Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2014

Cienie CIA

Tajne więzienia CIA w Polsce zdaje się są faktem. Niestety okazuje się przy okazji, że znów nie potrafiliśmy zadbać o podstawowe interesy kraju. Godząc się na współpracę, rządzący wówczas powinni zadbać np. o zniesienie wiz dla Polaków, o jakiś offset gospodarczy. Tymczasem wystarczyło 15 milionów dolarów i... róbta, Amerykanie, co chceta.

Jakby tego wszystkiego było mało, pieniądze dostarczono w pudełkach i nie wiadomo, co się z nimi stało. Normalnie powinny być gdzieś zaksięgowane w państwowej buchalterii, tymczasem nikt nie potrafi powiedzieć, gdzie są. Szczerze mówiąc, wcale mnie to nie dziwi, ponieważ jeśli dogadywały się nasze służby specjalne, to inaczej być nie mogło. To tradycja u nich, że jeśli chodzi o pieniądze, zawsze są afery. Mam tylko nadzieję, że już nikt nie ma złudzeń, że polska rzeczywistość to sielanka i „zielona wyspa”. 15 mln dolarów może zdeprawować najporządniejszego człowieka, a cóż dopiero polityka czy agenta.

Swoją drogą politycy nie wspominają, że pierwszym, który zwrócił uwagę na tajne więzienia, był śp. Andrzej Lepper. W kontekście 15 mln dolarów jego „samobójcza” śmierć może nabierać nieco innej wymowy.
Tomasz Połeć

fot. screenshot/YT



więcej...

piątek, 12 lipca 2013

SDP: Rozmowa dnia z Januszem Szostakiem

 Z Januszem Szostakiem o tubach propagandowych władzy lokalnej, procesach i Pogotowiu Dziennikarskim SDP rozmawia Błażej Torański.

Czy władza lokalna często próbuje Panu, jako wydawcy, kneblować usta?

Zdarza się. Co roku mamy jakieś procesy sądowe.

Jakie formy nacisku stosują?

Bywało, że nie udzielali nam informacji. Jeden z urzędów wysyłając serwis informacyjny pomijał nas. Nie było to wielkim nieszczęściem, bo mamy co drukować. Nie musimy publikować komunikatów gloryfikujących urzędników.

A naciski przez rodzinę, znajomych?

Jesteśmy na to wyjątkowo odporni, więc tak się nie da. Ale były próby zemsty. Jak mój kilkuletni syn dostawał w szkole podstawowej świadectwo z paskiem, stał wśród kilkunastu dzieci, burmistrz tylko jemu nie podał ręki.

Nie przebijano Panu opon w samochodzie, nie wybijano kamieniami szyb w redakcji?

Nie (śmiech). Takie przypadki miałem kilkanaście lat temu, kiedy pracowałem w „Ekspresie Wieczornym”. Zakładali mi podsłuchy na telefonie, zdemolowali audi w Poznaniu. Ale w „Ekspresie Sochaczewskim” nie. Raz tylko ktoś pomazał sprayem na murze „Szostak ty ch …”. Teraz co najwyżej urzędnicy nie wykupują u nas ogłoszeń. Urząd Miasta od 1991 roku wydaje swoją gazetę, „Ziemię Sochaczewską”.

Czy to w niej i w innych biuletynach dotowanych przez władzę upatruje Pan największą konkurencję?

Jakaś konkurencja to jest, skoro gazeta dostaje z urzędu 500 tys. zł rocznie, co daje mniej więcej 40 tys. miesięcznie. Oni o nic nie muszą zabiegać, starać się, by pisać ciekawe teksty, chociaż to nie jest bezpłatny biuletyn, sprzedają się w kioskach. Żaden periodyk miejski, samorządowy nie powinien być sprzedawany, bo to są, jak „Ziemia Sochaczewska”, propagandowe tuby. Gdyby inna lokalna gazeta dostała pół miliona, byłaby bardzo silna. Zresztą wydawanie takiej gazety nie jest zgodne z prawem, bo w obszarze działań samorządów nie mieści się sprzedawanie wydawnictw i pozyskiwanie reklam.

Alicja Molenda, która wydaje tygodnik ziemi chrzanowskiej „Przełom” twierdzi, że czytelnicy potrafią odróżnić, co jest gazetą niezależną, a co tubą propagandową. W Sochaczewie nie widzą różnicy?

Przeciętny czytelnik nie. Dla niego i to jest gazetą, i to. Jakby nie zauważał, że w „Ziemi Sochaczewskiej” na co drugiej stronie lansuje się burmistrz. Problem polega na tradycji, przywiązaniu do tytułu. Ta gazeta ukazuje się od 22 lat, a „Express Sochaczewski” zaledwie od jedenastu. Zdążyli sobie wychować czytelnika. Nie przeszkadza im, że niewiele egzemplarzy sprzedają i prawie nie mają reklam poza tymi od firm, które wykonują zlecenia dla gminy.

Utrzymujecie się niemal wyłącznie z reklam?

Ze sprzedaży egzemplarzowej też. Schodzi nam 80 proc. nakładu, gównie dzięki własnej sieci, liczącej mniej więcej dwieście punktów. Ale im bliżej Warszawy, tym trudniej sprzedawać gazetę lokalną. Stolicę otaczają wianuszkiem niemal same gazety bezpłatne. W Pruszkowie, Grodzisku, Ożarowie Mazowieckim czy Łomiankach nie sprzeda się żadna gazeta lokalna.

Ile ma Pan aktualnie procesów?

Niedawno wygraliśmy proces z przewodniczącą Rady Miasta, która stwierdziła, że mieszkańcy nie mają prawa zabierać głosu podczas sesji, podobnie – argumentowała – jak obywatele nie biorą udziału w dyskusji w czasie obrad Sejmu. Napisaliśmy, że sesja w gminie to nie to samo. Dotychczas w Sochaczewie było tak, że w czasie wolnych wniosków każdy miał prawo zabrać głos, kto tylko przyszedł. Podała nas do sądu i przegrała. Ale aktualnie mamy dwa procesy.

Czego dotyczą?

Właściciel prywatnej firmy kupił działkę na skraju Puszczy Kampinoskiej, aby zwozić tam z całej Polski śmieci ze wszystkich marketów Tesco. Nie dostał jednak zezwolenia. Zrobiłem zdjęcia pracownikom, jak zrzucali śmieci, kazałem im je ponownie załadować i za to podał nas do sądu. Drugi proces mamy z gangsterem, który pozwał nas o naruszenie jego dobrego imienia, jakby je w ogóle miał... Większość spraw w sądach wygrywamy. Raz przegraliśmy, bo nie zamieściliśmy sprostowania.

Głównie byliście w konfliktach prawnych z władzą?

U mnie zawsze władza była pod pręgierzem.

Boją się Pana gazety?

Nie o to chodzi, aby się bali, ale wiem, że większość samorządowców wtorek zaczyna od lektury „Ekspresu Sochaczewskiego”. Nie jesteśmy przyjaźni dla władzy.

Jaka jest recepta na sukces wydawniczy gazety lokalnej?

Wydajemy gazetę dla czytelników, a nie polityków, dlatego musimy mieć zaufanie tych pierwszych. Poza tym gazeta musi być na maksa lokalna. Tygodniki lokalne powinny przypominać dzienniki.

Jak Pan przyjął projekt Pogotowia Dziennikarskiego SDP?

To bardzo cenny projekt, bo przewiduje szkolenia dla wydawców i dziennikarzy oraz konsultacje z ekspertami. Może się to przydać tym, którzy tworzą media lokalne. Ważna jest też pomoc prawna. Wielu wydawców sobie z tym nie radzi. My nie mamy takich problemów, bo mieliśmy już kilkanaście procesów. Nie mamy też takiego przypadku, abym nie wydrukował dobrego tekstu.

Nie stosuje Pan cenzury wewnątrzredakcyjnej?

Nie. Nie mamy tematów tabu, chyba, że tekst dotyczy spraw bardzo intymnych, osobistych. Ale i tu granice są daleko posunięte, bo niedawno opisaliśmy sprawę molestowania sprzątaczki przez dyrektora szkoły. Sprawa drażliwa, zwłaszcza, że po skandalu ten człowiek został dyrektorem jeszcze lepszej szkoły. Awansował. Takie historie ujawniamy.








więcej...

czwartek, 25 kwietnia 2013

Chcę żeby spoczął w grobie z rodzicami


Z prokuratorem Piotrem Kosmatym, z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, który prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary, rozmawia Mirosław Koźmin


Wkrótce minie 21 lat od tajemniczego zniknięcia dziennikarza śledczego „Gazety Poznańskiej” Jarosława Ziętary. Ostatnio stało się głośno o tym, że wznowione śledztwo zostało przedłużone przez Prokuraturę Generalną do końca lipca. Przełom?
Trudno to tak określić. Analiza akt sprawy pokazała, że należy jeszcze zrobić wiele rzeczy. Teraz to robimy i zacieśniamy krąg osób, które mogą stać za tą sprawą. Trzeba zrobić wszystko, na co wcześniej nie pozwalał na przykład brak nowoczesnych urządzeń, jak monitoring, georadary, telefony komórkowe i tak dalej.

Co na pewno wiadomo?
Pewne jest, że 1 września 1992 roku w Poznaniu rano dziennikarz wyszedł z mieszkania swej przyjaciółki Beaty, z którą mieszkał i od tej pory nikt go już nie widział. Najpierw podejrzewano, że zaginął, że może poszedł gdzieś w Polskę, ale to do niego nigdy nie było podobne. Pani Beata zeznała, że był zamknięty w sobie, tajemniczy. Nigdy nie opowiadał, nad czym pracuje. Ona się o niego bała, wiedziała, że wchodzi na różne niebezpieczne tematy, ale on nie chciał jej słuchać. Po tylu latach, przeprowadziłem wizję lokalną z tą panią, zresztą pierwszą w tej sprawie,  przeszliśmy z jej mieszkania do budynku redakcji. Przekazałem do sprawdzenia odciski palców zabezpieczone przez policję w jej mieszkaniu, siedem dni po zniknięciu dziennikarza.

Nie zrobiono tego wcześniej?
Nie.

Dlatego ostatecznie ta sprawa trafiła do Krakowa? Poznańskich śledczych przerosła?
To decyzja Prokuratury Generalnej, nie moja. Przeczytałem wszystkie akta, a jest ich 29 tomów głównych i drugie tyle niejawnych. Poleciłem sprawdzenie na terenie kilku województw przypadki odnalezienia zwłok osób bez ustalonej tożsamości. W jednym przypadku, gdy denat wiekowo i z rysopisu odpowiadał Ziętarze, sprawdzono DNA pobrane do porównania od brata, ale bez skutku. To nie był ten dziennikarz. Sprawdziłem też wątek, że Ziętara miał być werbowany do UOP, i że jako agent wyjechał do Londynu i tam mieszka z nową przyjaciółką. UOP zaprzeczał, ale dotarłem do materiałów w Agencji Wywiadu, z których wynikało, że Ziętara rzeczywiście był werbowany, ale dwukrotnie zdecydowanie odmówił. Nie był agentem i nie chciał nim być.

Skąd nagle hipoteza, że Ziętara został porwany i zamordowany?
Operacyjnie pojawiła się informacja, że za tym stoi Przemysław C. z Poznania, człowiek z półświatka, ale to ostatecznie zostało wykluczone, a sprawa umorzona ze względu na niewykrycie sprawcy. Zresztą on sam zginął w wypadku na motocyklu. Później inni przestępcy zaczęli donosić, że wiedzą, kto zabił dziennikarza. Ale to tylko naiwna próba utargowania czegoś dla siebie. Rzecz jasna, wszystkie takie sygnały sprawdzam. Niczego nie bagatelizuję. A swoją drogą, to ja zmieniłem kwalifikację tej sprawy na śledztwo w sprawie zabójstwa. I tak jest do dzisiaj.

Pojawił się także sygnał, gdzie są ukryte zwłoki dziennikarza.
To prawda. W maju zeszłego roku pod Poznaniem, we wskazanym miejscu poszukiwaliśmy zwłok. Nie znaleziono ich, ale fachowcy orzekli, że kiedyś były tam jakieś zwłoki. Pytanie tylko czyje i kto je usunął. I jaki w tym miał cel.

Teraz Pan zawęził krąg osób mogących mieć związek z porwaniem i zabójstwem. To też osoby z półświatka?
W większości tak, siedzący w więzieniach. Przesłuchuję ich.

Czy  wykorzystuje pan w trakcie przesłuchań np.  wykrywacz kłamstw?
Tak. Szczegółów nie zdradzę.

A nie byłoby konieczne sprawdzenie, nad czym przed zabójstwem pracował Ziętara? Może komuś się naraził? Może ktoś nie chciał być pokazany jako aferzysta gospodarczy? Może wolał zabić lub zlecić zabicie niż stracić nielegalnie zbity majątek? A zwłoki? Przecież można je rozpuścić w kwasie. I po sprawie.
Dobre pytanie. Ustaliłem, nad czym pracował dziennikarz, ale dla dobra śledztwa nie mogę odpowiedzieć. Zresztą zebrałem też wszystkie publikacje Ziętary, jakie ukazały się we wcześniejszych tytułach, w których pracował dziennikarz.

Śledztwo zostało przedłużone do końca lipca. Myśli Pan, że zakończy się rozwikłaniem tej tajemniczej, ale mimo upływu lat, nadal głośnej sprawy?
Robię, co możliwe, ale jestem uczciwy i nie zapewniam z góry, że doprowadzę do rozwikłania sprawy. Na pewno to jest też dla mnie moje osobiste wyzwanie. Ojciec dziennikarza jeszcze przed swoją śmiercią powiedział, że chciałby, żeby syn spoczął w tym samym grobie, co on i jego żona, w Bydgoszczy. Chciałbym, by tak się stało.


Na zdjęciu u góry: Prokurator Piotr Kosmaty  przy szafie pełnej akt sprawy zabójstwa Jarosława Ziętary

Fot. Mirosław Koźmin



Jarosław Ziętara - ur. 16 września 1968, zaginął 1 września 1992 w Poznaniu -  dziennikarz porwany i prawdopodobnie zamordowany. Był dziennikarzem Gazety Poznańskiej (wcześniej pracował we Wprost i Gazecie Wyborczej), gdzie zajmował się m.in. dziennikarstwem śledczym, badał afery gospodarcze. 1 września 1992 roku Ziętara zaginął bez śladu w drodze redakcji.





Ten wywiad, a także wiele ciekawych tekstów w najnowszym, majowym wydaniu 

więcej...

czwartek, 4 kwietnia 2013

Tomasz Kaczmarek: Nie da się ustrzec przed zdrajcami

Z posłem Tomaszem Kaczmarkiem, znanym powszechnie jako agent Tomek, rozmawia Gabriela Jatkowska

Ile prawdy jest o agencie Tomku w mediach? Nazywany był Pan „bawidamkiem”, „lowelasem”.
Odnosząc się do tych określeń, muszę powiedzieć, że to narracja rozpracowywanych przeze mnie osób. Pani Beata Sawicka, jej obrońcy, jak również Weronika Marczuk, próbowały wpływać w ten sposób na opinię publiczną, jak również na wymiar sprawiedliwości. To zwykłe kłamstwa. W procesie karnym oskarżony może kłamać i taka linia obrony przez te Panie została przyjęta. Obrońcy Beaty Sawickiej i Weronki Marczuk – a przypomnę, że broniła je ta sama kancelaria – przyjęli linię obrony opartą na odbieraniu wiarygodności przedstawicielom organów ścigania. Materiał dowodowy jest w tych sprawach bardzo mocny. Beata Sawicka została skazana, co prawda jeszcze nieprawomocnym wyrokiem sądu, na 3 lata pozbawienia wolności.

Weronika Marczuk już nie.
Sprawa Weroniki Marczuk w mojej ocenie została zamieciona pod dywan. Wykorzystując pewną lukę prawną, prokurator prowadzący tę sprawę  pozbył się materiału dowodowego, jaki CBA dostarczyło.

Jak to się „pozbył”?
Zakwestionował decyzję prokuratora generalnego w związku z wszczęciem kombinacji operacyjnej  - (regulacja zawarta w art. 19 ustawy o CBA).  W momencie, kiedy podważył celowość tych działań, pozbył się wszelkiego rodzaju nagrań z kontroli operacyjnej, nagrań ze spotkań oraz szeregu innych materiałów dowodowych, które wskazywały na przestępcze, łapówkarskie działanie osób związanych ze sprawą prywatyzacji Wydawnictwa Naukowo - Technicznego.

Może Pan zatem czuć satysfakcję z finału tych trzech głośnych akcji, w których brał Pan udział jako agent CBA?
Dlaczego nie? Uważam, że CBA pod kierownictwem Mariusza Kamińskiego odnosiło ogromne sukcesy na polu walki z łapówkarstwem. Natomiast to, że niektórzy prokuratorzy okazali się osobami nie do końca odważnymi i nie chcieli zmierzyć się z mocnym materiałem dowodowym, nie oznacza, że  jeszcze kiedyś sprawy te nie ujrzą światła dziennego.

Uważa Pan, że niewygodne sprawy zostały zatuszowane?
W mojej ocenie ktoś faktycznie wystraszył się materiału dowodowego, sprawy te mogły być niewygodne, ale mam nadzieję,  że kiedyś śledztwa te trafią w ręce odważnych prokuratorów, a przestępcy zostaną rozliczeni.

Jakie trzeba mieć predyspozycje zawodowe, charakterologiczne do bycia funkcjonariuszem pod przykryciem? Czy wygląd jest ważny?
Wszystko jest ważne. Jeden funkcjonariusz świetnie sprawdzi się w roli handlarza narkotyków, inny znów złodzieja. Ktoś inny może świetnie znać się na dziełach sztuki i wykrywać nielegalny obrót nimi. Trzeba być osobą ogólnie wykształconą, znającą przepisy prawa, mile widziana jest znajomość języków obcych. Funkcjonariusz powinien być odporny na stres i ryzyko związane z wykonywaniem tej specyficznej służby.

Jak przygotować się do roli? W jaki sposób są one przydzielane?
Postacie, jakie kreuje się w trakcie wykonywania zadań związanych z kombinacjami operacyjnymi, są dobierane według poszczególnych cech funkcjonariusza oraz figuranta. Prowadzący nadzór ocenia zdolność do wykonywania danego zadania indywidualnie. Podobnie jak narzędzia, które potrzebne są do zdobycia dowodów łamania prawa – garnitury, samochody, dresy. Przyświeca temu jeden cel – złapanie przestępców - handlarzy narkotykami, handlarzy kobietami, pospolitych łapówkarzy. Czas akcji zależy od dynamiki i rozwoju sytuacji operacyjnej. Każda sprawa jej inna, ma swoją własną charakterystykę, przestępcy są różni.

Przeczytałam, że takim przykrywkowcem można być maksimum pięć lat. Potem wchodzi się w niebezpieczny moment uzależnienia od adrenaliny.
To są indywidualne oceny poszczególnych osób. Jeden funkcjonariusz wypali się wcześniej, inny zaś dłużej będzie w stanie wykonywać tego rodzaju pracę. Nie ma tu sztywnych reguł.

Panie? Mają ciężej, łatwiej?
Należy tu postawić znak równości. Płeć funkcjonariusza nie ma znaczenia. W zależności od sytuacji, zarówno Panie, jak i Panowie mogą mieć pod górkę albo z górki – niebezpieczeństwo jest zawsze takie samo dla wszystkich.

Na czym polegają konkretne szkolenia na przykrywkowca?
Nie chciałbym wchodzić szczegółowo w tego typu kwestie, ponieważ obowiązuje mnie w tym zakresie tajemnica. Kuchnia pracy służb powinna pozostać tajemnicą.

Czy istnieje coś takiego jak kodeks etyczny, moralny takiego agenta?
Ściśle określone zasady są unormowane przepisami prawa. Natomiast, bez etyki i moralności nie można mówić zarówno o chronieniu prawa, jak i pracy agenta.

A metody przesłuchań funkcjonariuszy CBA, o których mówił ostatnio sędzia Igor Tuleya? Czy według Pana jest to prawdziwy obraz CBA, czy przesadzona opinia sędziego?
Według mnie sędzia Tuleya wypowiadał swoje prywatne opinie i oceny w odniesieniu do materiału dowodowego – taka sytuacja jest niedopuszczalna. Do takich wypowiedzi nie powinno było dojść. Prokuratura w odniesieniu do metod przesłuchań świadków w godzinach nocnych uznała, że prawo przewiduje prowadzenie tego typu czynności. Natomiast porównanie sędziego do lat stalinowskich jest oderwane od rzeczywistości.

Jak chodzi o tzw. kontrolowaną łapówkę – gdzie jest granica, a gdzie możemy mówić o prowokacji agenta?
Prowokacji agenta? Mówimy o działaniach określonych w art.19 (ust. 1 i 3) ustawy o CBA, czyli  o kontrolowanym wręczeniu korzyści majątkowych. Niektórzy dziennikarze używają określenia „prowokacja policyjna” w cudzysłowie, jednak przypomnę, że przepisy bardzo sztywno określają, co funkcjonariusz zrobić może, a czego nie.

Czyli nie może – czego?
Nie może prowokować czy być osobą, która kieruje grupą przestępczą. A jest to bardzo łatwe do zweryfikowania, ponieważ materiał dowodowy jest badany przez prokuraturę, a następnie sąd.

Ten sam, który zamiata sprawy pod dywan?
Podstawę do weryfikacji stanowi cały operacyjny materiał z konkretnej sprawy, którego nie da się w żaden sposób zmanipulować. Tu nie można wykorzystać żadnej luki.

A metody? Jak daleko agent może się posunąć w swoich metodach infiltracji danej grupy? Szeroko komentowane były podobno pańskie metody wchodzenia w środowisko Pań, które były pod lupą?
Jakie metody ma Pani na myśli?

Choćby ten bukiet róż otoczony perłami, podobno podarowany przez Pana Beacie Sawickiej?
To są doniesienia kłamliwe. Poza tym w tych sprawach w zainteresowaniu CBA nie były tylko Panie. W sprawę ustawienia przetargu na zakup działki na Helu wyrok usłyszał także burmistrz tego miasta. Nie były to moje prywatne relacje, odgrywałem w tych sprawach pewną rolę, po to, by zdobyć materiał dowodowy na popełnianie przez tych ludzi przestępstw. To oni usłyszeli zarzuty karne, nie ja. Przypomnę, że w trakcie postępowania prokuratorskiego, adwokat Pani Sawickiej skierował wniosek do prokuratury o podejrzenie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy CBA. Prokuratura w Lublinie badała tę sprawę i jednoznacznie stwierdziła, że takiego przekroczenia nie było. Także prokurator oskarżający w tej sprawie nie dopatrzył się żadnych nadużyć agentów, a co najważniejsze – sąd w uzasadnieniu wyroku podkreślił, że funkcjonariusze działali zgodnie z prawem. Organy państwa nie dały się w tym przypadku zwieść łzom przestępcy.

Nie brakuje Panu adrenaliny, która wiązała się z pracą pod przykryciem? Będąc teraz w roli posła,  nie tęskni Pan do pracy w CBA?
Swoją wieloletnią wiedzę merytoryczną mogę wykorzystać w pracy poselskiej, wspierając przy okazji funkcjonariuszy służb. Już jako poseł złożyłem mnóstwo zawiadomień do różnych instytucji dotyczących przekroczenia uprawnień, do jakich dochodzi w służbach mundurowych oraz specjalnych.

Gdyby miał pan szansę powrotu?
Tamten rozdział jest zamknięty.

W jakim kierunku podąża obecne CBA?
Znam bardzo dobrze obecnego szefa CBA, Pawła Wojtunika, kiedyś był dobrym gliną. Natomiast szczeble kariery, po których zaczął się wspinać przyćmiły mu nadrzędny cel naszej służby, czyli dobro ojczyzny. W mojej ocenie dziś CBA jest ubezwłasnowolnione przez rządzący układ polityczny PO-PSL. Afera goni aferę, a winnych nie widać. Gdybym zaczął wymieniać, zabrakłoby Pani Redaktor miejsca na tekst.

Są przyjaźnie wśród funkcjonariuszy?
Oczywiście, że tak. Dziś mam wielu przyjaciół wśród funkcjonariuszy czynnych zawodowo we wszystkich służbach specjalnych. Miałem ich w trakcie wykonywania zadań jako funkcjonariusz CBŚ, CBA.

Skąd zatem zdjęcia, które wyciekły za sprawą Pańskich przyjaciół, znajomych?
Nie da się ustrzec przed zdrajcami. I to jest właśnie taki przykład –  dwóch moich byłych kolegów stało się pospolitymi zdrajcami w momencie dostarczenia zdjęć dziennikarzom. Czy zostali za to wynagrodzeni? Z wiedzy, jaką posiadam – tak. Głos wszystkich przykrywkowców, antyterrorystów, wywiadowców, funkcjonariuszy pionów operacyjnych w Polsce w tej sprawie jest potępiający.

Jak się Pan wówczas czuł?
Po wieloletniej pracy w służbach mam grubą skórę. Dziwię się natomiast, że nie było konkretnych reakcji ze strony służb – zarówno ze strony CBA, ABW czy CBŚ. Reakcja powinna być stanowcza, doszło bowiem do rażącego złamania przepisów prawa. Nie chodzi o dyskredytację mojej osoby, lecz o to, że ujawniono szereg informacji niejawnych, narażających na szwank funkcjonariuszy dziś czynnie służących Polsce. Mam nadzieję, że osoby, wobec których toczy się postępowanie w tej sprawie, poniosą konsekwencje swego czynu.

A jakie by Pana satysfakcjonowały?
Chciałbym, aby dziennikarze, którzy dopuścili się tych publikacji, zaczęli myśleć. Rozumiem, że każdy gorący news świetnie się sprzedaje, ale trzeba też myśleć o ludziach, którzy walczą z przestępczością. Publikacja informacji na temat ich pracy, przedstawianie ich wizerunku, jest dalece, delikatnie mówiąc, nieodpowiedzialna.

Czy agent może mieć życie prywatne w trakcie wykonywania swoich obowiązków?
Nie rozmawiam z dziennikarzami na temat mojego życia prywatnego dzisiejszego i wczorajszego – wynika to przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa – mojego i moich najbliższych.

Niebezpieczne sytuacje?
Dwukrotnie, kiedy brałem udział w akcjach, ja i moi koledzy byliśmy zagrożeni utratą życia.

Czy w tej chwili otrzymuje Pan jakieś pogróżki?
Tak, otrzymuję groźby związane z pozbawieniem życia, składam stosowne zawiadomienia do prokuratury. Śledztwa w tych sprawach są w toku.

Nie boi się Pan, tak zwyczajnie po ludzku?
Nie bałem się jako policjant, nie boję się teraz, jako polityk. Zawsze będę stawiał czoła wszelkim sprawom  związanym z łamaniem prawa.

WYWIAD POCHODZI Z KWIETNIOWEGO NUMERU MIESIĘCZNIKA REPORTER

fot. Gabriela Jatkowska


więcej...

poniedziałek, 2 lipca 2012

Marek Nowakowski: Mniej odporni żyją jak niewolnicy

Gorąco polecam rozmowę Krzysztofa Świątka z  Markiem Nowakowskim w najnowszym numerze „Tygodnika Solidarność”, w której pisarz dzieli się swoimi spostrzeżeniami m.in. na temat Euro 2012 i mówi w jaki sposób rządzący wykorzystali ten turniej do celów propagandowych:

„Zderzają się dwie rzeczywistości – realna i bajkowa. Nakryto Polskę kolorowym, cyrkowym chapiteau. Na mnie kołowrót bajecznego wirtualu działa odpychająco, choć wiem, że dla wielu rozpoczęło się święto zagłuszające wszystko. Budzi się narodowe ambicje Polaków wywoływane przez piłkę nożną, sport, w którym od lat nie odnosimy sukcesów. Zastosowano znów starą, rzymską zasadę: Chleba i igrzysk. Tylko w starożytnym Rzymie, za imperatorów, dawano chleb, a tu brakuje tej symetrii. Wirtual narzuca wesoły ogląd świata, wszyscy mają pląsać jak kukiełki pociągane za sznurki.”  – uważa Marek Nowakowski.


Zdaniem pisarza pomiędzy trudami  codzienności, z którymi muszą zmagać się zwykli ludzie,  a pompatycznym otwarciem piłkarskiego turnieju istnieje ogromna przepaść.  Tymczasem na czas "igrzysk" usiłowano nam zamknąć usta w kwestii niedostatków i krzywd, choćby podwykonawców dróg, bo odbywała się największa impreza od lat i trzeba się było pokazać  z jak najlepszej strony.

"– Tylko w tym czasie firmy podwykonawców mogą zbankrutować.
– Jak za PRL-u pospiesznie kończono prace na budowach, a po imprezie i tak konieczne będą poprawki. Można przywołać analogię z motywem wsi potiomkinowskiej. Katarzyna Wielka płynęła Dnieprem i podziwiała wsie-atrapy wybudowane wzdłuż rzeki – radosne, bogate, zamożne. To taki rodzaj triku. Po staremu ludzi się mami.

– Ma Pan wrażenie, że to wielka akademia jak za PRL-u?
– Tak, a to przecież zwykła sportowa impreza. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej, ale robić z tego wydarzenie numer jeden? Władza obłudnie, po faryzejsku chce to wykorzystać. Zawieśmy wszystko na kołku, bo Euro nas nobilituje w oczach Europy i świata. Boję się, że część ludzi ogłupiałych wskakuje na ten niewidzialny, czarodziejski dywan, na którym unosimy się w tych dniach. Słabym umysłom trudno rozeznać rzeczywistość. Wielu dalej ma ciężko, ale ulega zaczadzeniu tą propagandą. Zostaje potem jakieś kalectwo umysłowe.

– Wielu wirtual wchłonął – spędzają godziny na portalach, Facebooku, prowadzą blogi.
– Mniej odporni i niezależni, pozbawieni własnych narzędzi intelektualnego, wyobraźniowego zaspokajania swoich potrzeb, żyją jak niewolnicy. Jest Wielki Brat, który jak u Orwella, z ekranu i innych ekraników internetowych pożera ludzi mentalnie."

Całość  TU

fot. screenshot
więcej...

czwartek, 9 lutego 2012

Lech Kaczyński: W sporcie nie ma miejsca dla polityków

- W sporcie obraca się pieniędzmi i choćby dlatego‚ moim zdaniem‚ nie ma tu miejsca dla polityków. Sport potrzebuje ludzi o odpowiedniej osobowości i zdolnościach organizacyjnych. To oni powinni podnieść polski sport na dobry poziom – to są słowa śp. Lecha Kaczyńskiego wypowiedziane przed siedmioma laty w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.
W wywiadzie, który się wówczas - z nieznanych mi przyczyn - nie ukazał. Opublikowano go dopiero pięć lat później, po tragicznej śmierci Prezydenta i 95 osób pod Smoleńskiem. W rozmowie z „PS” Lech Kaczyński, jeszcze jako prezydent Warszawy opowiadał o swojej wizji sportu w Polsce, a także o własnych  zamierzeniach i projektach z tym związanych.

Wobec skandali, które obecnie dzieją się w polskim sporcie, całego tego bałaganu wokół Stadionu Narodowego, hucpy z infrastrukturą na EURO 2012 oraz niekompetencji i kompromitacji osoby kierującej tym resortem – warto dziś tamten wywiad z Prezydentem Lechem Kaczyńskim przypomnieć.


LECH KACZYŃSKI: BRAT KOŃCZYŁ, A JA STARTOWAŁEM

PRZEGLĄD SPORTOWY: Niedawno wspomniał pan o olimpiadzie w Warszawie. Lubi pan marzyć?  
LECH KACZYŃSKI: To nie marzenia‚ a konkretny projekt. Jako prezydent stolicy mam obowiązek prezentować spójną i całościową wizję rozwoju sportu w Warszawie. Taka wizja obejmuje również wydarzenia o międzynarodowym zasięgu‚ a do nich należą igrzyska olimpijskie. Realnie można myśleć o olimpiadzie w Warszawie najwcześniej za kilkanaście lat. Bardziej prawdopodobna jest organizacja takiego wydarzenia w 2024 roku. Stolica Polski ma prawo do olimpiady! Rzecz idzie o zmianę myślenia. Musimy wreszcie przełamać poczucie‚ że w naszym kraju nic nie można‚ nic się nie uda. Obecnie nasza stolica nie liczy się jako organizator większych imprez sportowych. Kto pamięta‚ kiedy Warszawa przeprowadziła mistrzostwa Europy czy świata w jakiejś popularnej dyscyplinie sportu? Nie kryję‚ że ja nie pamiętam. Skończmy z poglądem‚ że na wszystko jesteśmy za biedni. Spójrzmy na przykład Budapesztu‚ a Węgrzy są jedynie nieco bogatsi niż Polacy. Mamy znakomite miejsce na stadion olimpijski‚ czyli tereny Stadionu Dziesięciolecia. Będzie nowoczesny Stadion Narodowy na Legii. Na terenach Polonii widzę możliwość powstania centrum pływackiego i miejsca na sporty halowe. Trzeba także rozbudować obiekty na AWF i już przymierzać się do igrzysk. Nie traćmy czasu na rozważania‚ czy Warszawa jest godna być gospodarzem olimpiady‚ bo to nie ulega wątpliwości.

Jeśli zamierza pan ubiegać się o prezydenturę w państwie‚ to jaki ma pan pomysł‚ aby w najbliższych latach rozpocząć już pierwsze przygotowania do igrzysk?  
- Prezydent nie ma nieograniczonych kompetencji‚ zwłaszcza w sprawach sportu. Jeżeli wygram wybory‚ to będę promował takie rozwiązania‚ które podniosą polski sport na zdecydowanie wyższy poziom. Z ostatnich igrzysk olimpijskich nasi sportowcy wrócili z 10 medalami i gdyby nie Otylia Jędrzejczak‚ to dorobek ten byłby dużo gorszy. Potrzebny jest zdecydowany przewrót w zarządzaniu polskim sportem. Zmian wymaga także Polski Komitet Olimpijski. Mam nadzieję‚ że w przyszłości prezes PKOl będzie pełnił równocześnie funkcję ministra sportu.  


Czy obecny szef PKOl odpowiada stawianym przez pana kryteriom? 
- Poznałem pana Piotra Nurowskiego i z rozmowy wyniosłem wrażenie‚ że jego szefostwo będzie dobre dla Komitetu. Pan prezes Nurowski zasiada we władzach spółki Elektrim i często musi funkcjonować jako biznesmen i szef PKOl jednocześnie. Oczywiście‚ jako szef PKOl musi zabiegać o pieniądze sponsorów‚ ale czasami może się to kończyć konfliktami. Na pewno przy okazji przedstawię mu mój punkt widzenia także na tę sprawę.

Dlaczego utworzenie ministerstwa sportu uważa pan za niezbędne?
- Jestem zwolennikiem powołania tego resortu‚ bo sport jest ważną dziedziną kultury masowej i międzynarodowej konkurencji. Odgrywa wielką‚ pozytywną rolę w życiu wspólnoty państwowej i narodowej. Miliony ludzi żyją sportem‚ dla wielu nawet piłkarska liga polska to rzecz bardzo istotna. Sport to również bardzo ważna dziedzina pokojowej konkurencji między krajami. Polska wygląda obecnie pod tym względem bardzo mizernie‚ a przecież ma ogromny potencjał. Niezbędny jest jasny plan zmiany tego stanu rzeczy‚ klarowna wizja rozwoju. Tego nie można odkładać na następne lata. Uważam‚ że to będzie jedno z ważniejszych zadań dla nowego rządu.  

A czego politycy szukają w sporcie? 
- Niektórzy widzą w sporcie ważny element życia społeczeństwa‚ ważną część codziennego życia obywateli. Często też znanych polityków wybiera się na prezesów klubów czy związków. To już zła praktyka i trzeba z nią skończyć. W sporcie obraca się pieniędzmi i choćby dlatego‚ moim zdaniem‚ nie ma tu miejsca dla polityków. Sport potrzebuje ludzi o odpowiedniej osobowości i zdolnościach organizacyjnych. To oni powinni podnieść polski sport na dobry poziom. Uważam też‚ choć to rzecz niepopularna - musi istnieć sponsoring publiczny‚ rządowy lub samorządowy. Chociaż wszyscy nawołują obecnie do oszczędności‚ uważam‚ że bez pieniędzy budżetowych nie podźwigniemy polskiego sportu. Jako prezydent Warszawy nie oszczędzam na wspieraniu sportu‚ pozytywne efekty już widać. Walka o sponsorów prywatnych niestety często łączy się z nadużyciami i malwersacjami. Ileż klubów piłkarskich znajduje się w tarapatach właśnie z tego powodu? Plany dotyczące reformy sportu muszą zostać wprowadzone w życie szybko - chcę zyskać szerokie poparcie dla mojej koncepcji. 

Czy Warszawa przygotowuje się do organizacji piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku?
- Oczywiście. Gorąco popieram ten projekt. Stadion Narodowy będzie miejscem rozgrywek w ramach mistrzostw - oczywiście‚ jeżeli kandydatura Polski i Ukrainy zostanie zaakceptowana przez UEFA. Zapewniam‚ że nie istnieje żadna konkurencja między projektem budowy Stadionu Narodowego przy Łazienkowskiej‚ a planami budowy nowego obiektu na miejscu Stadionu Dziesięciolecia. Stadion‚ który zaczniemy budować‚ będzie stadionem piłkarskim. Natomiast na Stadionie Dziesięciolecia powinien powstać obiekt o charakterze lekkoatletycznym. W tym miejscu Polacy bili już rekordy. Jako dziecko oglądałem na Stadionie Dziesięciolecia wspaniały rzut dyskiem w wykonaniu Edmunda Piątkowskiego. Pamiętam nawet wynik - 59‚91. Nowy stadion lekkoatletyczny powinien być zbudowany wspólnymi siłami rządu i samorządu.  


Niedawno rząd zaproponował‚ by wspólnymi siłami zbudować Stadion Narodowy na miejscu Stadionu Dziesięciolecia. Czy wobec tego jest możliwe‚ że miasto wycofa się z inwestycji na Legii?  
- Nie‚ prace będą konsekwentnie kontynuowane. Nie zmienię zdania w tej sprawie. Zamierzamy dotrzymać terminów realizacji. 

Jak będzie wyglądał najbliższy harmonogram prac na Legii?  
- Lada dzień zostanie ogłoszony podstawowy przetarg na operatora. To będzie inwestycja publiczno-prywatna‚ a więc ogłosimy konkurs na wybór podmiotu‚ który zainwestuje 180 milionów złotych‚ wybuduje stadion‚ a potem będzie nim zarządzać. Drugie 180 milionów na inwestycję przeznaczy miasto. Będzie to obiekt typowo piłkarski‚ z możliwością organizowania koncertów i innych imprez widowiskowo-kulturalnych. W obecnych czasach zabiega się o to‚ żeby stadiony nie były deficytowe. Zarządzanie wielkim stadionem w taki sposób‚ by osiągać zyski‚ jest niełatwym zadaniem - tym bardziej‚ że stadion ma być przede wszystkim miejscem sportowych rozgrywek‚ a nie miejscem koncertów. Na świecie działa niewiele firm‚ które potrafią sprawnie zarządzać takimi obiektami. Dlatego przewidujemy‚ że konkurencja w kwestii budowy stadionu pewnie będzie silna‚ ale do przetargu nie stanie zbyt wiele podmiotów.  


Czy są już chętne firmy?  
- Oczywiście‚ ale nie wolno mi wymieniać nazw; takie są reguły postępowania przetargowego. Dość długo musiały trwać działania związane z badaniem rynku. Decyzje w sprawie stadionu zapadły przecież na przełomie 2003 i 2004 roku.  


Jaką rolę otrzyma wyłoniona w konkursie firma‚ czyli operator? 
  - Weźmie udział w finansowaniu budowy. Potem będzie zarządzać stadionem‚ oczywiście przez czas określony w umowie. Miasto nigdy nie przekaże stadionu na własność prywatnemu partnerowi‚ podobnie jak nie odda terenu‚ gdzie powstanie ten obiekt. Jeśli obiekty sportowe tej miary mają służyć wszystkim mieszkańcom‚ muszą być we władaniu samorządu lub państwa. Jak już wspomniałem‚ sport może się rozwijać dzięki patronatowi publicznemu‚ a nie całkowitej komercjalizacji.  


Jeśli już pojawią się pierwsze wykopy‚ to będzie znaczyło‚ że dalej budowa pójdzie sprawnie?
- Rzeczywiście‚ wtedy można oczekiwać‚ że budowa będzie przebiegać co najmniej zgodnie z planem‚ czyli potrwa około półtora roku. Pierwsza łopata powinna zostać wbita wiosną 2006 roku. Zrobimy jednak wszystko‚ by prace budowlane przyspieszyć. Stadion musi powstać jak najszybciej i miasto nie może szczędzić starań‚ by proces inwestycyjny przebiegł tak szybko‚ jak tylko możliwe.  


A na koniec zapytam o sportową scenę ze znanego filmu „O dwóch takich co ukradli księżyc"‚ w którym grał pan główne role z bratem Jarosławem. Jest tam zwycięski bieg‚ w którym jako bliźniacy podmieniacie się na trasie. Czy pan startował czy finiszował? 
  - Niech sobie przypomnę... Brat kończył‚ a ja startowałem. 

Rozmawiał LECH UFEL

Niepublikowany wywiad z prezydentem Kaczyńskim

Galeria zdjęć prezydenta Lecha Kaczyńskiego ze sportowcami 

Na zdjęciu: Prezydent Lech Kaczyński i Michael Platini. Autor Marek Biczyk / Źródło: NEWSPIX.PL

 
więcej...

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Andrzej Krauze: Całe moje życie zawodowe to są bitwy i walka o wolność słowa

“Standardy” obecnych, młodych redaktorów wykształconych na papce politycznej poprawności nie przewidują miejsca na mocne, brutalne czasem powiedzenie prawdy – na kategoryczne stwierdzenia i na kpinę z “politycznych idiotów” – powiedział w rozmowie z portalami wPolityce.pl i Stefczyk.info rysownik, Andrzej Krauze.
więcej...

niedziela, 13 listopada 2011

Jerzy Zalewski: Bez walki o kulturę traci sens cała walka polityczna

http://www.ngopole.pl/wp-content/uploads/2011/08/zalewski-066.jpg
Jerzy Zalewski
- Możliwe, że przed nami rysuje się ostatni bój o polskość, że bez niego nie będziemy już więcej mogli siebie odczytać - mówi w wywiadzie dla "ND" Jerzy Zalewski, reżyser i scenarzysta, autor m.in. „Obywatela Poety”.
więcej...

sobota, 1 października 2011

Jarosław Kaczyński na Blogpress.pl

Na portalu Blogpress ciekawa rozmowa Janusza Szostaka z Jarosławem Kaczyńskim:

"O czym w tych wyborach zadecydują tak naprawdę Polacy?

Polacy będą decydowali jak będą żyć. To jest decyzja, z jednej strony, odnosząca się do sprawności władzy. Polacy zdecydują, czy prowadzić nadal politykę transakcyjną – którą my kwestionujemy. Czyli politykę bez wyższych celów, taką grę między różnymi interesami. Gdzie najmniej istotne są sprawy obywateli. Taką politykę prowadziło SLD, wcześniej Unia Wolności, a teraz PO. My od tego odeszliśmy i to spowodowało taki straszny atak na nas."
więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top