Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reporter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Reporter. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2014

Amnestia i amnezja

Nad więzieniem w Goleniowie unosiły się chmury dymu. To  skazani podpalili zapory ogniowe. Z pozbawionych krat  okien, wyrzucali płonące materace. Stali na dachach, obserwując teren. Opanowali większość zakładu karnego. W stronę „klawiszów” leciały metalowe piki, śruby, mutry, a z dachów dachówki i cegły. Zginął wówczas jeden z więźniów, wielu osadzonych i strażników zostało rannych.
Przyjechałem wtedy do Goleniowa pisać reportaż o buncie więźniów. Takich protestów było w tym czasie więcej.  Największe miały miejsce w więzieniach w Nowogardzie, Czarnem i Goleniowie. Wszędzie były ofiary śmiertelne.
Było to w 1989 roku, kilka miesięcy po wyborach kontraktowego Sejmu. W Polsce nie było już praktycznie więźniów politycznych. Więźniom zaczęło się wydawać, że w niedługim czasie zostanie ogłoszona amnestia, i że oni wyjdą na wolność.
Ustawą amnestyjną chciano dać przykład tego, o czym w exposé mówił Tadeusz Mazowiecki – „oddzielenia przeszłości grubą kreską". Wśród opozycyjnych parlamentarzystów powszechny był pogląd o konieczności darowania win skazanym. Nielicznymi osobami przeciwnymi tak szerokiej ustawie amnestyjnej, byli m.in. Jarosław i Lech Kaczyńscy. Większość polityków była gotowa na daleko idące kompromisy wobec więźniów.
Nie byłoby dziś zamieszania z kontrowersyjną ustawą o izolacji najgroźniejszych przestępców, gdyby 25 lat temu nie uchwalono - budzącej również kontrowersje - ustawy o amnestii. Dziś już prawie nikt nie chce pamiętać, jaka presja i emocje towarzyszyły uchwalaniu prawa, które wielu skazanym darowało karę, a innym - takim jak Mariusz Trynkiewicz - karę znacznie łagodziło. Zamiast kary śmierci pojawiło się 25 lat odosobnienia, zabrakło jednak dożywocia.
16 listopada 1989 roku Sejm uchwalił ustawę o amnestii. Nie obejmowała ona jednak recydywistów. W zakładach karnych zawrzało. Władze próbowały pertraktować z recydywistami. To były sytuacje dziś niewyobrażalne.
Niepokoje w więzieniach zaczęły się już latem 1989 r.  Więźniowie  początkowo  domagali się jedynie poprawy warunków pracy i wzrostu wynagrodzeń. Gdy te roszczenia zostały spełnione, zażądali weryfikacji, i wyroków, i amnestii. W Nowogardzie, właściwie  więźniowie przejęli władzę nad zakładem karnym. Normą było usuwanie funkcjonariuszy straży więziennej z oddziałów, okupowanie budynków i demonstracyjne wchodzenie na dachy. Doszło do tego, że przewiezienie aresztowanego złodzieja na rozprawę do sądu było niemożliwe, jeśli nie zgodził się na to Komitet Protestacyjny Skazanych. Na jego czele stanął 34-letni wówczas złodziej – recydywista Zbigniew O., pseudonim „Orzech”.
Dwa dni po ogłoszeniu amnestii, „Orzech”, wraz z dwoma zastępcami (jeden odsiadywał 15 lat za zabicie własnej matki), pojechał „suką” straży więziennej na rozmowy z ministrem sprawiedliwości do Warszawy. Po drodze więźniowie, w asyście „klawiszów”, zatrzymali się w przydrożnej restauracji i wymusili podanie sobie wódki. Następnie – nieźle podpici – zażądali zmiany kursu, gdyż przed rozmową z ministrem chcieli wpaść do znajomych pod Warszawą i nieco tam zabawić. Gdy strażnicy odmówili spełnienia tego żądania, więźniowie zdemolowali samochód. Minister Aleksander Bentkowski dopiero wówczas przejrzał na oczy i zerwał rozmowy z recydywą.
W takiej to atmosferze uchwalono prawo, które dziś wraca czkawką, choćby przy sprawie Trynkiewicza.

Janusz Szostak

fot. zakład karny w Nowogardzie - skreenshot

Felieton ukazał się w najnowszym numerze magazynu REPORTER - od dziś w sprzedaży.


więcej...

czwartek, 28 listopada 2013

Marionetki szatana

Aktorka, miłośnik heavy metalu i zazdrosna żona. Każde z nich, na pewnym etapie swojego życia stanęło twarzą w twarz z szatanem. Nie rozpoznali go od razu. Wydawał się miły, nieszkodliwy, przyjazny. Z czasem ich życie zamieniło się jednak w koszmar. Wielu, może zbyć ich relacje pobłażliwym uśmieszkiem.

– Ci którzy doświadczyli tego na własnej skórze, już się nie śmieją – mówi „Reporterowi” egzorcysta. Ksiądz Grzegorz Przybyłek miał do czynienia z wieloma jeszcze straszniejszymi przypadkami. 
Dużym zaskoczeniem dla wielu osób musi być świadectwo Patrycji Hurlak, aktorki znanej m.in. z serialu „Klan”. Teraz z pogodnym uśmiechem opowiada o egzorcyzmach, jakie przeszła, i o tym, jak wiele dobrego sprawił dla niej Jezus. Nie kryje też, że jeszcze niedawno była okropną osobą.

 Od magii do Jezusa

Magią zaczęła się zajmować mając 6 lub 7 lat. Nie wiedziała, że robi źle. Dziś dziwi się, że przez te wszystkie lata ani jedna osoba nie ostrzegła jej przed tym. Nikt jej nie powiedział, że tak robić nie wolno. 
Wchodzenie w magię odbywało się malutkimi kroczkami. Najpierw amulety, horoskopy, talizmany. Pisemka dla dziewczynek - uczące jak czarować.
Wspomina, że w czasach jej dzieciństwa na rynku nie było tylu filmów czy pism o magii. Mimo to, w jej ręce trafił podręcznik czarnej magii. Tę książkę mama aktorki wyrzucała z domu kilkakrotnie. Podręcznik zawsze jakoś znajdował się z powrotem. Mało tego, w różnych dziecięcych sytuacjach kryzysowych, książka zawsze spadała na podłogę, otwierając się na pomocnym akurat zaklęciu. Na przykład, jak połamać nogi koleżance, mającej pójść na dyskotekę z chłopakiem, który akurat podobał się przyszłej aktorce. 
Z czasem zaczęła rzucać duże klątwy. Wtedy nie wiedziała, że zaklęcia te - niczym bumerang - uderzają także w nią. Przez 10 lat była połączona klątwą z pewnym człowiekiem. Dopiero po egzorcyzmie, jaki w końcu Patrycja przeszła, mężczyzna uwolnił się od niej i ożenił.  
Aktorka twierdzi, że dzięki magii miała spełnione każde swoje życzenie. Myślała, że to ona posiada taką moc, że jest jakąś super bohaterką.
W pewnym momencie poczuła jednak, że w jej życiu czegoś brakuje. Za sprawą magii postanowiła zatem „załatwić” sobie wymarzonego mężczyznę. Spotkała go już na drugi dzień. Idylla trwała dwa miesiące, po czym okazało się, że ukochany jest awanturnikiem, alkoholikiem, że zażywa narkotyki. Zupełnie nie wiedziała, jakiego zaklęcia ma użyć, aby wyplątać się z tej sytuacji. Wtedy zaczęła się zatem modlić.  
Dziś mówi, że Jezus stał cały czas obok niej. Wiedział, że ona tonie, czekał jednak, aż Patrycja sama poprosi Go o ratunek. Kiedy zaprosiła Jezusa do swojego życia, zaczęły się dziać rzeczy niesamowite.
Patrycja jest też sędzią i kierowcą rajdowym. Pewnego dnia wracała z rajdu, z Wejherowa do Warszawy. Była już wtedy po pierwszych modlitwach, podczas których prosiła Boga o wskazanie dalszej drogi życia. Nagle jej GPS zwariował. Zamiast do Warszawy doprowadził kobietę pod mury klasztoru we Włocławku. Tam, w konfesjonale czekał na nią franciszkanin - egzorcysta.
Sytuacja jest tym dziwniejsza, że zakonnik dzień wcześniej wrócił z Ziemi Świętej i tego dnia miał właśnie swój pierwszy dyżur po powrocie. 
To właśnie on odprawił nad Patrycją pierwszy egzorcyzm. Przez wszystkie lata swojego życia, trwała w niepokoju. Spała przy zapalonym świetle. Jak dziś mówi, z chwilą odprawienia egzorcyzmu, odzyskała spokój serca.
Teraz swoje świadectwo Patrycja Hurlak opisuje w książce „Nawrócona wiedźma”.

 Wywołamy małego szatanka?
 
Daniel był fanem muzyki rockowej. Lubił tego typu granie, odkąd sięgnie pamięcią. Nosił długie włosy i dżinsy. Przed laty na studiach, zafascynował się twórczością Kinga Diamonda. Wokalisty, który jest zdeklarowanym satanistą.
Zainteresowanie to przerodziło się w chorobliwą fascynację. Nie dało się z nim porozmawiać o niczym innym. Godzinami wpatrywał się w okładki płyt. Całe noce spędzał ze słuchawkami na uszach. Wczytywał się w teksty utworów. Analizował słowa i poszczególne wersy.
Pewnego wieczoru wyszedł do kolegi na imprezę. To było z dawna planowane spotkanie trzech dobrych kumpli. Impreza przerodziła się w horror.
Daniel pamięta, że nagle zaczął żartować w jakiś dziwny sposób. – Może zrobimy tu sobie czarną mszę – zagadnął ze śmiechem. Na początku koledzy również się śmiali.
Daniel czuł, jak w jego wnętrzu wybucha szalony, nienormalny chichot. – Może wywołamy szatana. Małego szatanka – zaczął śmiać się histerycznie. Czuł w sobie narastającą nienawiść i agresję. Niczego więcej już nie pamięta.
Gdy się ocknął, leżał na podłodze w zdemolowanym pokoju. Miał unieruchomione na plecach ręce. Nad sobą ujrzał twarz policjanta. Funkcjonariusz przykładał mu koniec pałki do klatki piersiowej: – Ty jesteś jakiś psychiczny? – rzucił bez ogródek, widząc błysk świadomości w oczach chłopaka.
Daniel nie pamiętał, jak wcześniej - w brutalnym szale - zdemolował mieszkanie. Pobił kolegów, którzy próbowali go powstrzymać. Nie byli w stanie dać mu rady. Porozbijał meble, wyrzucił telewizor przez okno. Powybijał szyby.
Przerażeni młodzieńcy wezwali na pomoc policję. Czterech rosłych funkcjonariuszy próbowało obezwładnić Daniela, a ten rzucał nimi po całym pokoju. Gdy zakuli go w końcu w kajdanki, wił się tak, że na przegubach rąk pozostały mu głębokie, krwawe szramy. W końcu stracił przytomność.
Rodzice Daniela szukali pomocy w Kościele. W końcu chłopak trafił do podwarszawskiego zakonnika egzorcysty. Modlitwy pomogły. Zakonnik powiedział Danielowi, że to nie było jeszcze opętanie ale, że - przez zbytnie zagłębienie się w satanistyczną twórczość - otworzył furtkę dla sił demonicznych.
– On wciąż będzie wokół ciebie krążył i szukał okazji. Dlatego musisz być od teraz bardzo uważny. Bardzo czujny  – ostrzegł chłopaka.
Zgodnie z poleceniem zakonnika, Daniel zniszczył wszystkie płyty Kinga Diamonda.
Dziś Daniela nie ma już wśród nas. Jakiś czas potem zginął w wypadku samochodowym.

Zawarła pakt z diabłem

Ksiądz Grzegorz Przybyłek jest egzorcystą Diecezji Płockiej. W swojej posłudze spotkał się z podobnymi przypadkami.
- Przy tego typu sytuacjach, gdy mamy do czynienia ze zniewoleniem demonicznym, alkohol powoduje, że oddajemy pole tej drugiej stronie. Miałem przypadek, że u pewnego chłopaka zło ujawniło się właśnie po wypiciu kilku piw – opowiada - Podobnie, jak w opisanym przypadku, chłopak stał się bardzo agresywny. Jego bliscy byli przerażeni. W pierwszej chwili sądzili, że zwyczajnie sobie popił, więc ta agresja jest naturalna. Przecież po alkoholu ludzie różnie reagują. Było to jednak coś więcej – dodaje. 
W takich  przypadkach egzorcysta widzi specyficzny znak czasów: - Wcześniej pewne zagrożenia duchowe funkcjonowały na danym terenie. Świat był bardziej zamknięty. Te zagrożenia były typowe dla danego obszaru. Pozostawały znane i łatwiej można się było poruszać w tej przestrzeni. Obecnie następuje kumulacja różnorakich wpływów i trochę zanikła postawa, która kiedyś nazywała się bojaźnią Bożą.
Duchowny podaje przykład 45-letniej kobiety, która zawarła pakt z szatanem. Miała trudności życiowe i chciała być silna. Duchowny zapytał ją, skąd w ogóle wiedziała, jak to zrobić. Kobieta odparła, że po prostu usiadła przed komputerem i znalazła sposób w Internecie. Teraz jest na etapie wychodzenia, ale wiele się nacierpiała i cierpi nadal.

Z praktyki księdza Przybyłka wynika, że opętania w sensie ścisłym należą do wyjątków. Natomiast zniewoleń jest dużo

- Kiedyś, gdy mówili: tego nie ruszaj, bo jest niebezpieczne, raczej starano się omijać to coś z daleka – zauważa duchowny - Dziś sięga się po to z przekory, albo, żeby się przekonać, czy na pewno to takie groźne. Jeden przejdzie to lekko, a drugi zostaje głęboko skażony – zauważa duchowny.

Masz na ramieniu aniołka

Edyta i Tomek mieszkają w Wielkiej Brytanii. Ich życie układało się jak w bajce, do chwili, gdy Edytę zaczęły dręczyć podejrzenia, że jej mąż ma kogoś. Tomek miał w końcu dość ciągłej, bezpodstawnej zazdrości. Po kolejnej awanturze, wyprowadził się z domu.
Załamaną Edytą zajęła się wtedy życzliwa koleżanka. Tłumaczyła, że Tomek nie jest jej potrzebny. Że teraz puszczą go z torbami i Edyta będzie miała mnóstwo pieniędzy.
– Moja teściowa ma pewne zdolności – powiedziała kiedyś Edycie – Ona widzi różne rzeczy. Potrafi przepowiadać przyszłość. Zna się na tajemniczych sprawach. Nawet już przepowiedziała, że Tomek będzie chciał wrócić. Myślę, że powinnaś się z nią spotkać. Ja się jej radzę we wszystkim.
- W tamtym momencie bardzo się do tego zapaliłam – przyznaje Edyta - Byłam w złym stanie psychicznym. Potrzebowałam wsparcia i one mi tym wsparciem chciały służyć. Nie podejrzewałam niczego złego.
Koleżanka od dłuższego czasu czuła przy sobie czyjąś obecność. Dochodziło nawet do tego, że zatrzymywała auto, bo czuła, że ktoś jest na tylnym siedzeniu. Teściowa powiedziała, że to duch dziewczyny. Uspokoiła jednak, że to dobry duch, który chce się nią opiekować.
– Innym razem na jednej z imprez powiedziała pewnej kobiecie: - Masz na ramieniu aniołka. Na początku brałam to wszystko za dobrą monetę – mówi Edyta -  Nie wiedziałam, że teściowa koleżanki  podporządkowała już ją sobie. Skłóciła ją z rodzicami, ona była  tylko marionetką.
Rodzina Edyty dążyła do pogodzenia małżonków. W szczerej rozmowie z Tomkiem Edyta przyznała, że od pół roku koleżanka wmawiała jej tę zazdrość. Małymi dawkami podkopywała zaufanie do męża. Wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu. Do momentu, gdy Edyta znów spotkała się z koleżanką.
Tomek był przerażony. Znów nie mógł porozumieć się z żoną. - Nie docierały do niej żadne racjonalne argumenty. Jej twarz dziwnie się zmieniała. Ja jej nie poznawałem. Od początku mówiłem, że te dwie to czarownice, i teraz miałem najlepszy dowód.
Tomek - wraz z bratem Edyty - zaczęli szukać w Internecie modlitwy o uwolnienie od złego ducha. Wiedzieli, że w Anglii nie mają co liczyć na pomoc egzorcysty. Tam ta posługa jest w zaniku. Tyle, że z Edytą nie dało się już racjonalnie rozmawiać.  Siedziała wbita w kąt pokoju. Na twarzy miała dziwny uśmieszek, jakiego rodzina nigdy wcześniej u niej nie widziała.
- Tłumaczyliśmy jej, że te dwie kobiety chcą zniszczyć nasze małżeństwo – opowiada Tomek - Że chcą dla niej źle. Edyta odpowiadała: „No, to co? One muszą być w moim życiu. To wy jesteście źli. Zostawcie mnie w spokoju”.
Kiedy, po wielu godzinach, coś zaczęło do niej docierać, mężczyźni poczuli się tak zmęczeni, jak gdyby stoczyli walkę z kimś dużo potężniejszym od nich. Kimś, kto cały czas stawiał im potworny opór.

Precz ode mnie szatanie

Koleżanka nie dawała jednak za wygraną. Próbowała jeszcze skusić Edytę obiecanymi pieniędzmi, dla samotnej matki.
– Pamiętam, jak zadzwoniła. Taka roześmiana, beztroska. Radosnym głosem obwieściła mi, że załatwiła te pieniądze. Brat poinstruował mnie wcześniej, że gdy koleżanka zadzwoni, mam jej powiedzieć: „Precz ode mnie szatanie”. Nie miałam odwagi, by to zrobić. Wypowiedziałam jednak te słowa w myśli. Reakcja koleżanki do dziś jest dla mnie szokiem. Poczułam się, jakby ona to usłyszała. Jej radość nagle prysła. Warknęła tylko, że musi kończyć i rzuciła słuchawkę. Do tej pory wciąż byłam sceptyczna, co do tych diabelskich sideł. To zdarzenie mnie przekonało. 
Edyta wciąż jednak walczyła z pokusą sięgnięcia po wspomniane pieniądze: – Może nikt się nie dowie, że mąż wrócił do domu – myślała. Chciała wydać tę kwotę na zabieg dentystyczny.
Pamięta, jak pewnego wieczoru odmawiały z córką modlitwę o uwolnienie. W lustrze szafy widziała swoją twarz. Nagle ta twarz zaczęła się wykrzywiać. Na pierwszy plan wyszły zęby – czarne, okropne kły. Przerażona uciekła do sypialni i pół nocy odmawiała różaniec. To zajście skutecznie wyleczyło ją z chciwości.
Do dziś małżonkowie żyją w stanie gotowości. Wspólnie się modlą. Wieczorami odmawiają różaniec. Noszą poświęcone medaliki. Chodzą do kościoła. Z upiorną koleżanką zerwali całkowicie kontakty.     
Ksiądz Przybyłek mówi „Reporterowi”, że obecnie zajmuje się podobnym przypadkiem. Apodyktyczna teściowa, również zaangażowana w okultyzm, napuszczała swojego syna na synową. Małżonkowie także mieszkali i pracowali w Wielkiej Brytanii.
 – Najpierw to było namawianie, że nie potrzebne są dzieci. Ta synowa zupełnie nie umiała się przeciwstawić. Nie mogła dotrzeć do swojego męża. To co mama powiedziała, było święte. Nieraz tak bywa, że matka jest mocno związana z synem, ale tutaj sytuacja była aż przerysowana – opowiada ksiądz. 
W ostatnie wakacje kobieta zabrała w końcu męża na trzydniowe rekolekcje małżeńskie. Coś się wtedy zmieniło. Mężczyzna zaczął inaczej myśleć. Wyjeżdżając w sierpniu do Anglii, powiedział matce, że chce sam kierować swoim życiem. Wtedy kobieta wściekła się na synową: - To przez ciebie wszystko. Ja ci teraz pokażę.
Wkrótce - po powrocie do Anglii - ich małe dziecko trafiło nagle do szpitala z podejrzeniem sepsy. Wysoka temperatura, zupełnie nie wiadomo, co robić. Kobieta zadzwoniła do znajomych księży w Polsce, prosząc o pomoc. Powiedziała, że teściowa zajmuje się okultyzmem. Podjęto modlitwę. Za dwie godziny wszystkie objawy ustąpiły.
 – Mieli potem problem w szpitalu, jak to potraktować. Bo przecież wyniki były kiepskie i po tak krótkim czasie wszystko jest w porządku. Lekarze zupełnie nie wiedzieli, co się stało. W tej chwili, ten mężczyzna myśli i funkcjonuje zupełnie inaczej. Rozpad małżeństwa był jednak bardzo bliski – opowiada egzorcysta. Dodaje, że w obydwu opisanych wyżej przypadkach, osoby poddane zostały działaniu zniewalającemu umysł.
– Człowiek nie jest w stanie widzieć bardzo konkretnych rzeczy. Nie jest w stanie przeprowadzić prostych wnioskowań logicznych. Widzi całkiem coś innego, słyszy to, co mu pozwala ta siła słyszeć. Pojawiają się działania zniewalające. Jest tylko kwestia obrzędu – w jaki sposób ktoś to robi. Koniecznie trzeba podjąć modlitwę osłaniającą i absolutnie uciąć kontakty z tymi osobami – poucza duchowny.

Dziecko widzi duchy

Z egzorcystycznej praktyki księdza Przybyłka wynika, iż opętania w sensie ścisłym należą do wyjątków. Natomiast zniewoleń jest dużo.
 - Właściwie nie jestem w stanie być do końca dyspozycyjnym, bo mam kilka osób w ciągu dnia – mówi. Do niedowiarków egzorcysta kieruje te słowa: - Jeśli ktoś nie przekonał się na własnej skórze, wydaje mu się, że to jest jakaś idee fix. Natomiast ta rzeczywistość jest smutna, bo występuje w niej duże cierpienie. Nieraz ludzie cierpią latami. Myślą, że tak musi być, że inni też tak mają. 
Powyższe słowa ilustruje przypadek pewnej czterdziestolatki. Nękana była od dzieciństwa. Nie mogła spokojnie przespać nocy. Nie była w stanie zostać w domu sama. Miała ciągłe lęki i koszmary.
- Widziała duchową rzeczywistość – różne postaci itd. – opowiada ksiądz -  Najpierw, w dzieciństwie myślała, że inni też tak mają. Gdy się przekonała, że tak nie jest, ukrywała swój stan, bała się bowiem, że pomyślą o niej, że jest nienormalna. Po pierwszej modlitwie już to wszystko zniknęło. Kobieta powiedziała mi potem, że teraz to jest zupełnie inne życie.
Egzorcysta sam był zdziwiony, że uwolnienie przyszło tak szybko. Mówi, że zniewolenie było związane z przeszłością rodziny, która mocno siedziała w okultyzmie. Kobieta poniosła konsekwencje, choć sama w praktykach nie uczestniczyła.
Częściej jednak uwolnienie nie następuje tak szybko. Od roku ksiądz Przybyłek zajmuje się dziewczyną, która w bardzo młodym wieku weszła w praktykujący satanizm. - Na początku były duże demonstracje. Teraz po roku mogę powiedzieć, że długa droga jest już za nami – opowiada.
Dziewczyna tkwiła tak głęboko w satanizmie, że otrzymała już pewne dary z tamtej strony. Posiadała nadprzyrodzone umiejętności nadane jej mocą demoniczną. Wyparła się oficjalnie Kościoła i wiary. Nagle przyszedł jednak moment przebudzenia. - To też była łaska, bo siedząc tak mocno w tych rytach, a są to bardzo paskudne praktyki, przyszło rozeznanie, że coś nie tak – zauważa egzorcysta.
Na początku dziewczyna nie była w stanie przyjąć Komunii Świętej. Coś zaciskało jej gardło. Nie mogła przełknąć nawet odrobiny. Ksiądz mówi, że powodem był fakt, iż w grupie satanistycznej profanowała wykradaną uprzednio hostię.
Gdy nie ma przejęcia, takie osoby funkcjonują normalnie. Gdy następuje przejęcie, wszystko może się zdarzyć.
- Była taka sytuacja, że dziewczyna jest u siebie w mieszkaniu, w środku nocy. Nagle, jakby jej się film urwał. Za dwie godziny odzyskuje świadomość – jest kilkanaście kilometrów dalej, w jakimś dziwnym towarzystwie. Nie wie w ogóle, co tam robiła. Takie sytuacje były bardzo niebezpieczne, bo zawsze szło to w kierunku zagrożenia życia.
Dopiero później ksiądz dowiedział się, że wiele osób z otoczenia dziewczyny, modliło się o nawrócenie dla niej. To musiało wpłynąć na jej nagłe zawrócenie z drogi ku zatraceniu. Dziś jest już dużo lepiej, choć nękana też była przez różne fizyczne dolegliwości. Miała silne bóle, którym towarzyszyła sugestia, że wszystko minie, jeśli wróci do satanistycznych praktyk.

Diabelskie zniewolenie

Równie mocno cierpiała fizycznie kobieta, która korzystała z pomocy tzw. świeckiego egzorcysty. - Gdy do mnie trafiła, była już na etapie zupełnej rozwałki psychicznej. Zaczęliśmy szukać, gdzie jest przyczyna. Po podjęciu modlitwy, nastąpiła manifestacja tego wpływu. Było to zniewolenie, ale pewnie skończyłoby się opętaniem – przypuszcza ksiądz. Kobieta miała trudności małżeńskie. Podpowiedziano jej, że jest taki mężczyzna – świecki egzorcysta, który może jej pomóc.
 - Na początku były jakieś działania pozorowane. Wiszące na ścianach obrazki Matki Bożej. W pierwszej chwili nie miała podejrzeń. Jakiś czas potem, kobietę dopadły potężne bóle. Egzorcysta do dziś zastanawia się, jak znalazła sposób, aby sobie z nimi radzić. Leżała w pokoju krzyżem i wrzeszczała z bólu i lęku: - Jezu zmiłuj się nade mną.
Wtedy bóle przechodziły.
Inna kobieta zaangażowała się w reiki - pseudometodę leczenia za pomocą bliżej nie określonej energii życiowej. – Chodziła na pielgrzymki. Chciała pomagać ludziom. Gdzieś tam ją skaptowali, przekonując, że to jest Boża droga. Absolutnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożeń.
Gdy trafiła do egzorcysty, było już bardzo źle. Na pierwszej rozmowie mówiła: - Nie wiem, co się ze mną dzieje? Czy jestem psychiczna? Idę chodnikiem i coś wpycha  mnie pod jadący  samochód. Nie mam władzy nad tym.
Często jednak zniewolenia diabelskie biorą się z poranień wyniesionych z dzieciństwa. Szczególnie wstrząsający jest przykład pewnego 22-latka. Egzorcysta mówi, że pierwsza szatańska demonstracja nastąpiła już po trzech minutach rozmowy. – Gdy zadałem pytanie docierające do sedna, reakcja była natychmiastowa. 
Gdy chłopak miał cztery latka, odszedł od nich ojciec. Młodzieniec pamięta dokładnie moment, gdy w wieku pięciu lat obejrzał pewien film. Wtedy zapragnął być tak zły, jak postać z tego filmu. Potem we wszystkich grach komputerowych wcielał się tylko w złe postacie.
- Zapytałem, czym się interesuje. Odparł, że nigdy się niczym nie interesował. Pytałem, czy lubi słuchać muzyki, czytać książki. Odpowiedział, że nie. Jedyna rzecz, którą robił, to były gry – opowiada ksiądz.
Chłopak nigdy nie był związany z żadną grupą satanistyczną. Sam dotarł do odpowiednich książek, gdzie dowiedział się, jak nawiązać kontakt ze złym. Do egzorcysty przywiozła go matka, bo przejęcia nie pozwalały już funkcjonować jemu, jak i rodzinie.
Obecnie życie chłopaka polega na tym, że jeśli mu się uda, trochę się prześpi. Potem jest tak, jak sam to opisał: - Spanie, lęk, myślenie, że do niczego się nie nadaję. Nie jestem w stanie nic zrobić. Nie jestem w stanie wyjść na ulicę. I złość, która mnie łapie.
Złością chłopak określa momenty, gdy następuje przejęcie przez złego ducha.
 - Mama go utrzymuje. Ledwo przędzie. Boi się go zostawić, żeby sobie albo komuś nie zrobił krzywdy – opisuje egzorcysta. 

Cierpienia są straszne

Duchowny zauważa, że obecnie zły duch bardzo mocno atakuje ludzi w kierunku sensu życia.
- To jest takie pchanie ludzi w kierunku myślenia typu: jestem brzydki, niepotrzebny nikomu itd. Mocno też atakuje duch śmierci. Część samobójstw ma podłoże walki duchowej. Wiele razy występuje poważne dręczenie i przekaz dla tej osoby jest jeden: jak skończysz ze sobą, to będzie spokój. Nie chciałbym tutaj rozsądzać odpowiedzialności takiej osoby przed Panem Bogiem, ale w wielu przypadkach, ta osoba w ogóle może nie być odpowiedzialna – mówi duchowny. 
Zauważa, że cierpienia ludzi zniewolonych są straszne. Tymczasem wielu sytuacji można byłoby uniknąć. - Niebezpieczna jest ta utrata bojaźni Bożej. Dążenie do tego, że wszystkiego trzeba spróbować. Oj, nie wszystkiego – zaznacza z naciskiem egzorcysta.
Na opętanie czy zniewolenie nie ma bowiem mocnych. Każda sytuacja jest inna. Nawet,  gdy podobne były sposoby wchodzenia w zło, to zawsze całość wygląda odmiennie.
– To co robię, nie jest sprawą moich zdolności czy umiejętności. To ewidentnie działanie Pana Boga – podkreśla z mocą ksiądz Grzegorz Przybyłek.

Wojciech Czubatka
fot. Wojciech Czubatka 

Tekst ukazał się w magazynie REPORTER


więcej...

środa, 20 listopada 2013

Testowanie z pedofilii

Zakotłowało się niedawno w mediach po tym,  jak Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne  (APA) ogłosiło w podręczniku diagnostycznym, że pedofilia jest orientacją seksualną,  a nie – jak dotychczas -  zaburzeniem.  Co prawda błyskawicznie  zamieszczono sprostowanie wyjaśniając,  iż chodziło o błąd, i cały kurz szybko opadł, jednak fetor po tym zdarzeniu pozostał.

Skłaniam się ku opiniom,  iż nie była to,  ot taka sobie zwykła pomyłka w definicji.  Zbyt duża jest bowiem różnica pomiędzy „orientacją”, a „zaburzeniem” i uważny korektor,  czy też recenzent  tak poważnego wydawnictwa wychwyciłby ten  błąd przed publikacją. 

Zmiana klasyfikacji pedofilii na „orientację”  sprawiłaby, że z czasem stałaby się ona normą, a skoro  byłaby to rzecz normalna,  to stąd już kilka kroków do depenalizacji.  Aż trudno to sobie wyobrazić,  że w konsekwencji tych zmian,  sprawca  czynu pedofilnego,  jednego z najohydniejszych przestępstw,  mógłby w przyszłości nie podlegać karze. Wprawdzie psychiatrzy każą nam odróżniać pedofilię od „czynu pedofilnego”, jednak dla mnie fakt, kim jest zwyrodnialec, który w ten sposób krzywdzi dziecko, nie ma większego znaczenia…

O co więc w tych „pomyłkach” APA może chodzić? Ano jest podejrzenie, że ów błąd to wypuszczenie balonika próbnego, takie testowanie społeczeństw, jak zareagują one na próbę „normalizacji” pedofilii.  Środowiska konserwatywne w Stanach Zjednoczonych wszczęły alarm, więc szybciutko się z tego wycofano.  Przypuszcza się jednak , że podobne próby będą ponawiane, istnieje bowiem lobby, któremu zależy na tym, by  tę przypadłość „zalegalizować”. Mówi się przecież o tym,  iż pedofilia występuje także, między innymi,  jako forma „ekskluzywnej rozrywki” elit  finansowych i politycznych,  zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie.

Niewykluczone, że proces oswajania społeczeństw z pedofilią przebiegałby znacznie szybciej,  gdyby nie przystopował  go  przypadek Marca Dutroux, pedofila i  seryjnego mordercy zwanego „Potworem  z Charleroi”, który swego czasu zaszokował cały świat.  Za swoje zbrodnie  skazany on został  w 2004 roku  na dożywotnie więzienie. W czasie śledztwa Dutroux twierdził, że  należał do międzynarodowej siatki pedofilów. Mieli się w niej znajdować biznesmeni, politycy z pierwszych stron gazet, a także lekarze i policjanci.

Wypada przypomnieć, że w 1973 roku to samo Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne  wykreśliło z listy zaburzeń psychicznych homoseksualizm. Dużo się od tamtego czasu zmieniło pod względem owej „normalizacji”. Można wspomnieć choćby o spełnionych już tu i ówdzie żądaniach  środowisk homoseksualnych  dotyczących zmian w prawie odnośnie  tak zwanych związków partnerskich.

Wiele wskazuje na to, że następni w kolejce do „normalizacji” są właśnie pedofile.

fot.screenshot/YT

Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu REPORTER - od dziś w sprzedaży.


więcej...

niedziela, 17 listopada 2013

Uwaga na portfele!

Pewnie każdy z nas, jeśli nie znalazł cudzego, to przynajmniej raz w życiu zgubił własny portfel. Mnie zdarzyło się jedno i drugie. Moje portfele, jeśli do mnie wracały, to już opróżnione z wartościowej zawartości.

Jeden z nich znalazł hydraulik w jednej z byłych moich redakcji, gdy naprawiał zapchaną spłuczkę w toalecie. To wydarzenie zmusiło mnie do weryfikacji przekonania, że wszyscy dziennikarze to uczciwi osobnicy. Wszak portfel musiał buchnąć mi ktoś z redakcji.
Dobrze, że przy okazji mnie nie zabił. Bo i takie przypadki wśród żurnalistów się zdarzały. Serb Włado Taneski był dziennikarzem kryminalnym z 20 -letnim stażem. Czytelnicy z ciarkami na plecach śledzili jego relacje o seryjnym mordercy -  „potworze z Kiczewa", który terroryzował miasto. Mordercą okazał się on sam.

W Polsce mordercy wśród dziennikarzy także się zdarzali i zdarzają. Na przykład Zygmunt Bielaj vel Iwan Ślezko, zabójca (w 1970 roku) doktor Stefanii Kamińskiej z Płocka, był wcześniej redaktorem „Gazety Poznańskiej”. Mówiło się, że reporterem czasopisma „Fakty i Mity” jest Grzegorz Piotrowski, morderca ks. Jerzego Popiełuszki. Miał rzekomo pisać pod pseudonimem.

W czerwcu wspominałem w tym miejscu o mrocznej przeszłości redaktora naczelnego jednego z tzw. tygodników opinii. Okazuje się, że może on mieć więcej na sumieniu niż przypuszczałem. Ponoć od lat ukrywa prawdę o swoich związkach ze zorganizowaną przestępczością w Polsce, a prokuratura w Szczecinie właśnie wznowiła śledztwo w sprawie jego rzekomego udziału w podwójnym morderstwie w 1993 roku.

Wolałbym osobiście, aby dziennikarzami zostali ludzie bez podobnych zarzutów  i skłonności do zła. Po prostu, aby były to osoby wyróżniające się uczciwością.
Ale ta ostatnia właściwość nie jest raczej cechą konkretnych grup zawodowych, czy nawet narodowości. Choć reporterzy magazynu „Reader's Digest" przeprowadzili test, który zdaje się ma wykazać, że są narody bardziej i nieco mniej uczciwe.

W ramach eksperymentu rozrzucili oni 192 portfele na ulicach 16 miast Europy, Ameryki Północnej i Południowej oraz Indii.  Sprawdzano także uczciwość mieszkańców Warszawy. Każdy portfel zawierał: nazwisko i numer telefonu komórkowego, fotografię rodzinną, kupony, wizytówki i równowartość 50 dolarów. Co sprawiało, że nie było trudno odnaleźć właściciela.

Jak wynika z testu, najuczciwsi są  mieszkańcy Helsinek - oddali aż 11 z 12 porzuconych tam portfeli. Testu na piątkę nie zdała jednak Warszawa, tu – podobnie, jak w Londynie -  oddano 5 portfeli. Dla porównania w Moskwie -  7. Najgorzej wypadła Lizbona, tam oddano tylko 1 portfel, w dodatku znaleźli go  Holendrzy. Drugi od końca był Madryt – 2 zwroty. Jakby na osłodę, w madryckim metrze znaleziono we wrześniu portfel Amerykanina z czekiem na 2 miliony dolarów. Znalazca oddał go policji.

U nas też zdarzają się  takie przypadki.  Pod koniec września czternastolatek znalazł na ulicy w Jasienicy (śląskie) portfel. Była w nim równowartość 20 tysięcy złotych, karty do bankomatu z numerami PIN oraz dokumenty. Chłopak zaniósł zgubę na policję, która odnalazła właściciela - obywatela Ukrainy.
- Jak się jest uczciwym, to nie przechodzi przez myśl, żeby sobie to wziąć. Ktoś ciężko na to pracował – stwierdził Filip Pierzyna, który znalazł portfel.
A mógł przecież zrobić tak, jak jego rówieśnik, w tej anegdocie.
Nastolatek dzwoni do radia:
- Znalazłem portfel, jest w nim pięć tysięcy złotych i dowód niejakiego Mariana Nowaka.
- Jak możemy pomóc w tej sytuacji? - pyta prowadzący audycję.
- Możecie zadedykować mu jakąś piosenkę?

Janusz Szostak


więcej...

czwartek, 4 kwietnia 2013

Tomasz Kaczmarek: Nie da się ustrzec przed zdrajcami

Z posłem Tomaszem Kaczmarkiem, znanym powszechnie jako agent Tomek, rozmawia Gabriela Jatkowska

Ile prawdy jest o agencie Tomku w mediach? Nazywany był Pan „bawidamkiem”, „lowelasem”.
Odnosząc się do tych określeń, muszę powiedzieć, że to narracja rozpracowywanych przeze mnie osób. Pani Beata Sawicka, jej obrońcy, jak również Weronika Marczuk, próbowały wpływać w ten sposób na opinię publiczną, jak również na wymiar sprawiedliwości. To zwykłe kłamstwa. W procesie karnym oskarżony może kłamać i taka linia obrony przez te Panie została przyjęta. Obrońcy Beaty Sawickiej i Weronki Marczuk – a przypomnę, że broniła je ta sama kancelaria – przyjęli linię obrony opartą na odbieraniu wiarygodności przedstawicielom organów ścigania. Materiał dowodowy jest w tych sprawach bardzo mocny. Beata Sawicka została skazana, co prawda jeszcze nieprawomocnym wyrokiem sądu, na 3 lata pozbawienia wolności.

Weronika Marczuk już nie.
Sprawa Weroniki Marczuk w mojej ocenie została zamieciona pod dywan. Wykorzystując pewną lukę prawną, prokurator prowadzący tę sprawę  pozbył się materiału dowodowego, jaki CBA dostarczyło.

Jak to się „pozbył”?
Zakwestionował decyzję prokuratora generalnego w związku z wszczęciem kombinacji operacyjnej  - (regulacja zawarta w art. 19 ustawy o CBA).  W momencie, kiedy podważył celowość tych działań, pozbył się wszelkiego rodzaju nagrań z kontroli operacyjnej, nagrań ze spotkań oraz szeregu innych materiałów dowodowych, które wskazywały na przestępcze, łapówkarskie działanie osób związanych ze sprawą prywatyzacji Wydawnictwa Naukowo - Technicznego.

Może Pan zatem czuć satysfakcję z finału tych trzech głośnych akcji, w których brał Pan udział jako agent CBA?
Dlaczego nie? Uważam, że CBA pod kierownictwem Mariusza Kamińskiego odnosiło ogromne sukcesy na polu walki z łapówkarstwem. Natomiast to, że niektórzy prokuratorzy okazali się osobami nie do końca odważnymi i nie chcieli zmierzyć się z mocnym materiałem dowodowym, nie oznacza, że  jeszcze kiedyś sprawy te nie ujrzą światła dziennego.

Uważa Pan, że niewygodne sprawy zostały zatuszowane?
W mojej ocenie ktoś faktycznie wystraszył się materiału dowodowego, sprawy te mogły być niewygodne, ale mam nadzieję,  że kiedyś śledztwa te trafią w ręce odważnych prokuratorów, a przestępcy zostaną rozliczeni.

Jakie trzeba mieć predyspozycje zawodowe, charakterologiczne do bycia funkcjonariuszem pod przykryciem? Czy wygląd jest ważny?
Wszystko jest ważne. Jeden funkcjonariusz świetnie sprawdzi się w roli handlarza narkotyków, inny znów złodzieja. Ktoś inny może świetnie znać się na dziełach sztuki i wykrywać nielegalny obrót nimi. Trzeba być osobą ogólnie wykształconą, znającą przepisy prawa, mile widziana jest znajomość języków obcych. Funkcjonariusz powinien być odporny na stres i ryzyko związane z wykonywaniem tej specyficznej służby.

Jak przygotować się do roli? W jaki sposób są one przydzielane?
Postacie, jakie kreuje się w trakcie wykonywania zadań związanych z kombinacjami operacyjnymi, są dobierane według poszczególnych cech funkcjonariusza oraz figuranta. Prowadzący nadzór ocenia zdolność do wykonywania danego zadania indywidualnie. Podobnie jak narzędzia, które potrzebne są do zdobycia dowodów łamania prawa – garnitury, samochody, dresy. Przyświeca temu jeden cel – złapanie przestępców - handlarzy narkotykami, handlarzy kobietami, pospolitych łapówkarzy. Czas akcji zależy od dynamiki i rozwoju sytuacji operacyjnej. Każda sprawa jej inna, ma swoją własną charakterystykę, przestępcy są różni.

Przeczytałam, że takim przykrywkowcem można być maksimum pięć lat. Potem wchodzi się w niebezpieczny moment uzależnienia od adrenaliny.
To są indywidualne oceny poszczególnych osób. Jeden funkcjonariusz wypali się wcześniej, inny zaś dłużej będzie w stanie wykonywać tego rodzaju pracę. Nie ma tu sztywnych reguł.

Panie? Mają ciężej, łatwiej?
Należy tu postawić znak równości. Płeć funkcjonariusza nie ma znaczenia. W zależności od sytuacji, zarówno Panie, jak i Panowie mogą mieć pod górkę albo z górki – niebezpieczeństwo jest zawsze takie samo dla wszystkich.

Na czym polegają konkretne szkolenia na przykrywkowca?
Nie chciałbym wchodzić szczegółowo w tego typu kwestie, ponieważ obowiązuje mnie w tym zakresie tajemnica. Kuchnia pracy służb powinna pozostać tajemnicą.

Czy istnieje coś takiego jak kodeks etyczny, moralny takiego agenta?
Ściśle określone zasady są unormowane przepisami prawa. Natomiast, bez etyki i moralności nie można mówić zarówno o chronieniu prawa, jak i pracy agenta.

A metody przesłuchań funkcjonariuszy CBA, o których mówił ostatnio sędzia Igor Tuleya? Czy według Pana jest to prawdziwy obraz CBA, czy przesadzona opinia sędziego?
Według mnie sędzia Tuleya wypowiadał swoje prywatne opinie i oceny w odniesieniu do materiału dowodowego – taka sytuacja jest niedopuszczalna. Do takich wypowiedzi nie powinno było dojść. Prokuratura w odniesieniu do metod przesłuchań świadków w godzinach nocnych uznała, że prawo przewiduje prowadzenie tego typu czynności. Natomiast porównanie sędziego do lat stalinowskich jest oderwane od rzeczywistości.

Jak chodzi o tzw. kontrolowaną łapówkę – gdzie jest granica, a gdzie możemy mówić o prowokacji agenta?
Prowokacji agenta? Mówimy o działaniach określonych w art.19 (ust. 1 i 3) ustawy o CBA, czyli  o kontrolowanym wręczeniu korzyści majątkowych. Niektórzy dziennikarze używają określenia „prowokacja policyjna” w cudzysłowie, jednak przypomnę, że przepisy bardzo sztywno określają, co funkcjonariusz zrobić może, a czego nie.

Czyli nie może – czego?
Nie może prowokować czy być osobą, która kieruje grupą przestępczą. A jest to bardzo łatwe do zweryfikowania, ponieważ materiał dowodowy jest badany przez prokuraturę, a następnie sąd.

Ten sam, który zamiata sprawy pod dywan?
Podstawę do weryfikacji stanowi cały operacyjny materiał z konkretnej sprawy, którego nie da się w żaden sposób zmanipulować. Tu nie można wykorzystać żadnej luki.

A metody? Jak daleko agent może się posunąć w swoich metodach infiltracji danej grupy? Szeroko komentowane były podobno pańskie metody wchodzenia w środowisko Pań, które były pod lupą?
Jakie metody ma Pani na myśli?

Choćby ten bukiet róż otoczony perłami, podobno podarowany przez Pana Beacie Sawickiej?
To są doniesienia kłamliwe. Poza tym w tych sprawach w zainteresowaniu CBA nie były tylko Panie. W sprawę ustawienia przetargu na zakup działki na Helu wyrok usłyszał także burmistrz tego miasta. Nie były to moje prywatne relacje, odgrywałem w tych sprawach pewną rolę, po to, by zdobyć materiał dowodowy na popełnianie przez tych ludzi przestępstw. To oni usłyszeli zarzuty karne, nie ja. Przypomnę, że w trakcie postępowania prokuratorskiego, adwokat Pani Sawickiej skierował wniosek do prokuratury o podejrzenie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy CBA. Prokuratura w Lublinie badała tę sprawę i jednoznacznie stwierdziła, że takiego przekroczenia nie było. Także prokurator oskarżający w tej sprawie nie dopatrzył się żadnych nadużyć agentów, a co najważniejsze – sąd w uzasadnieniu wyroku podkreślił, że funkcjonariusze działali zgodnie z prawem. Organy państwa nie dały się w tym przypadku zwieść łzom przestępcy.

Nie brakuje Panu adrenaliny, która wiązała się z pracą pod przykryciem? Będąc teraz w roli posła,  nie tęskni Pan do pracy w CBA?
Swoją wieloletnią wiedzę merytoryczną mogę wykorzystać w pracy poselskiej, wspierając przy okazji funkcjonariuszy służb. Już jako poseł złożyłem mnóstwo zawiadomień do różnych instytucji dotyczących przekroczenia uprawnień, do jakich dochodzi w służbach mundurowych oraz specjalnych.

Gdyby miał pan szansę powrotu?
Tamten rozdział jest zamknięty.

W jakim kierunku podąża obecne CBA?
Znam bardzo dobrze obecnego szefa CBA, Pawła Wojtunika, kiedyś był dobrym gliną. Natomiast szczeble kariery, po których zaczął się wspinać przyćmiły mu nadrzędny cel naszej służby, czyli dobro ojczyzny. W mojej ocenie dziś CBA jest ubezwłasnowolnione przez rządzący układ polityczny PO-PSL. Afera goni aferę, a winnych nie widać. Gdybym zaczął wymieniać, zabrakłoby Pani Redaktor miejsca na tekst.

Są przyjaźnie wśród funkcjonariuszy?
Oczywiście, że tak. Dziś mam wielu przyjaciół wśród funkcjonariuszy czynnych zawodowo we wszystkich służbach specjalnych. Miałem ich w trakcie wykonywania zadań jako funkcjonariusz CBŚ, CBA.

Skąd zatem zdjęcia, które wyciekły za sprawą Pańskich przyjaciół, znajomych?
Nie da się ustrzec przed zdrajcami. I to jest właśnie taki przykład –  dwóch moich byłych kolegów stało się pospolitymi zdrajcami w momencie dostarczenia zdjęć dziennikarzom. Czy zostali za to wynagrodzeni? Z wiedzy, jaką posiadam – tak. Głos wszystkich przykrywkowców, antyterrorystów, wywiadowców, funkcjonariuszy pionów operacyjnych w Polsce w tej sprawie jest potępiający.

Jak się Pan wówczas czuł?
Po wieloletniej pracy w służbach mam grubą skórę. Dziwię się natomiast, że nie było konkretnych reakcji ze strony służb – zarówno ze strony CBA, ABW czy CBŚ. Reakcja powinna być stanowcza, doszło bowiem do rażącego złamania przepisów prawa. Nie chodzi o dyskredytację mojej osoby, lecz o to, że ujawniono szereg informacji niejawnych, narażających na szwank funkcjonariuszy dziś czynnie służących Polsce. Mam nadzieję, że osoby, wobec których toczy się postępowanie w tej sprawie, poniosą konsekwencje swego czynu.

A jakie by Pana satysfakcjonowały?
Chciałbym, aby dziennikarze, którzy dopuścili się tych publikacji, zaczęli myśleć. Rozumiem, że każdy gorący news świetnie się sprzedaje, ale trzeba też myśleć o ludziach, którzy walczą z przestępczością. Publikacja informacji na temat ich pracy, przedstawianie ich wizerunku, jest dalece, delikatnie mówiąc, nieodpowiedzialna.

Czy agent może mieć życie prywatne w trakcie wykonywania swoich obowiązków?
Nie rozmawiam z dziennikarzami na temat mojego życia prywatnego dzisiejszego i wczorajszego – wynika to przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa – mojego i moich najbliższych.

Niebezpieczne sytuacje?
Dwukrotnie, kiedy brałem udział w akcjach, ja i moi koledzy byliśmy zagrożeni utratą życia.

Czy w tej chwili otrzymuje Pan jakieś pogróżki?
Tak, otrzymuję groźby związane z pozbawieniem życia, składam stosowne zawiadomienia do prokuratury. Śledztwa w tych sprawach są w toku.

Nie boi się Pan, tak zwyczajnie po ludzku?
Nie bałem się jako policjant, nie boję się teraz, jako polityk. Zawsze będę stawiał czoła wszelkim sprawom  związanym z łamaniem prawa.

WYWIAD POCHODZI Z KWIETNIOWEGO NUMERU MIESIĘCZNIKA REPORTER

fot. Gabriela Jatkowska


więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top