ps. Korek i Zbigniewa C. ps. „Dax”. Policja uważała, że od niego wyszły zlecenia uprowadzeń policjantów i prokuratorów prowadzących śledztwo przeciwko grupie mokotowskiej. Przedstawiono mu zarzuty kierowania grupą przestępczą, zlecenia zabójstw, posiadania broni palnej, materiałów wybuchowych, uprowadzenia dla okupu, handlu znacznymi ilościami narkotyków.  Wojciech S.  - zdaniem policjantów -  to najgroźniejszy ze wszystkich zatrzymanych przez CBŚ przestępców, działających w grupie mokotowskiej. „Kierownik” został też oskarżony o podżeganie do zabójstwa Janusza M., ps. „Jarek”, który był wtyczką  „Daxa”.
Pełne rozbicie gangu mokotowskiego miało miejsce 19 kwietnia 2009 roku, kiedy 250 policjantów wraz ze snajperem na pokładzie śmigłowca, zatrzymało 20 osób z gangu mokotowskiego.

***

Anna P. nie została policjantką – mimo, że jej to proponowano, zrezygnowała również z zawodu dziennikarza. Zajęła się czymś bardziej przyziemnym. Założyła własny biznes w branży tekstylnej i razem z nowym narzeczonym zaczęła nowe życie w jednej z bogatych dzielnic Warszawy.
Sielanka trwała w najlepsze, aż do pewnego lipcowego poranka, kiedy to do drzwi ich domu zastukał Marcin S. Jak się okazało, był on dobrym kolegą narzeczonego Anny, Macieja B., z którym od dwóch lat prowadził klub nocny, należący wcześniej do „Kierownika”. Złe „duchy” z przeszłości wracały. Postanowiła od nich uciec.
Od kilku lat Anna mieszka na stałe w jednym z krajów skandynawskich.
- Nie zamierzam wracać do Polski, wiem, co by mnie tam czekało – zastrzega kobieta.

Michał Jaworski




Tekst ukazał się w najnowszym numerze magazynu kryminalnego REPORTER


więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top