Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Tester domów publicznych

Włodarze seksbiznesu w Berlinie zamieszczają na swoich portalach ogłoszenia, że poszukują do pracy „testerów domów publicznych”. Trochę już żyję na tym świecie, lecz do tej pory nie słyszałem o takiej profesji. A jest to ponoć praca ciekawa, rozwijająca zainteresowania i – co ważne – niemal stale w ruchu.

Taki tester ma oczywiście sprawdzać jakość oferowanych usług, a także kontrolować, czy w danym domu publicznym panuje czystość i porządek i czy uprawianie seksu jest tam bezpieczne. Czyli berlińskie burdele mają mniej więcej wyglądać tak, jak w naszej rodzimej, acz nieprzyzwoitej piosence śpiewanej na melodię „Prząśniczki”, a zaczynającej się od słów „ Na ulicy Brackiej…”, gdzie wszystko leży na swoim miejscu.

Kandydat musi być wykształcony, najlepiej w dziedzinie biznesu lub hotelarstwa i rzecz jasna, mieć kilkuletnie doświadczenie w wizytach w domach publicznych. Mile widziane jest posługiwanie się obcym językiem. Wysokości wynagrodzenia w ogłoszeniach nie podano. Jednak wydaje się, iż najwłaściwsze byłoby tu potoczne powiedzenie, które mówi, że żeby dobrze zarobić trzeba się nieźle napier…ć. W stolicy Niemiec jest bowiem - według wiarygodnych szacunków - ponad pięćset domów publicznych.

Od piętnastu lat prostytucja w Niemczech jest legalna, to znaczy państwo pobiera z tej działalności podatki, a pracownicy tego biznesu objęci są opieką socjalną. Ale wiadomo też, że prawo w tym wypadku  to fikcja, bo ci, którzy rejestrują działalność gospodarczą są w dramatycznej mniejszości. Niemcy są największym rynkiem dla handlarzy kobiet, najczęściej zmuszanych do świadczenia usług seksualnych i poniżanych.

Kiedy w zeszłym roku, zgodnie z unijnymi zaleceniami, zaczęto w Polsce uwzględniać dochody z seksbiznesu przy obliczaniu PKB, znów odżyła dyskusja na temat: legalizować prostytucję, czy jej nie legalizować. Zwolennicy twierdzą, że skoro działalność ta przynosi ogromne dochody, to państwo też powinno mieć z tego korzyści więc należy ją opodatkować, zaś pracownikom tego sektora przysługiwałyby wtedy świadczenia, takie jak wszystkim.

Przeciwnicy, do których i ja się zaliczam uważają m.in., iż pobierając podatki z niemoralnego procederu państwo samo staje się sutenerem, a z sutenerstwem należy bezwzględnie walczyć. Zalegalizowanie prostytucji nie załatwia także problemu handlu kobietami, które są masowo wywożone ze swoich krajów, a potem zniewalane i wykorzystywane. Bardzo rzadko bowiem w życiu bywa tak, jak w tym dowcipie:
Dzwoni ojciec do córki, która wyjechała zagranicę na studia:
- Co słychać, córeczko?
- Zostałam prostytutką.
- Co takiego?! Jak mogłaś?!
- Ale tato! Słuchaj! Wiesz ile ja mam teraz ciuchów? I studia mam opłacone już do końca. Jeżdżę jaguarem. Siostrę zapraszam do mnie na wakacje, a tobie i mamie wykupiłam wczasy na Majorce. I kupiłam wam jacht, który już tam na was czeka.
- Zaraz, zaraz… to mówisz, że kim zostałaś?
- Prostytutką.
- Aaaa nie, to sorry… Ja zrozumiałem, że protestantką.

fot. screenshot/You Tube
***

Felieton pochodzi z najnowszego wydania magazynu kryminalnego REPORTER

więcej...

czwartek, 19 grudnia 2013

Kolędnicy rozpustnicy

Tradycja w narodzie umiera. Dawne zwyczaje i obyczaje odchodzą w zapomnienie. Bywają jednak jeszcze ludzie niosący w lud kaganek tradycji, wskrzeszający folklor wiejski i miejski. Ludzie, bez których zapomnielibyśmy o zwyczajach naszych przodków.

Co prawda Józefa Ł. trudno zaliczyć do spadkobierców idei Kolberga, jednak nie sposób zaprzeczyć, że miał pewien wkład w kultywowanie archaicznych zwyczajów. Zwłaszcza w latach  80. minionego wieku, o których opowiada ta historia.

Józef F. nie ukończył studiów etnologicznych, etnograficznych, tak jak nie ukończył też żadnych innych. Wykształcenie, w tym konkretnym przypadku, nie gra żadnej roli. Wiadomo, że liczy się talent, a tego mu nie brakowało. Były to zdolności specyficzne, ukierunkowane na motanie afer nie do rozmotania, oszustw i fałszerstw. Brakowało jednak Józkowi zapału do pracy. Pracował wówczas, gdy potrzebował pieniędzy na gorzałkę i inne proste rozrywki. Szczególną aktywność Józefa można było zaobserwować z początkiem każdego grudnia. A to za sprawą tradycji, którą szanował ponad wszystko. Wychodził z założenia - i słusznie – że Boże Narodzenie obchodzić należy wyjątkowo uroczyście.

Aby tradycji stało się zadość, potrzebna była większa ilość gotówki. Trzeba przyznać, że w tych przypadkach zarabiał ją niemal uczciwie. Zdarzały  się drobne odstępstwa od tej zasady. Takie, jak handel kradzionymi drzewkami z pobliskiej plantacji, czy spekulacja ozdobami choinkowymi. Jednak zestawiwszy to z wyczynami Józefa w pozostałych 11 miesiącach, dało się dostrzec znikomą szkodliwość tych czynów. Czym, bowiem jest zawyżenie ceny zimnych ogni o parę złotych, wobec sprzedaży podrobionych praw jazdy.

Można stwierdzić, że Józef Ł. był w miasteczku G. ostatnim Mohikaninem tradycji bożonarodzeniowej. Już od początku grudnia, każdego roku, przyjmował zapisy na wizyty Świętego Mikołaja, organizował także grupy kolędników. Był w tej dziedzinie lokalnym monopolistą. Zdarzało się, lecz rzadko, iż kilku niedorostków tworzyło samozwańczą ekipę kolędników. Na krótko. Józek eliminował konkurencję bezwzględnie.

Cokolwiek by o tym mówić, to usługi świadczone przez Józefa i jego ludzi, były zajęciem uczciwym. Święty Mikołaj podawał stawkę i klient godził się lub nie. Kolędnicy zaś brali „co łaska” - mogła być gotówka, gorzała inne fanty również, chociaż mniej chętnie. Interes szedł nieźle. Józef, jako Święty Mikołaj, rozdzielał prezenty i rózgi, kolędnicy zaś odstawiali szopki.

Była gotówka, a co za tym idzie, syte i wesołe święta. Tyle, że nieco pracowite. I byłoby tak pewnie także podczas Bożego Narodzenia 1988 roku, gdyby nie pechowe zdarzenie.
W dzień wigilijny zebrał Józef swoich ludzi u siebie w mieszkaniu. Spotkali się rano, wypili nieco – wbrew tradycji, która mówi, że pić można dopiero po północy, gdy Chrystus się narodził. I to może był błąd, za który spotkała Józefa i jego ekipę kara. Należało tradycję uszanować  i - jak co roku -  pić po północy.

Około siedemnastej Mikołaj  oraz dwie ekipy kolędników, wyruszyli w  teren. Przed rozstaniem ustalili, że spotkają się u Jolanty K., gdzie co roku kończyli pracę w wigilijny wieczór.
Jolanta K., rozwódka lat 33, bez stałego miejsca zatrudnienia: - Dorabia sobie – mówili złośliwi sąsiedzi. Również Olga F., stomatolog i sąsiadka Jolanty, wyrażała się o niej niepochlebnie. W wigilijny wieczór nastąpiła jednak w ocenie sąsiadki zmiana. Na krótko.

Olga od kilku miesięcy była sama, gdyż jej mąż – ordynator chirurgii w miejskim szpitalu – pojechał zmywać gary do Szwecji i nie wracał.  A miał to zrobić w listopadzie. Dzieci nie mieli, rodzice Olgi nie żyli, teściów nie lubiła. I tak zastał ją wigilijny wieczór. Wiadomo, że nikt nie lubi być w tym dniu sam. Olga zastukała do sąsiadki. Powiedziała w czym problem.
- Ależ naturalnie, pani doktor, znajdzie się kielich i zagrycha – Jolanta  zapraszała w swoje progi. Podczas przygotowań do wigilijnej wieczerzy, kobiety zaprzyjaźniły się. Olga obiecała wyleczyć Joli zęby. Ta zaś stwierdziła:  - Co będziesz się  tym swoim wypierdkiem przejmować. Jak nie wróci, to znajdę ci chłopa z jajami a nie z pustym workiem.
- Nie trzeba Jolu – zaśmiała się dentystka.
Przez kilka godzin kobiety gawędziły, pojadając karpia, pierogi z grzybami i dziesięć innych wigilijnych potraw. Tu trzeba wspomnieć, że Jolanta też dbała o tradycję. Stąd jej silny, choć nieformalny, związek z Józefem.
Niemal punktualnie o północy zadzwonił dzwonek u drzwi. Zjawili się: Święty Mikołaj, dwóch Herodów, Śmierć, Anioł i dwa Diabły. Resztę ludzi  - nieletnich - Józef rozesłał do domów. Popłynęły kolędy i gorzała. Piły Diabły i Anioł, pił Mikołaj i Herodowie, piły panie. Śmierć nie piła, bo „zaszyta” była.
Olga, nie przyzwyczajona do nadmiernej ilości alkoholu, utraciła kontrolę nad sobą. I pociągała Diabła za ogon, na co obruszył się drugi czort, że ma bardziej puszysty.
Gdzie z ta kitą?! – wciął się Anioł.
 I byłaby bójka, lecz Józef uspokoił towarzystwo: -  Będzie tego, rozchodzicie się do domów, ja zostaję z Jolką.
I tak się stało. Oldze dojść do domu pomagało: dwóch Herodów, Śmierć, Anioł i dwa Diabły. W tym komplecie towarzystwo znalazło się w M-5 państwa doktorostwa. Olgę położono na kanapie, dwa Diabły zakręciły się po mieszkaniu przynosząc alkohol, jaki dotychczas znali tylko z widzenia.
- Koniaki, to trucizna – ocenił fachowo Herod Wyższy, wyciągając zza pazuchy czystą stołową. Wypili i zaczęła się diabelsko-anielsko-śmiertelno-królewsko-stomatologiczna orgia. Robiono z Olgą rzeczy wstrętne i obrzydliwe. Źle mi się robi, gdy o tym myślę. Dlatego pominę opis seksualnego wyuzdania kolędników. Wy i tak się domyślacie, co jest w stanie wymyślić człowiek.
Pani doktor nieco protestowała. Niewiele miała jednak sił, a chyba również i ochoty. Chyba już wolała kochać się z Diabłami, Herodami, Aniołem, Śmiercią ...
Wszystko co piękne szybko przemija. Tak też ulotnili się kolędnicy. Nie sami, zabrali telewizor, wideo, futro, biżuterię i nieco innych drobiazgów. Wszak kolędowali długo, i uznali, że coś się im za to należy.

A na czym polegał pech Józefa? Otóż, wszystkie te przedmioty jego ludzie złożyli w mieszkaniu Jolanty, aby szef dokonał podziału łupów.
Olga, po przebudzeniu, wezwała milicję. Skradzione rzeczy znaleziono piętro wyżej. Nie było tam śladu diabłów czy aniołów. Tylko Józef i Jolanta wtuleni w siebie.
Alibi Józek miał wątłe, gdyż Olga nie była pewna, czy nie miała przyjemności także z Mikołajem. Sprawa trafiła do sądu, a kolędnicy na ławę oskarżonych. Olga nie wniosła jednak oskarżenia o gwałt. To wolałaby przemilczeć. Tym bardziej, że ze Szwecji powrócił jej mąż. Jednak Diabły, Anioł i reszta towarzystwa, chętnie odpowiadali o erotycznych upodobaniach pani stomatolog.
- Jak już nas seksualnie sponiewierała - zeznawał Herod Niższy – to powiedziała tak: „Macie tu chłopaki trochę gratów, co mi zbywają”.
Sąd w to nie uwierzył. Nie uwierzył także w niewinność Józefa i Jolanty, których skazano za paserstwo. Cała ekipa spędziła kolejne święta za kratami, gdzie kolędować nie sposób.
Olga, wkrótce potem, zniknęła z miasteczka G. Podobno wyjechała z mężem na  stałe do Szwecji. Zawsze to bliżej do prawdziwego Mikołaja, który ponoć żyje w Laponii.

Leo


więcej...

niedziela, 17 listopada 2013

Uwaga na portfele!

Pewnie każdy z nas, jeśli nie znalazł cudzego, to przynajmniej raz w życiu zgubił własny portfel. Mnie zdarzyło się jedno i drugie. Moje portfele, jeśli do mnie wracały, to już opróżnione z wartościowej zawartości.

Jeden z nich znalazł hydraulik w jednej z byłych moich redakcji, gdy naprawiał zapchaną spłuczkę w toalecie. To wydarzenie zmusiło mnie do weryfikacji przekonania, że wszyscy dziennikarze to uczciwi osobnicy. Wszak portfel musiał buchnąć mi ktoś z redakcji.
Dobrze, że przy okazji mnie nie zabił. Bo i takie przypadki wśród żurnalistów się zdarzały. Serb Włado Taneski był dziennikarzem kryminalnym z 20 -letnim stażem. Czytelnicy z ciarkami na plecach śledzili jego relacje o seryjnym mordercy -  „potworze z Kiczewa", który terroryzował miasto. Mordercą okazał się on sam.

W Polsce mordercy wśród dziennikarzy także się zdarzali i zdarzają. Na przykład Zygmunt Bielaj vel Iwan Ślezko, zabójca (w 1970 roku) doktor Stefanii Kamińskiej z Płocka, był wcześniej redaktorem „Gazety Poznańskiej”. Mówiło się, że reporterem czasopisma „Fakty i Mity” jest Grzegorz Piotrowski, morderca ks. Jerzego Popiełuszki. Miał rzekomo pisać pod pseudonimem.

W czerwcu wspominałem w tym miejscu o mrocznej przeszłości redaktora naczelnego jednego z tzw. tygodników opinii. Okazuje się, że może on mieć więcej na sumieniu niż przypuszczałem. Ponoć od lat ukrywa prawdę o swoich związkach ze zorganizowaną przestępczością w Polsce, a prokuratura w Szczecinie właśnie wznowiła śledztwo w sprawie jego rzekomego udziału w podwójnym morderstwie w 1993 roku.

Wolałbym osobiście, aby dziennikarzami zostali ludzie bez podobnych zarzutów  i skłonności do zła. Po prostu, aby były to osoby wyróżniające się uczciwością.
Ale ta ostatnia właściwość nie jest raczej cechą konkretnych grup zawodowych, czy nawet narodowości. Choć reporterzy magazynu „Reader's Digest" przeprowadzili test, który zdaje się ma wykazać, że są narody bardziej i nieco mniej uczciwe.

W ramach eksperymentu rozrzucili oni 192 portfele na ulicach 16 miast Europy, Ameryki Północnej i Południowej oraz Indii.  Sprawdzano także uczciwość mieszkańców Warszawy. Każdy portfel zawierał: nazwisko i numer telefonu komórkowego, fotografię rodzinną, kupony, wizytówki i równowartość 50 dolarów. Co sprawiało, że nie było trudno odnaleźć właściciela.

Jak wynika z testu, najuczciwsi są  mieszkańcy Helsinek - oddali aż 11 z 12 porzuconych tam portfeli. Testu na piątkę nie zdała jednak Warszawa, tu – podobnie, jak w Londynie -  oddano 5 portfeli. Dla porównania w Moskwie -  7. Najgorzej wypadła Lizbona, tam oddano tylko 1 portfel, w dodatku znaleźli go  Holendrzy. Drugi od końca był Madryt – 2 zwroty. Jakby na osłodę, w madryckim metrze znaleziono we wrześniu portfel Amerykanina z czekiem na 2 miliony dolarów. Znalazca oddał go policji.

U nas też zdarzają się  takie przypadki.  Pod koniec września czternastolatek znalazł na ulicy w Jasienicy (śląskie) portfel. Była w nim równowartość 20 tysięcy złotych, karty do bankomatu z numerami PIN oraz dokumenty. Chłopak zaniósł zgubę na policję, która odnalazła właściciela - obywatela Ukrainy.
- Jak się jest uczciwym, to nie przechodzi przez myśl, żeby sobie to wziąć. Ktoś ciężko na to pracował – stwierdził Filip Pierzyna, który znalazł portfel.
A mógł przecież zrobić tak, jak jego rówieśnik, w tej anegdocie.
Nastolatek dzwoni do radia:
- Znalazłem portfel, jest w nim pięć tysięcy złotych i dowód niejakiego Mariana Nowaka.
- Jak możemy pomóc w tej sytuacji? - pyta prowadzący audycję.
- Możecie zadedykować mu jakąś piosenkę?

Janusz Szostak


więcej...

piątek, 12 lipca 2013

Polska nierządem stoi

Wygląda na to, że najlepiej rozwijającą się gałęzią gospodarki w Polsce są usługi seksualne. Liczba domów publicznych między Odrą a Bugiem idzie w tysiące. A ilość osób utrzymujących się z nierządu to około 20 - 30 tysięcy prostytutek i sutenerów.

Co prawda czerpanie korzyści z nierządu teoretycznie jest w Polsce karane. Jednak  policja stręczycieli nie ściga, a i niekiedy funkcjonariusze sami ochoczo korzystają z usług prostytutek. I nie są to przypadki odosobnione.  O czym między innymi piszemy w tym numerze Reportera.
Pół biedy, jeśli do takich intymnych układów dochodzi między policjantami i dorosłymi kobietami. Gorzej, gdy „stróże prawa” zaspokajają swój popęd z dziećmi i do tego z domu dziecka. Tak, jak to miało miejsce w Zambrowie. Lub, gdy policjant usiłuje zgwałcić niepełnosprawną dziewczynkę, co wydarzyło się na Kaszubach.  W tym wydaniu przyglądamy się tym szokującym przypadkom zła.
Piszemy też o przerażającym procederze stosowanym w niektórych urzędach pracy. Zdarzają się tam praktyki kierowania bezrobotnych kobiet do pracy w domach publicznych.
- Pracodawca zgłosił nam ofertę, działa legalnie i żaden urząd w Polsce nie może odrzucić takiej oferty pracy. - tłumaczy idiotycznie, zastępca dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Gorzowie Wielkopolskim, decyzję skierowania do pracy w burdelu 12 młodych, bezrobotnych mieszkanek Kostrzyna nad Odrą.
Legalnie stręczy kobiety?! W państwie prawa?! A gdzie jest policja, która – zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem – powinna takie „legalne biznesy” zamykać, a „biznesmenów” sadzać na ławie oskarżonych?
Prawdopodobnie, zabawia się z „panienkami”.

Janusz Szostak



Dymek: Rzepka

Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu  magazynu kryminalnego Reporter.


więcej...

piątek, 15 czerwca 2012

Bronek, to ty?

„Będę czekała na was przy moim stoliku Barbarella.pl z wibratorami i nie tylko. Będziecie mogły obejrzeć (i kupić) największe gadżetowe bestsellery z naszego LoveStore.Barbarella.pl: od małych wibratorów łechtaczkowych, po te naprawdę duże z dwoma silniczkami. Na moim stoisku nie zabraknie dobrych lubrykantów, świeczek do masażu, dild, kulek gejszy, opasek na oczy i innych, równie praktycznych kobiecych akcesoriów. Jak zawsze zabiorę ze sobą scenariusze erotyczne oraz instrukcje na temat tego, jak zaczynać zabawę z wibratorem do rozdania, a zainteresowanym będę opowiadać o tym, jak prawidłowo ćwiczyć mięśnie Kegla z kulkami gejszy w środku i bez”  – zachęca Joanna Keszka z portalu Barbarella.pl.

To tylko jedna z atrakcji targów pod nazwą „Kobieta w Wielkim Mieście” będących częścią projektu „Łódź Miastem Kobiet” nad którym patronat honorowy objęły prezydentowa, Anna Komorowska oraz prezydent Łodzi, Hanna Zdanowska, zaś patronat medialny - m.in. TVP Łódź.

Wśród wystawców targów są m.in. internetowe sklepy oferujące bieliznę i  akcesoria erotyczne. Będzie także można posłuchać wykładu pt. Zdrowy i radosny seks dla wszystkich kobiet, czyli seksualność z kobiecej perspektywy.

Aha,  organizatorzy targów poinformowali, że dzieci do 10. roku życia mają wstęp za darmochę….





Linki:
http://barbarella.pl/artykuly/akcje-barbarelli/lodz-miastem-kobiet-ktore-lubia-seks-i-nie-lubia-euro

http://www.mtl.lodz.pl/web/index/getpage/page/2511

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120615&typ=po&id=po03.txt
więcej...

piątek, 26 września 2008

Jak marszałek Komorowski na grubego zwierza polował

Środowisko łowieckie jest bardzo przyjazne Bronisławowi Komorowskiemu. Bo myślistwo to wielka pasja pana marszałka. I należy tej pasji wychodzić naprzeciw. Na przykład organizując specjalnie dla drugiej osoby w państwie nielegalne polowanie.

Z portalu Łowiecki Dziennik Myśliwych :
„W dniu 6 stycznia 2008, prezes Koła Łowieckiego nr 18 „Ponowa” Ryszard Mączyński (…) poinformował zebranych, że był organizatorem zbiorowego polowania, w którym udział wziął Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski wraz z synem. Odstrzelono dwa dziki…(…) Informacji o tym, że psy podkładał leśniczy Piotr Łukaszuk nie udało się zweryfikować. Polowanie to także odbywało się poza planem, nie powiadomiono nadleśniczego oraz wójtów gmin Łomazy oraz Tuczno, na terenie których polowanie to miało miejsce. Ryszard Mączyński tłumaczył, że ze względu na "bezpieczeństwo państwa" nie poinformowano pozostałych członków koła o tym polowaniu.„

Można by z tych słów wywnioskować, że ilekroć marszałek Komorowski polował za wiedzą lokalnych władz i członków koła, czyli legalnie, fakt ten stanowił zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.

Jeśli zaś chodzi o „podkładania psów”, to w jednym z następnych tekstów redaktor portalu nie miał już wątpliwości pisząc:

„Koło Łowieckie nr 18 „Ponowa” noszące szczytną nazwę Bialskie Towarzystwo Łowieckie dało się poznać szerszej nie tylko łowieckiej publiczności za sprawą bezkarnego, jak dotychczas, Stefana Karasińskiego strzelającego lisa w sezonie ochronnym, prezesa Ryszarda Mączyńskiego, który posługując się szantażem wymusił podpisanie rezygnacji z członkostwa w kole przez dwu myśliwych, a także za sprawą organizowanego w tym właśnie kole nielegalnego polowania zbiorowego z podkładaczem psów dla Marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego.”

W tym miejscu należy wyjaśnić, że w terminologii łowieckiej „polowanie zbiorowe”, to polowanie, w którym bierze udział co najmniej dwóch myśliwych , zaś podkładacz - to myśliwy lub jego pomocnik, który wchodzi z psami do miotu i naprowadza je na trop zwierzyny.

Tak więc autor tych tekstów zarzuca organizatorowi polowania, że naruszył prawo łowieckie. Paragraf 17. rozdziału 4, Rozporządzenia Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, z dnia 4 kwietnia 1997 (Dz. U. z dnia 12 kwietnia 1997 r.) „w sprawie szczegółowych zasad i warunków wykonywania polowania oraz obowiązku znakowania” mówi bowiem :
”
Dzierżawca lub zarządca obwodu łowieckiego powiadamia właściwego nadleśniczego oraz zarząd gminy o terminie polowania na siedem dni przed jego rozpoczęciem".
I właśnie tego obowiązku nie dopełniono.

Dociekliwy redaktor portalu posunął się jeszcze dalej. Wystosował list do marszałka Sejmu, z prośbą, by ten się do sprawy ustosunkował i wyjaśnił co nieco. I redaktor, a jakże, dostał odpowiedź:

„Szanowny Panie!
Informuję, że jako gość zaproszony przez prezesa koła na polowanie zbiorowe zadałem przed rozpoczęciem polowania sakramentalne pytanie, czy wszystkie formalności związane z moim udziałem w polowaniu zostały załatwione.
Otrzymałem jednoznaczną odpowiedź twierdzącą, że wszystkie formalności związane z polowaniem zbiorowym zostały dopełnione.
Z przykrością jednak informuję, że tego dnia na polowaniu nie oddałem żadnego strzału.
Bronisław Komorowski”

Wydaję się, że Bronisław Komorowski napisał to co należało, by odsunąć swoją osobę od wszelkich podejrzeń. Nie wiedział, że nielegalne. Ba, nawet nie strzelał. I tylko ten cynizm w ostatnim zdaniu pozwala domyślać się, iż ma on do tej sprawy stosunek, delikatnie mówiąc, lekceważący.

Ale jeśli nawet wierzyć, że marszałek Komorowski został wprowadzony w błąd i nie wiedział, iż bierze udział w nielegalnym polowaniu, to przecież później tę wiedzę posiadł. Co z nią zrobił? Jak zareagował, jako jedna z najważniejszych osób w państwie, na wieść o ewidentnym złamaniu prawa? Nawet się nie oburzył, nie obiecał wyjaśnić tej kwestii z prezesem koła łowieckiego. Wyznał za to, że mu przykro, bo nie oddał nawet jednego strzału…

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to błahy przypadek, ale czy nie można się w nim dopatrzeć pewnej analogii do znacznie poważniejszych spraw wiszących obecnie nad głową marszałka. Do sposobu funkcjonowania tej osoby w tym, czy też innym środowisku?

Tak… Środowisko ludzi związanych z leśną przyrodą jest bardzo przyjazne Bronisławowi Komorowskiemu. I Bronisław Komorowski jest bardzo przyjazny temu środowisku. Symbioza taka…

Bo jak inaczej rozumieć słowa wspomnianego redaktora, który wytykając członkom Koła Łowieckiego „Ponowa” nr 18 inne sprawki, pisze:

„…twierdzi się, że Ryszard Mączyński (…) pozostaje w zażyłych stosunkach z Marszałkiem Sejmu, który na jego zaproszenia chętnie korzysta z polowań specjalnie dla siebie organizowanych, bez udziału pozostałych członków koła….”

A dziki…? Właśnie, ciekawe co stało się z dwoma, odstrzelonymi na nielegalnym polowaniu dzikami? Może ożyły i czmychnęły z powrotem do lasu? Żeby ludziom nie świnić. Bo zwierz to czasem porządniejszy od człowieka jest…

Źródła:

http://www.lowiecki.pl/felietony/tekst.php?id=147

http://www.lowiecki.pl/felietony/tekst.php?id=166

http://www.lowiecki.pl/felietony/tekst.php?id=158

http://www.lowiecki.pl/prawo/prawo_4a.php

więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top