Taki tester ma oczywiście sprawdzać jakość oferowanych usług, a także kontrolować, czy w danym domu publicznym panuje czystość i porządek i czy uprawianie seksu jest tam bezpieczne. Czyli berlińskie burdele mają mniej więcej wyglądać tak, jak w naszej rodzimej, acz nieprzyzwoitej piosence śpiewanej na melodię „Prząśniczki”, a zaczynającej się od słów „ Na ulicy Brackiej…”, gdzie wszystko leży na swoim miejscu.
Kandydat musi być wykształcony, najlepiej w dziedzinie biznesu lub hotelarstwa i rzecz jasna, mieć kilkuletnie doświadczenie w wizytach w domach publicznych. Mile widziane jest posługiwanie się obcym językiem. Wysokości wynagrodzenia w ogłoszeniach nie podano. Jednak wydaje się, iż najwłaściwsze byłoby tu potoczne powiedzenie, które mówi, że żeby dobrze zarobić trzeba się nieźle napier…ć. W stolicy Niemiec jest bowiem - według wiarygodnych szacunków - ponad pięćset domów publicznych.
Od piętnastu lat prostytucja w Niemczech jest legalna, to znaczy państwo pobiera z tej działalności podatki, a pracownicy tego biznesu objęci są opieką socjalną. Ale wiadomo też, że prawo w tym wypadku to fikcja, bo ci, którzy rejestrują działalność gospodarczą są w dramatycznej mniejszości. Niemcy są największym rynkiem dla handlarzy kobiet, najczęściej zmuszanych do świadczenia usług seksualnych i poniżanych.
Kiedy w zeszłym roku, zgodnie z unijnymi zaleceniami, zaczęto w Polsce uwzględniać dochody z seksbiznesu przy obliczaniu PKB, znów odżyła dyskusja na temat: legalizować prostytucję, czy jej nie legalizować. Zwolennicy twierdzą, że skoro działalność ta przynosi ogromne dochody, to państwo też powinno mieć z tego korzyści więc należy ją opodatkować, zaś pracownikom tego sektora przysługiwałyby wtedy świadczenia, takie jak wszystkim.
Przeciwnicy, do których i ja się zaliczam uważają m.in., iż pobierając podatki z niemoralnego procederu państwo samo staje się sutenerem, a z sutenerstwem należy bezwzględnie walczyć. Zalegalizowanie prostytucji nie załatwia także problemu handlu kobietami, które są masowo wywożone ze swoich krajów, a potem zniewalane i wykorzystywane. Bardzo rzadko bowiem w życiu bywa tak, jak w tym dowcipie:
Dzwoni ojciec do córki, która wyjechała zagranicę na studia:
- Co słychać, córeczko?
- Zostałam prostytutką.
- Co takiego?! Jak mogłaś?!
- Ale tato! Słuchaj! Wiesz ile ja mam teraz ciuchów? I studia mam opłacone już do końca. Jeżdżę jaguarem. Siostrę zapraszam do mnie na wakacje, a tobie i mamie wykupiłam wczasy na Majorce. I kupiłam wam jacht, który już tam na was czeka.
- Zaraz, zaraz… to mówisz, że kim zostałaś?
- Prostytutką.
- Aaaa nie, to sorry… Ja zrozumiałem, że protestantką.
Felieton pochodzi z najnowszego wydania magazynu kryminalnego REPORTER












