Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Express Wieczorny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Express Wieczorny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Załatwiliśmy ochronę gangsterowi

To był jeden z największych przemytów narkotyków do Polski. Kartel z Cali - we współpracy z „Pruszkowem” - wysłał statkiem do Gdyni ponad tonę kokainy. Jej rynkowa wartość wynosiła wtedy 212 milionów funtów brytyjskich! Narkotyki nie dotarły jednak na miejsce. Wówczas Kolumbijczycy zagrozili „pruszkowiakom” śmiercią. Wtedy nieświadomie zorganizowałem ochronę policyjną jednemu z głównych organizatorów przemytu. 


Był 20 listopada 1993 roku, gdy kontenerowiec Polskich Linii Oceanicznych m/s „Jurata" wypłynął z portu La Guardia w Wenezueli  do Gdyni. 24 stycznia 1994 roku statek zawinął do niewielkiego portu Birkenhead, pod Liverpoolem, i tam zainteresowały się nim  brytyjskie służby celne. Wśród innych ładunków znajdowało się 49 beczek z lepikiem i dachówki dla firmy Med-Glob, ze wsi Majdan koło podwarszawskiej Wiązowny. Podejrzenia Brytyjczyków wzbudził fakt, że koszty transportu lepiku i dachówek były wyższe niż wartość samego towaru. Już 25 stycznia brytyjska policja poinformowała polskich kolegów, że na statku „Jurata” znaleziono 1190 kilogramów kokainy. Wartej wówczas 212 milionów funtów.
Statek popłynął do Polski już bez narkotyków. Na początku lutego 1994 roku „Jurata” wpłynęła do portu w Gdyni.  Tu po ładunek przyjechał  Krzysztof O.  pełnomocnik firmy Med-Glob.  W porcie kręcili się już funkcjonariusze UOP, policjanci oraz gangsterzy z „Pruszkowa”, do których należała ta przesyłka. Ci ostatni byli pewni, że towar – dotarł do kraju.

„Pruszków” traci fortunę

Jak się okazało po latach, mózgiem tego przemytu był Leszek D. ps. „Wańka”. Ponoć, stracił na tej akcji milion dolarów. „Wańka” całą operację organizował przy pomocy Tadeusz S., z którym znał się od dziecka, oraz Adama U. - ojca chrzestnego syna Tadeusza S. Na początku lat 90. Adam U. wyjechał  do Ameryki Południowej. A za nim podążył Tadeusz S. To oni pomogli „Pruszkowowi” w nawiązaniu kontaktów z kartelem z Cali.
Kokaina z „Juraty” była faktycznie własnością kolumbijskiego kartelu  i miała trafić przez Polskę do Europy Zachodniej. Przemyt narkotyków organizowała i ochraniał grupa pruszkowska. Jako honorarium za usługę gangsterzy z „Pruszkowa” mieli zatrzymać kokainę wartości około 30 milionów dolarów.
Jak twierdzą wtajemniczeni, ten transport był od początku ubezpieczony. Jednak nie polisą, lecz głowami Adama U. i Tadeusza S. Gdy kokaina przepadła, obaj znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie. Jednak udało im się uniknąć śmierci. Zagrożeni byli też „pruszkowiacy”. Gdy doszło do wpadki, wówczas do Polski mieli  przybyć wysłannicy kartelu z  Cali, aby rozprawić się z „Pruszkowem”.

Oddaj 30 milionów!

Krzysztof  O.  – do  którego adresowany był transport kokainy - mieszkał w  Piasecznie. Zaledwie od 1 października 1993 roku prowadził niewielką firmę zajmującą się między innymi handlem materiałami budowlanymi. Magazyny znajdowały się w Majdanie koło Wiązowny. Tam miała tam trafić, zamówiona w Wenezueli, dostawa dachówek i kleju w beczkach: - Pierwszy raz zamówiłem towar w tym kraju – mówił nam wówczas - Niecierpliwiłem się, że rozładunek „Juraty” przedłuża się. Były pogłoski, że na  statku znajdują się narkotyki, ale traktowałem to jako żart.
W końcu towar załadowano na ciężarówkę i ruszyła ona do Warszawy. Krzysztof O. twierdził, że tir z dachówkami i klejem był pod obserwacją: - Od Gdyni jechały za transportem te same samochody.
Kilka dni później do jego firmy miał zgłosić się nieznany nikomu osobnik. Twierdził, że ma odebrać część towaru. Właściciela nie było wówczas na miejscu i pracownicy odmówili wydania beczek.
Od tego momentu – zdaniem Krzysztofa O. - zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wokół firmy kręcili się podejrzani mężczyźni. Którejś nocy poderżnięto gardło psu pilnującemu magazynów.
Apogeum nastąpiło na tydzień przed Wielkanocą 1994 roku. Około godziny 22.00 Krzysztof O. jechał swoim mitsubishi z Warszawy do Piaseczna: - W pewnym momencie zobaczyłem volkswagena z kogutem na dachu – opowiadał nam 21 lat temu – Kierowca dawał mi znaki, żebym się zatrzymał. Myślałem, że to policja i zjechałem na pobocze.
Według jego relacji w  volkswagenie było kilku mężczyzn. Jeden z nich wysiadł z samochodu i podszedł do mitsubishi. Krzysztof  O. nie wyłączył silnika, jedynie opuścił szybę.
- Przekręciłeś nam towar za 30 milionów dolarów – warknął napastnik.
- Jakie dolary, jaki towar?- zapytał zszokowany przedsiębiorca.
W tym momencie bandyta wyjął pistolet z tłumikiem: - Nie rżnij idioty. Masz wybór, życie albo 30 baniek! -  i wymierzył do niego z broni. Krzysztof O. rzekomo podbił pistolet do góry. Doszło do krótkiej szarpaniny, w trakcie której padły dwa strzały.  Jedna z kul ugodziła  mężczyznę  w udo. Mimo bólu nacisnął na gaz i odjechał. Za plecami  usłyszał jeszcze kilka strzałów. Pocisk przebił szybę auta.
Ranny mężczyzna pojechał wówczas do Komendy Rejonowej Policji w Piasecznie, gdzie złożył zgłoszenie o napadzie. Policjanci uznali zdarzenie, jako typowy rozbój. Karetką pogotowia przewieziono go do Konstancina, gdzie udzielono mu pomocy lekarskiej. Później sprawę przejęła policja na Ochocie, bowiem napad zdarzył się na terenie tej dzielnicy.

Ochrona dla gangstera

Kilka dni później Krzysztof O. poprosił o pomoc mnie oraz Radosława Rzepkę – wówczas byliśmy dziennikarzami Expressu Wieczornego. Szukał dla siebie ratunku po tym, gdy okazało się, że kokaina zniknęła z „Juraty”.
Mówi nam, że nigdy nie miał nic wspólnego z narkotykami. Ponoć nie wiedział, że został wciągnięty w brudne interesy „Pruszkowa”: – Znajomy polecił mi firmę w Wenezueli sprzedającą materiały budowlane. Nie sądziłem, że to tak się skończy. Czuję się zagrożony, boję się o życie swoje i rodziny. Codziennie  otrzymuję telefoniczne pogróżki. Powiedziano mi, że mam tydzień na oddanie narkotyków lub pieniędzy. A ja w ogóle  nie wiem, o co tu chodzi! – twierdził wówczas i prosił abyśmy pomogli mu uzyskać  do policji o ochronę. Co udało nam się załatwić niemal od razu, przez Komendę Główną Policji.
 Kilka razy odwiedzaliśmy Krzysztofa O, w jego mieszkaniu w Piasecznie. Mieszkał z rodziną na czwartym (ostatnim) piętrze niepozornego bloku. Na schodach, pod jego drzwiami zawsze dyżurowało co najmniej dwóch antyterrorystów. Dwóch innych siedziało w samochodzie przed domem.  Ochraniali go także gdy poruszał się po mieście. Nie jestem jednak pewien, czy byli to w pełni profesjonalni funkcjonariusze. Gdyż jeden z nich postrzelił się z własnej broni, bawiąc się nią na schodach, pod drzwiami Krzysztofa O. Innym razem funkcjonariusz wjechał w jego samochód, gdy jechał do Warszawy.
Minęło kilka lat zanim śledczy wyjaśnili, kto był organizatorem przemytu kokainy. I zanim okazało się,  jak w tym wszystkim była rola Krzysztofa O. Na pewno  nie był on  niczego nieświadomym biznesmenem. 
Przez 8 lat polskie organa ścigania czekały na odpowiedź od wenezuelskich władz na temat umowy zawartej między Med-Globem a wenezuelskim sprzedawcą lepiku. W tej sprawie wysłano dziesiątki monitów, nie obyło się beż interwencji Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskiej ambasady w Caracas.
Po latach okazało się,  że Med-Glob, to była fikcyjna firma, założona wyłącznie na potrzeby przemytu kokainy. Nikt nie prowadził w niej prac biurowych, nie wysyłano żadnych pism. Poza tym jednym, dotyczącym  zakupu dachówki i masy bitumicznej w Wenezueli.
Krzysztof O. – udając niewinnego - oszukał nie tylko nas, ale zapewne także policję. Ale kto wie, może udało nam się uratować go przed gniewem kumpli z „Pruszkowa” albo nawet gangsterów z Cali? 
W każdym razie prokuratura oskarżyła go o przemyt narkotyków i wraz z 8 innymi gangsterami trafił na ławę oskarżonych. Najpoważniejsze zarzuty postawiono właśnie Krzysztofowi O. oraz Leszkowi D. „Wańce". Obaj w 2004 roku - wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie - zostali skazani na 8  lat pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy oba wyroki.
- Nie ma i dotąd nie było takiego przemytu kokainy -  stwierdziła w uzasadnieniu wyroku sędzia Grażyna Wasilewska-Kloc.

Janusz Szostak

Na zdj. statek Jurata

Ten oraz wiele innych, równie ciekawych tekstów można znaleźć w ostatnim wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER
więcej...

piątek, 5 grudnia 2014

Były szpieg CIA w sieci reportera

To była jedna z najgłośniejszych i najbardziej spektakularnych spraw kryminalnych w połowie lat  dziewięćdziesiątych. Oto, według relacji przekazywanych reporterowi "Expressu Wieczornego" przez informatora,  na czele grupy dokonującej w Warszawie pospolitych przestępstw miał stać Andrzej Kiełczyński,  najważniejszy szpieg CIA w  Izraelu, były terrorysta i  bliski współpracownik  byłego premiera tego kraju, M. Begina (na zdjęciu z A. Kiełczyńskim). Gang rozpracował Radosław Rzepka - wówczas reporter śledczy "Expressu Wieczornego", dziś dziennikarz "Reportera". Teraz przypominamy tamto spektakularne wydarzenie.

* * *
W 1992 roku  Andrzej Kiełczyński  przyjechał do Polski wraz ze swoim bratankiem Albertem, który okazał się jednym z najgroźniejszych przestępców ostatniego dwudziestolecia w Polsce.
Mój informator  twierdził, że gang miał na swoim koncie kilkadziesiąt włamań do różnych instytucji: biur, hurtowni, sklepów i mieszkań w Warszawie, a także zbrojny napad na dom numizmatyka w Wielkopolsce.
- Albert, to wysportowany facet przed czterdziestką. Wyszkolony w izraelskiej armii, potrafi otworzyć okno za pomocą dwóch noży  – mówił mój rozmówca. 
Łupem przestępców padał sprzęt komputerowy i optyczny, kopiarki, części samochodowe, a także odzież. Towar trafiał do paserów, następnie sprzedawany był pod Pałacem Kultury i  Nauki oraz w przejściach podziemnych w centrum miasta.
Grupa liczyła zazwyczaj cztery osoby, jej trzon był niezmienny – zmieniali się tylko współpracownicy. Działalności Andrzeja i Alberta Kiełczyńskich w Polsce od pewnego czasu  przyglądali się także warszawscy policjanci.

Mossad na nas napadł!
Okoliczności zatrzymania  Kiełczyńskich były bardzo dramatyczne. Na początku  stycznia 1994 roku - wynajmujący mieszkanie na warszawskim Gocławiu - Andrzej i jego bratanek wybrali się na umówioną wizytę do uzdrowiciela mieszkającego w Podkowie Leśnej. Wsiedli do mitsubishi, a w ślad za nimi ruszyli nieoznakowanym radiowozem policjanci z Pragi Południe.
W pewnej chwili samochód kierowany przez Alberta zajechał drogę zwykłemu patrolowi policji i zatrzymał się na wezwanie. Policjanci z patrolu nie wiedzieli, że mężczyźni w mitsubishi byli śledzeni przez innych funkcjonariuszy. Nie wiedzieli  też, że zatrzymani mieli przy sobie broń.  Kiełczyńscy odegrali przed mundurowymi  teatralną scenkę. Udawali, że nie rozumieją po polsku, zaś sami mówili po hebrajsku. Pokazali izraelskie dokumenty, a starszy z nich wyjął  kartkę z tekstem: „Przepraszam. Jestem pracownikiem amerykańskiego wywiadu CIA. Nie mówię po polsku”. Policjanci zbaranieli, ale w końcu pozwolili im jechać dalej. Kiełczyńscy zostali zatrzymani późnym wieczorem, po powrocie od uzdrowiciela, kiedy wchodzili do bloku.
– Albercik, Mossad na nas napadł! – krzyczał Andrzej. Ale bratanek nie zdążył sięgnąć po broń, gdyż został błyskawicznie obezwładniony.
W mieszkaniu, strzeżonym przez wyszkolonego psa, policjanci znaleźli przedmioty pochodzące z włamań, amunicję oraz maski służące przestępcom do napadów. Funkcjonariusze odebrali dwa pistolety: gazowy, przerobiony na ostrą amunicję oraz VIS –a.  Po zatrzymaniu Andrzej  Kiełczyński  był bardzo pewny siebie. Sprawiał wrażenie osoby nietykalnej.
– W czasie przesłuchania rozłożył na biurku cały wachlarz wizytówek.  Były na nich nazwiska osobistości z pierwszych stron gazet  - mówił mi policjant z Pragi Południe.
 Andrzejowi Kiełczyńskiemu, który utrzymywał, iż nie wie czym zajmuje się jego bratanek, postawiono zarzut nielegalnego posiadania broni i zdecydowano o miesięcznym areszcie. Albert Kiełczyński  trafił za kratki pod znacznie poważniejszymi zarzutami,  m.in. napadu z bronią w ręku na dom numizmatyka w Jastrowiu.
Po zatrzymaniu Kiełczyńskiego zrobił się szum nie tylko w polskiej, ale i w izraelskiej prasie, która  w tamtym czasie częściej niż o nim  pisała o jego córkach. Starsza była bowiem żoną syna Mosze Dajana (był ministrem Obrony Narodowej i Spraw Zagranicznych Izraela - przyp. red),   natomiast młodsza popularną aktorką i modelką.

Terrorysta i przyjaciel premiera
Andrzej Kiełczyński, Polak z Radzymina, syn byłego członka Komunistycznej Partii Polski, w 1958 roku wyjechał jako dwudziestolatek z rodziną do Izraela.  Otrzymał tam obywatelstwo, wstąpił do armii i brał udział w wojnie sześciodniowej z Egiptem. Zapisał się do prawicowej partii Herut, której  z czasem zmieniono nazwę na Likud („Jedność” ) i został bliskim współpracownikiem Menachema Begina, późniejszego premiera Izraela.
 W latach 70. ubiegłego wieku brał udział w akcjach terrorystycznych skierowanych przeciwko RFN - zajmował zbrojnie ambasadę tego kraju w Tel Awiwie,  to samo uczynił w  Instytucie Goethego, a także podpalił biuro Lufthansy.
Ówczesne władze Izraela przymykały oczy na te wyczyny Kiełczyńskiego, a wymiar sprawiedliwości fundował mu niskie wyroki w zawieszeniu.
 „Wszystkie te akty o charakterze terrorystycznym miały jeden, jedyny cel – nieustanne wpędzanie Niemców w kompleks żydowski. Trudno przecenić korzyści płynące z tego iście makiawelicznego pomysłu Begina. Pomysłu, który jego następcy przejęli w odniesieniu do innych narodów, nie tylko Niemców. Być wyrzutem sumienia na politycznej mapie świata, to przecież pozycja wymarzona. Koniec końców ta polityka zaszczepiania kompleksu żydowskiego tak im weszła w krew, że od pewnego czasu prowadzona jest wobec Polski” – przyznał Kiełczyński w swojej książce „Amerykański piorun”.
 Andrzej Kiełczyński, który w Izraelu obracał się w najwyższych kręgach władzy, twierdził, że w 1985 roku został zwerbowany do pracy w CIA i był jej najważniejszym agentem w Tel Awiwie. Działał pod pseudonimem „Piorun” i przekazywał Amerykanom informacje o politycznych planach rządu, rozmieszczeniu broni atomowej na terenie Izraela, a także o wykorzystywaniu pieniędzy przesyłanych do tego kraju przez Stany Zjednoczone.  Zdemaskowany musiał wyjechać z Izraela, gdzie zablokowano mu wszystkie konta.

Agent CIA czy hochsztapler
Kiełczyński  przyjechał do Polski w 1992 roku i niemal od razu otworzyły się przed nim drzwi najważniejszych gabinetów w państwie. Stał się osobą znaną i bywałą na salonach.
Prezydent Lech Wałęsa nadał mu w trybie pilnym polskie obywatelstwo.  Mirosław Chojecki zrealizował o Kiełczyńskim film, w jednej z gazet zaczęły ukazywać się wspomnienia o jego szpiegowskiej działalności w Izraelu.
Kiełczyński  proponował napisanie książki znanemu pisarzowi Zbigniewowi Safjanowi, ale współautor „Stawki większej niż życie” odmówił. Problem tkwił w tym, że to co dla Kiełczyńskiego stanowiło dowody na jego współpracę z CIA, dla innych już nie było tak wiarygodne. Często były to  hotelowe i telefoniczne rachunki, bilety lotnicze, kartki pocztowe itp. 
W końcu trafił do Roberta Ginalskiego z wydawnictwa  Da Capo.  Współautor i wydawca  „Amerykańskiego pioruna” mówił potem, że nie czuł się bezpiecznie podczas tych spotkań. Tak jakby Kiełczyński, któremu bardzo zależało na tej książce, usiłował wywierać na nim presję. Pojawiał się w jego domu w towarzystwie bratanka Alberta. Przyprowadzali ze sobą psa – owczarka niemieckiego, którego drażnili czymś w rodzaju pałki z paralizatorem. Sam Kiełczyński podpierał się przy chodzeniu gustowną laską, z której po naciśnięciu przycisku wysuwał się sztylet. Mówił, że to z względów bezpieczeństwa, na wypadek gdyby zaatakowali go agenci Mossadu.
 Andrzej Kiełczyński był człowiekiem schorowanym, cierpiał na cukrzycę. Twierdził, że nabawił się jej pracując dla CIA. Domagał się od Amerykanów 300 tysięcy dolarów odszkodowania za utratę zdrowia. Rozpoczął nawet w tej sprawie protest głodowy. Wraz z Albertem rozłożyli leżaki przed ambasadą amerykańską w Warszawie i siedzieli tam, spożywając  jedynie soki. Zrezygnowali z głodówki, bo Amerykanie pozostawali niewzruszeni na żądania byłego agenta.

Bratanek zabójcą
Albert Kiełczyński do 16 roku życia wychowywał się na warszawskiej Woli. W 1972 roku, po śmierci matki  wyjechał do Izraela, gdzie zaopiekował się nim najpierw ojciec, który był artystą malarzem,  a potem stryj Andrzej. Następnie wstąpił do armii izraelskiej. Brał udział w wojnie w Libanie. Za napady rabunkowe z bronią w ręku m.in. na jubilera, odsiedział w izraelskim więzieniu osiem lat.
Po przyjeździe ze stryjem do Polski zorganizował grupę przestępczą. Za napad rabunkowy na kolekcjonera monet i przestrzelenie mu kolan, dostał wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności.
Podczas przerwy w odbywaniu kary - spowodowanej chorobą nowotworową - związał się z poznańskim światem przestępczym, a następnie zastrzelił w poznańskiej Cafe Głos mężczyznę, bo jak twierdził, nie chciał się z nim rozliczyć z pieniędzy za kradzione samochody. Złapany i ponownie postawiony przed sądem, został skazany na dożywocie. Chory na raka Albert Kiełczyński zmarł w więziennym szpitalu w trakcie odbywania kary.
Zaś jego stryj, „Amerykański Piorun”  po opuszczeniu aresztu mieszkał jeszcze przez pewien czas w jednej z warszawskich plebani, a potem wyjechał z Polski i słuch o nim zaginął. Aleksander Rozenfeld,  polski poeta i publicysta żydowskiego pochodzenia, który znał Kiełczyńskiego, tak o nim napisał: „Niespełniony malarz – Bozia talentu nie dała, niespełnione aspiracje oficerskie – naturalizowanym Żydom stopni nie przyznają, przeżyta wojna sześciodniowa – w czołgach na Wzgórzach Golan, wreszcie tęsknota za tym, żeby naprawdę być kimś ważnym. (…) Andrzej Kiełczyński trafił – i w Izraelu i w Polsce - tak jak zawsze marzył, na pierwsze strony gazet. Smutne tylko, że to nie jako malarz, polityk, pisarz, ale zwyczajnie – w kryminalnej kronice.”.
Radosław Rzepka

Fot. z książki "Amerykański piorun".

Tekst pochodzi z magazynu kryminalnego REPORTER

więcej...

środa, 23 lipca 2014

Warszawa 3 czerwca 1940 roku

W czerwcu 1940 roku do Polski przyjechał pastor Wilhelm Brauer. Na polecenie Centrali Poszukiwania Grobów Wojennych, został wysłany w okolice Błonia, Sochaczewa i Łowicza, w celu identyfikacji zwłok żołnierzy i cywilów niemieckich, którzy zginęli we wrześniu 1939 roku. W rejonie Sochaczewa przebywał w dniach 3 - 6 czerwca 1940 roku. W tym czasie fotografował m.in. Warszawę . W 2010 roku, redakcję Expressu odwiedził Helmut Brauer, emerytowany pastor z Lubeki. Helmut Brauer, to syn Wilhelma. Przekazał mi wiele fotografii Sochaczewa,  Łowicza , a także Warszawy - wykonanych przez jego ojca. To niektóre z nich.










Janusz Szostak

fot. Wilhelm Brauer,
© Helmut Brauer


więcej...

wtorek, 11 marca 2014

W strasznym domu w Sochaczewie (cz. II)

Wśród ekspertów, próbujących rozwikłać tajemnicę domu rodziny S., był również Lech Emfazy Stefański, prezes Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego. To jemu Leszek Franaszek zawdzięcza odkrycie swoich umiejętności: - Przyglądał mi się przez dłuższy czas. I potem mówi: „Ja u pana czuję duże zapasy energii”. Pomyślałem: „O co ci chodzi, co się pan czepiasz?”. Nie miałem pojęcia, że mógłbym pomagać ludziom – wspomina Franaszek. Zapewne nigdy nie dowiedziałby się, jakie tkwią w nim możliwości, gdyby nie te niezwykłe wydarzenia z początku lat 80. minionego wieku. Dziś Franaszek jest jednym z najbardziej uznanych bioterapeutów  w Polsce.

Harcowanie duchów

Stefański, wraz z dr Romanem Bugajem, odwiedził ośmiokrotnie dom państwa Sokołów. Kilka razy towarzyszyła im Maria Błaszczyszyn oraz Leszek Franaszek.
Spisali z tych wizyt relację, w której między innymi czytamy: „Przeprowadziliśmy wywiady i próby testowe z mieszkańcami „nawiedzonego” domu. Nic nie wskazuje, aby zjawiska miały być przez kogoś sfingowane (...) Przypadek „strachów” w Sochaczewie jest typowy: prawdopodobnie mimowolnymi sprawcami zjawisk są dzieci wchodzące w okres dojrzewania: 13-letnia Asia i 14-letni Włodek. Warto tu zwrócić uwagę na interesujący szczegół: przez dwa tygodnie „duchy” harcowały tylko wówczas, gdy pani Hanna znajdowała się poza domem. Dopiero w połowie stycznia zobaczyła na własne oczy, jak krzesło „samo” przewróciło się czterokrotnie na podłogę. Wiemy, że nie świadomość, lecz podświadomość osób medialnych steruje takimi zjawiskami telekinetycznymi, jakie obserwuje się w Sochaczewie. Być może również na podświadomość obojga dzieci hamująco działał autorytet pani Hanny. „Strachy” stają się naprawdę „niegrzeczne” dopiero wówczas, gdy mamy nie ma w domu. Trzeba tu dodać, że to, co dzieje się w Sochaczewie, należy do klasy zjawisk bardzo dobrze znanych badaczom, wielokrotnie opisywanych, a w języku niemieckim określanych jako Spukphaenomene lub żartobliwie Poltergeist („duch stukający”). Jak się przeważnie okazuje, mimowolnym sprawcą zjawiska bywa dziewczynka lub chłopiec w okresie dojrzewania. Zachwiana w tym czasie równowaga energetyczna organizmu staje się przyczyną wyzwolenia sił, które moskiewski fizyk dr Aleksander Dubrow nazywa biograwitacyjnymi (są to te same siły, które powodują rozrywanie się nici chromosomów podczas podziału jądra komórkowego). Działaniem sił biograwitacyjnych na otoczenie dojrzewającego osobnika, nie steruje jego świadomość – są to działania bezwiedne, podświadome. Często sprawca jest równocześnie ich ofiarą, jak to bywało np. u Joasi Gajewskiej z Sosnowca, którą wielokrotnie kaleczyło szkło rozbijane przez psotnego „chochlika” (...).
Doktor Bugaj, parapsycholog, tak relacjonował w mediach wydarzenia w Sochaczewie: - Przedmioty przelatują w powietrzu tak szybko, że prawie nie zdąża się ich zauważyć. Jedyne ostrzeżenie, to świst. Rodzina musi nosić na głowach hełmy ochronne! Duchy grasujące w domu pp. Sokołów uważane są za złe. Sztućce trzymane przez Joannę wyginają się w jej rękach jak spaghetti! Joanna badana była przez ekspertów, ponieważ naukowcy podejrzewali, że 11-letnia dziewczynka w jakiś nieznany sposób sama wywoływała te zjawiska. Podobne badania prowadzone są również w innych krajach Europy Wschodniej. W Związku Radzieckim na przykład wykazano, że ludzie mogą podświadomie wpływać na przedmioty i wydarzenia.
 Bugaj przeprowadził wówczas szereg obserwacji i doświadczeń. Niektóre z nich przytaczam, za jego relacją z 1984 roku: „1. Podczas przechodzenia Joasi przez kuchnię, uniósł się do góry i „podążał” za nią but leżący początkowo w rogu pomieszczenia. 2. Stwierdziłem unoszenie się i lot w powietrzu nie dotkniętego przez nikogo garnka blaszanego. Samego garnka w locie nie widziałem, gdyż jego lot był zbyt szybki. Lecący garnek uderzył w ścianę kuchni, a następnie spadł na podłogę. 3. Leżąca szufelka metalowa do węgla nagle uniosła się w powietrze, przeleciała kilkadziesiąt centymetrów nad podłogą i upadła z hałasem koło kuchni. 4. Nie dotykany przez nikogo talerz porcelanowy (średniej wielkości), znajdujący się na stole, uniósł się nagle w powietrze, przeleciał niezwykle szybko pod sufitem kuchni i z trzaskiem rozbił się na przeciwległej ścianie. 5. Moja czapka futrzana, którą położyłem w pokoju na otomanie, również poderwała się nagle do góry, przeleciała bardzo szybko w powietrzu przez otwarte drzwi do kuchni, gdzie właśnie przebywałem, i uderzyła mnie w twarz. Pomimo, że uderzenie było gwałtowne, nie odczułem bólu z uwagi na rodzaj materiału czapki. 6. Po położeniu czapki na poprzednie miejsce, zjawisko to powtórzyło się, tym razem jednak czapka przeleciała nisko nad podłogą, uderzyła mnie w kolano i upadła w kuchni koło kredensu. 7. Następny fenomen był bardzo dziwny, kryjący w sobie zagrożenie. Gospodyni poczęstowała nas gorącą herbatą i postawiła trzy szklanki na stole w pokoju. Przebywałem wówczas w kuchni, Joasia siedziała na krześle ok. 1 m od stołu. Nagle jedna ze szklanek, pozostająca przez cały czas w polu mojego widzenia (drzwi z pokoju do kuchni są zawsze otwarte), poderwała się do góry, przeleciała niezwykle szybko koło mojej głowy, wylewając prawie całą gorącą herbatę na moje ubranie, część zaś na pobliską ścianę, a następnie rozbiła się z trzaskiem o kredens kuchenny. Pragnę podkreślić, że ani jedna kropla herbaty nie oblała mi twarzy, a także to, że na jasnym ubraniu, po wyschnięciu herbaty, nie powstała żadna plama. 8. Jakaś nieznana siła ściągnęła siedzącej na krześle Joasi pantofle z nóg i odrzuciła je daleko w przeciwległą część pokoju. 9. Joasia siedząca koło stołu na krześlem została niespodziewanie z niego zrzucona i częściowo wciągnięta pod stół. W ostatniej chwili zdołała zatrzymać się, chwytając się za jego blat. 10. Po wejściu Joasi do pokojum znajdującego się na pierwszym piętrze, gdzie mieliśmy przez pewien czas przebywać, z podwórza wpadły za nią przez niedomknięte drzwi dwa kamienie. Na podwórzu nie dostrzegliśmy nikogo, kto mógłby je wrzucić; wyjrzeliśmy przez okno natychmiast po upadku kamieni. Zastanawiająca była celność, z jaką przedmioty te przedostawały się przez wąską szczelinę. 11. Wykonany przez mgr Stefańskiego papierowy „rotorek Trommelina” przeznaczony do doświadczeń i postawiony na stoliku koło telewizora, znikł bez śladu i tego wieczoru nie mogliśmy go już nigdzie odnaleźć. 12. Kostka Rubika wykonana z plastyku poszybowała nagle w powietrze, przeleciała zygzakowatym ruchem pod sufitem i uderzyła mgr Stefańskiego w plecy. Uderzenie to nie było zbyt silne. 13. Jeden z moich kluczy od mieszkania, trzymany przeze mnie w kieszeni, mianowicie od zamka yale, został wygięty pod kątem ok. 90 stopni. Stwierdziłem to po przyjeździe z Sochaczewa do Warszawy. Opisane fenomeny, z wyjątkiem ostatniego, widziały oprócz mnie wszystkie wymienione osoby. Manifestacje telekinetyczne zachodziły w pełnym świetle dziennym, albo przy silnym oświetleniu elektrycznym, jedynie zjawiska wymienione w punktach 8. i 9. wydarzyły się w ciemności. (...)”.

Nieznana energia

Bugaj i Stefański twierdzą, że – na prośbę matki Joanny -  próbowali opanować niszczącą, nieznaną energię generowaną przez dziewczynkę. Ich zdaniem było to  typowe medium psychokinetyczne, które zamierzali ukierunkować i spowodować wyładowanie  energii w sposób zamierzony i  kontrolowany. W tym celu rozpoczęli serię doświadczeń. Jedna z tych prób polegała na powtórzeniu efektu psychokinetycznego Uri Gellera – izraelskiego iluzjonisty, który twierdzi, że ma zdolności paranormalne. Dzieci, oglądając w telewizji popisy Gellera, naśladowały go potem z powodzeniem. Stalowe łyżki i widelce pocierane palcami miękły.
Oto fragment protokołu z tego eksperymentu: „Joasia bierze do ręki aluminiową łyżkę stołową, trzyma ją za trzonek i lekko pociera go dużym palcem. Po kilku minutach łyżka wygina się w kierunku jej biustu, następnie z trzaskiem pęka, przy czym górna część całkowicie odłamuje się i upada na stół. Próba wykonana z widelcem, a następnie z łyżeczką od herbaty, przebiega w sposób podobny, lecz teraz następuje jedynie całkowite wygięcie w miejscu przewężenia trzonka”.
Wykonano dziesięć takich prób, i ponoć wszystkie zakończyły się pozytywnie: „Duże łyżki aluminiowe zawsze pękały, łyżeczki i widelce stalowe ulegały zaś całkowitemu wygięciu. Proces wyginania, zachodzący w pełnym świetle dziennym względnie elektrycznym, był zawsze poddany naszej obserwacji. Niekiedy wygięcie następowało natychmiast, „w oczach” górna część widelca lub łyżki opadała na rękę dziewczynki. Nigdy nie stwierdziłem żadnego wzrostu temperatury metalu. Proces wygięcia trwał przeciętnie 5-7 minut, czasami – pół godziny, rzadko zaś zachodził natychmiast. Z doświadczeń tych zostały sporządzone zdjęcia fotograficzne i filmowe. Zauważyłem, że podczas tych eksperymentów Joasia wpada – nie zdając sobie z tego sprawy – w lekki trans, choć na ogół zachowuje pełną świadomość. Powieki oczu częściowo zamykają się, dziewczynka staje się senna, a spod wpół zamkniętych powiek widoczne są tylko białka oczu”.
Tego co działo się w domu Sokołów nie da się jednak wytłumaczyć jedynie sugestią naśladowczą.
Szukano dla sochaczewskich zjawisk tłumaczeń naukowych i pseudonaukowych. Krzysztof Boruń – nieżyjący już badacz zjawisk nadprzyrodzonych, próbował w książce „W świecie zjaw i mediów” wyjaśnić w sposób  naukowy zjawiska, do jakich dochodziło m.in. w Sochaczewie.
 „Wszelkie próby wytłumaczenia tego rodzaju fenomenów, na podstawie klasycznej newtonowskiej fizyki, są zupełnie bezowocne. Pewne nadzieje zdają się rokować hipotezy rozwijające niektóre wnioski płynące z fizyki relatywistycznej i teorii kwantów, albo raczej próbujące pokonywać przeszkody, jakie one napotykają, tworząc modele oddziaływań polowych. Taką próbą jest np. hipoteza prof. dr hab. Arkadiusza Górala, dotycząca wewnętrznego mechanizmu fizycznego oddziaływań grawitacyjnych na poziomie mikroświata, i przyjmująca, że ładunek grawitacyjny związany jest ze strukturą subtelną cząstek elementarnych. „Jeśli prawdą jest, że ładunek grawitacyjny gromadzi się w zewnętrznej otoczce cząstki nazwanej przeze mnie subtelną, oznacza to, że istnieje możliwość oddziaływania na tę cząstkę i zmiany jej pola grawitacyjnego bez znacznego naruszenia energii tej cząstki” – wyjaśnia prof. Góral w rozmowie z autorami „Nieuchwytnej siły”, nie wykluczając, że „w wyniku pewnej konfiguracji pól, nawet elektromagnetycznych, można zaburzyć pola grawitacyjne w takim stopniu, iż spowoduje to określone zjawiska fizyczne, jak na przykład znacznie silniejsze niż zazwyczaj przyciąganie, odpychanie lub wręcz odpychanie zamiast przyciągania”.

 Dusze czyśćcowe

Zjawiska te  - patrząc na nie z innej perspektywy - pragnął wyjaśnić także biskup Zbigniew Józef Kraszewski, który wielokrotnie wracał w tej sprawie do Sochaczewa.
Druga wizyta biskupa  w domu przy ulicy Dalekiej, miała miejsce we wrześniu 1984 roku. Na Daleką biskup Kraszewski przybył w towarzystwie ks. Józefa Kwiatkowskiego oraz proboszcza z parafii Św. Wawrzyńca w Sochaczewie, ks. Henryka Franciszka Łupińskiego. Był również ks. dr Jerzy Lewandowski.
Na prośbę ks. Bp Zbigniewa Józefa Kraszewskiego, ks. proboszcza Jozefa Kwiatkowskiego od pierwszego września odprawiał codziennie mszę świętą za duszę zmarłego śp. Józefa Sokoła. Były to tzw. Msze św. Gregoriańskie, które miały trwać przez cały wrzesień. 14 września została odprawiona XIV Msza Święta Gregoriańska.
- W domu przy ulicy Dalekiej 11 poświęciłem wodę święconą i za pomocą tej wody poświęciłem cały dom. Zawiesiliśmy  w mieszkaniu poświęcone krzyże. Odmówiliśmy razem, ze wszystkimi zgromadzonymi kapłanami, specjalne modlitwy. Pomodliliśmy się razem ze wszystkimi tam obecnymi domownikami i odjechaliśmy do Warszawy. Według relacji księdza proboszcza, przerażające zjawiska od tego dnia zasadniczo uległy przerwaniu -   wspominał przed laty ksiądz biskup.
Wiele czasu minęło, zanim biskup Kraszewski  ponownie zjawił się w „w domu, gdzie straszy”. Tę wizytę biskup tak wspominał: „Było to 20 lutego 1986 roku. Mróz, śnieżyca, zawieja, śliska jezdnia uczyniły wiele dróg w tym dniu nieprzejezdnymi. Z wielkim trudem dotarliśmy do Sochaczewa. Najpierw odwiedziliśmy księdza proboszcza Franciszka Łupińskiego przy kościele św. Wawrzyńca w Sochaczewie, potem pojechaliśmy do księdza proboszcza Józefa Kwiatkowskiego przy kościele Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Boryszewie. Po obiedzie udaliśmy się na ulicę Daleką. Dom i mieszkanie nie było tak zdemolowane, jak uprzednio. Wnętrze zostało odnowione. W całym domu porządek. Poza mną byli obecni: ksiądz proboszcz Józef Kwiatkowski, ks. Prałat Antoni Wiśniewski, s. Teresa  z kurii metropolitarnej warszawskiej, s. Janina z Kurii Metropolitarnej Warszawskiej, mój kierowca i domownicy. Na początku poświęciłem mieszkanie i pomodliliśmy się. Rozmowę w formie wywiadu nagrałem na magnetofon. Notabene magnetofon sam się włączył, potem popsuł. Z relacji Hanny Sokół i jej dzieci wynikało, że w dniu 14 września 1984 roku zjawiska uległy przerwaniu, ale po pewnym czasie niektóre  sporadycznie się pojawiały. Były rzadsze niż dawniej i miały inny przebieg. Tak np. telewizor nie ulega zniszczeniu, ale przeciwnie potrafi się sam włączyć, kiedy w całym Sochaczewie nie ma prądu. Również radio działa bez zasilania”.
Asia Sokół opowiedziała wówczas, że „ten ktoś” działający niewidzialnie w ich domu, dawniej tylko pukał. Jednak teraz mówił ludzkim głosem i śpiewał. Próbkę tego śpiewu nagrano na taśmę magnetofonową: „Przerażający ton sprawia wrażenie, jakby pieśń wykonywało więcej osób, a nie jedna. Niestety później pieśni te same się anulowały na taśmie.  Nowym było również zjawisko pokazywania się małej, jakby dziecięcej rączki, która wychyla się zza wersalki i czyniła gest powitania. Mała Dorotka kilka razy przywitała się uścisnąwszy ową rączkę. Niestety, za ostatnim razem uległa oparzeniu! Rączka „zjawy” była gorąca!” – relacjonował biskup Kraszewski, który zwraca uwagę, że przypomina to „Muzeum Dusz Czyśćcowych” w Rzymie, gdzie istnieją ślady dłoni dusz czyśćcowych, odbite na różnych materiałach: „Te ślady wskazują, że dłonie były już nie tylko gorące, ale palące jak płomień. Ślady ich, bowiem są wypalone na materiale, którego dotykały” – wyjaśnia ksiądz biskup.
Podczas tej wizyty księża pytali, czy nie pomogłaby przeprowadzka z „nawiedzonego” domu? Okazało się, że nie pomagała. W czasie wyjazdów rodziny, zjawiska przenosiły się wraz z nimi. Tak było np. w Krakowie, dokąd matka z dziewczynkami wyjechała na jakiś czas.
Zdaniem domowników, „gość” chciał zaszkodzić rodzinie Sokołów, a w szczególności pani Hannie. Próbował ją nawet wrzucić do studni na podwórku. Poza tym „ten ktoś” przedstawiał się jako zmarły Józef Sokół, potem „Kosmita”, potem „Asia” lub mówił ludzkim głosem, że nie wie kim jest...
„Jest rzeczą wysoce nieprawdopodobną, aby tak przemawiała dusza zmarłego Józefa. Należy przypuszczać, że do działania zmarłego Józefa Sokoła dołączyły się duchy, które lubią czynić źle... Najprawdopodobniej, w stosunku do mieszkańców domu przy ulicy Dalekiej w Sochaczewie, wystąpiło tzw. zjawisko obsesji (obsessio). Zjawisko to różni się od opętania (possessio) tym, że nie dotyczy samego człowieka w jego władzach fizycznych i duchowych, ale  rzeczy i przedmiotów (np. domu), które go otaczają, stąd w języku francuskim istnieje termin „la maison is haunted” -  w tym domu straszy. Z punktu widzenia naukowego jest doświadczalnym dowodem na istnienie duchów. W czasach dzisiejszego materializmu, jest dobrą lekcją poglądową dla niedowiarków”  - stwierdził ksiądz biskup Zbigniew Józef Kraszewski.

Trauma dzieciństwa

Zjawiska te trwały co najmniej siedem lat. Występowały także poza domem na ulicy Dalekiej i dotykały nie tylko Joasi. Siostra jej ojca pewnego dnia zagubiła w swoim domu oliwiarkę od maszyny do szycia. Zirytowana podniosła wzrok do góry i zapytała zmarłego brata: - Ej ty, nie wiesz, gdzie ona jest?
 I w tej samej chwili na jej twarz spłynęły z góry krople oliwy. Podobnych zdarzeń było więcej. Wiele z nich udało się sfilmować m.in. Lechowi E. Stefańskiemu. Niestety nie wiadomo, gdzie obecnie znajdują się taśmy z zapisem tych zjawisk, które do dziś nie znalazły wyjaśnienia.
Wokół Joanny w tamtym czasie pojawiało się wiele osób. Takich, które były jej życzliwe, i tych, które pragnęły coś dla siebie ugrać.
 Czasami dochodziło do bardzo dramatycznych sytuacji. Takich, jak porwanie dziewczynki przez mieszkańców Wejherowa. Przeczytali oni o niezwykłych zdolnościach dziewczynki i postanowili wykorzystać ją do swoich makabrycznych celów.
W rodzinie tej zmarł mężczyzna, którego syn w tym czasie przebywał w wojsku i nie dostał przepustki na pogrzeb ojca. Nie to jednak go zmartwiło, lecz fakt, że bliscy pochowali go w garniturze, w którym miał schowanych kilkanaście tysięcy dolarów (wówczas był to ogromny majątek). O tym, że pieniądze są w marynarce, wiedział tylko syn będący wojsku. Rodzina nie mogła się pogodzić ze stratą fortuny i postanowiła przeprowadzić nielegalną ekshumację. Obawiali się jednak, że zmarły będzie się bronił przed opróżnieniem kieszeni. Wymyślili zatem, że zmarłego powstrzyma Joasia. W tym celu ją porwali i samochodem wieźli z Sochaczewa na cmentarz w Wejherowie. Jednak dziewczynce tuż przed celem podróży udało się uciec i powiadomić milicję.
Takich traumatycznych przeżyć miała Joasia w ciągu tamtych lat więcej.
Dziś pani Joanna jest prawnikiem i niechętnie wraca do wydarzeń sprzed lat. Jak mówi, w ogóle nie rozmawia na ten temat z mediami.
- To kontrowersyjny temat. Nie zależy mi, aby kogoś przekonywać, jak było i co się zdarzyło. Każdy niech widzi to na swój sposób. Dla mnie w tamtym czasie były to traumatyczne przeżycia. Ta sprawa dała mi jednak bardzo wiele. Po tym wszystkim jestem niezwykle silną psychicznie osobą. Mam inne spojrzenie na życie. Tamte wydarzenia pokazały mi coś, czego inni nie widzieli, o czym nie mają  pojęcia. Jestem pewna, że pomogło mi to w życiu. Dzięki temu, że poznałam wielu niezwykłych ludzi. Ale teraz odseparowałam się od tej sprawy. I nie chcę do niej wracać.

Janusz Szostak




więcej...

niedziela, 9 marca 2014

W strasznym domu w Sochaczewie (cz. I)

Był 1983 rok, gdy w pewnym domu w Sochaczewie zaczęły dziać się dziwne zjawiska. Z niewiadomych przyczyn przemieszczały się tu przedmioty, słychać było stukanie, dziwne głosy. Ludzi mówili o duchach. Zaś mieszkańcy domu, aby uniknąć tragedii, zmuszeni byli chodzić po mieszkaniu w kaskach motocyklowych. Wkrótce o tych tajemniczych zjawiskach usłyszała cała Polska i nie tylko. I każdy chciał to zobaczyć. Te dziwne zjawiska próbowali rozwikłać milicjanci,  parapsychologowie i duchowni. Nawet Lech Wałęsa przyjechał zobaczyć ducha.

„Na miejscu tłumy gapiów, ciekawskich, zabobonnych i podejrzliwych, czasem nawet agresywnych, osoby niezrównoważone psychicznie, aroganckie spirytystki podające się za „wysłanniczki innego świata” – czytamy w jednej z prasowych relacji.
Tajemnicze zjawiska pojawiły się domu Hanny Sokół w dwa miesiące po śmierci jej męża Józefa. Jeszcze siedem lat później „duchy” nie dawały za wygraną. Szczególnie upodobały sobie 11-letnią Joannę Sokół. Atakowały także jej siostrę Dorotę oraz ich babcię Mariannę Świątkowską.
Znamienne, że w obecności gospodyni, pani Hanny, zwykle nie straszyło. Pracowała wówczas jako rewidentka w zamrażalni warzyw i owoców. Zwykle do pracy chodziła na drugą lub trzecią zmianę. Poza domem przebywała zatem wieczorami i nocami. Właśnie wtedy w jej domu miały miejsce najdziwniejsze rzeczy.
- Odwiedzali nas wszelcy możliwi eksperci oraz duchowni. Chyba nikt nie jest w stanie nam pomóc – mówiła wówczas zrezygnowana Hanna Sokół.

Ze świata duchów

Tajemnicze zjawiska, jakie miały miejsce w Sochaczewie, zainteresowały także ks. biskupa Zbigniewa Józefa Kraszewskiego, który był w tym czasie wikariuszem generalnym archidiecezji warszawskiej.
- Kiedy w styczniu osiemdziesiątego czwartego roku byłem w Krynicy, wpadł mi w ręce „Express Wieczorny” zawierający artykuł „Straszny Dwór w Sochaczewie” - wspominał przed laty, nieżyjący już  biskup – Z tekstu zamieszczonego w gazecie wynikało, że w domu w Sochaczewie, po śmierci gospodarza dzieją się dziwne  rzeczy. Według pani Ireny, siostry nieżyjącego właściciela domu, dwa miesiące po pogrzebie coś zaczęło bębnić po ścianach. Potem kubły pełne wody same się przewracały. Z kredensu wylatywały szuflady, spadały garnki i czajniki, a taboret koziołkował przez kuchnię. Funkcjonariusze milicji przez kilka dni obserwowali nawiedzony dom. Podczas, gdy milicjanci czyhali w ciemnościach, w mieszkaniu sprzęty tańczyły jak oszalałe. Hałasy i łomoty zostały częściowo nagrane przez milicję na magnetofon. Sprowadzono księdza. Przybył tez radiesteta  z Warszawy, ale stwierdził jedynie niewielkie pasmo promieniowania, które nie ma związku z występującymi zjawiskami. Po powrocie do Warszawy sprawdziłem, że fakty opisane w gazecie nie są wytworem fantazji. Opowiedzieli mi o tym księża z Sochaczewa. Jednak postanowienie, aby odwiedzić „straszny dwór”, nie zostało prędko zrealizowane – dodał ksiądz biskup.
Dopiero w dniu 31 lipca 1984 roku nadarzyła się okazja. Biskup został zaproszony, aby odprawić pogrzeb zasłużonego kapłana, ks. Stefana Kankiewicza, w Trojanowie. Po Mszy św. pojechał do domu, w którym „straszy”.
– Znaleźliśmy się na ulicy Dalekiej z ks. Proboszczem Józefem Kwiatkowskim. Była obecna właścicielka domu pani Hanna Sokół. Później przyszła bratowa zmarłego, Irena Sokół - wspominał ksiądz biskup - Według mieszkańców domu, niesamowite zjawiska zaczęły się w grudniu. Najpierw pukanie. Później zaczęło się wyrzucanie szuflad, bicie luster. Węgiel unosił się w powietrzu. Doniczki spadały z okien. Właścicielka domu  skarżyła się, że nie było rzeczy, którą można by schować. Ubrania i buciki dzieci były porozrzucane. Dzieci szły do szkoły bez kapci, bez butów, bez swetra.
Irena Sokół, relacjonowała biskupowi zdarzenia z jej domu:  - Dzieci kiedyś jadły obiadek. I po obiedzie ja mówię: To na deser zrobię wam  kisiel. Ja poszłam. Ale tutaj przychodzi taki stryjeczny brat z rodziny. On krzyczy na moją mamę: Babcia zobacz czajnik się uniósł! Więc mama chciała ten czajnik zatrzymać. Była zima. Gotująca się woda. Czajnik spadł. On za chwilę patrzy i nie ma kisielu. Nawet i ten talerz z kisielem uciekł – opowiadała kobieta biskupowi – Proszę Biskupa, ja mam wszystko pobite. Proszę, to są odbicia, uderzenia. Tu nie mam szyby. Tu są gumowe. Gumowe też się zbijały i drżały. I myśmy też miały obrażenia ciała. Dorotka, jak ją uderzyło krzesełko, miała przeciętą głowę. Moja bratowa tak samo. Nic nie pomagało. Można było chować i nic. Wszystko się unosiło. Wszystko się wylewało. Myśmy nie mogły zjeść. Węgiel się wysypywał. A jak się wysypywał, to sam się nabierał na szufelkę z miałem i tak szurgał po całym mieszkaniu. Szklanki wszystkie spadały. Nie mam ani jednej szklanki, ani talerza. Wszystko pobite. Samo się pobiło. Również telewizor. Tu stał mój telewizor. Tutaj. Więc nie dość, że upadł i tu sobie tak wędrował po podłodze. A tu się zatrzymał. To było kiedyś wieczorem. Kiedyś krzesło się niosło i samo uderzyło w ścianę. Widać tutaj dziurę w ścianie. Wszystko poobijane. Tam znowu obicie po nożu. Tu też, jak krzesło się uderzyło. Wszystko się obijało o szafę. Jakieś pukanie o wersalkę. Nie wiem, co będzie. Teraz z kolei drze mi pościel. Ja niedługo nie będę miała na czym spać.
Były wypadki, że ludzie wchodzący do tego domu uciekali ze strachu, gdyż witały ich latające noże. Innym razem ubrania w szafie były pocięte jakby żyletką, a wszystkie guziki odcięte. Z guzików na podłodze ułożone było imię córki zmarłego ASIA.
Pewnego dnia zdesperowana pani Hanna Sokół poszła po zaświadczenie do Milicji Obywatelskiej, aby potwierdzono jej urzędowo i na piśmie, że mieszkanie zostało zdemolowane bez jej winy. Milicja odpowiedziała krótko i na temat: - Nie możemy wydawać zaświadczenia, ponieważ zjawiska są stwierdzone, ale przestępca nieznany.
Wtedy kobieta poszła do naczelnika miasta z nadzieją, że on jej pomoże. Po tej rozmowie przyszedł na ulicę Daleką ktoś z Rady Miejskiej, ale  z góry się zarzekał, że nie wierzy w takie bajki. Usiadł spokojnie i wtedy doniczka sama uniosła się w powietrze i uderzyła w ścianę obok jego głowy. Natychmiast uwierzył. Ale władza ludowa nic nie zrobiła, aby tajemnicze zjawiska wyjaśnić i  ulżyć Sokołom w koszmarze.

W strasznym domu

Jedynie Leszek Franaszek - porucznik MO, który w szkole Joasi Sokół był przewodniczącym Koła Rodzicielskiego, postanowił pomóc udręczonej rodzinie.
- Nie przychodziłem tak służbowo, ale z czystej ludzkiej życzliwości – mówi mi po latach - Chciałem pomóc tej rodzinie, która znalazła się w naprawdę nieprzyjemnej sytuacji. Zaczęło się od stuków, jakby za ścianą sąsiad pukał, tak to wyglądało. Ale nie pukał. Nagrywaliśmy te stuki na magnetofon.
Dawali je do odsłuchania wojskowym specjalistom od nasłuchów z lotniska w pobliskich Bielicach, ale oni nic nie słyszeli. Nagrania znikały.
- Nigdy nie widziałem czegoś równie przerażającego – wspomina Leszek Franaszek – Podczas jednej z moich wizyt, telewizor spadł ze stołu, pofrunął parę metrów i upadł na podłogę. Innym razem nóż kuchenny wyskoczył  z szuflady i wbił się w drzwi. Garnki, talerze, krzesła i inne sprzęty, fruwały bez niczyjej pomocy. Nie wierzyłem własnym oczom. Zamknięta kłódka opuściła skobel, przeleciała przez pokój, uderzając mnie w ramię. To znowu lecąca filiżanka zawróciła, gdy dotarła do mnie.
Długo by opowiadać o tym, co tam się działo. A trwało to kilka lat.
W tym czasie dom nachodziły tłumy ciekawskich, którzy koniecznie chcieli zobaczyć „ducha”. Gdyby nie Franaszek, roznieśliby wszystko w pył.
Dom wizytowali wszelcy możliwi eksperci. Nic nie znaleźli. Radiesteta z Warszawy Andrzej T. stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że dom stoi na zdrowym terenie.
Ciekawość przywiodła tam również Lecha Wałęsę, który odwiedzał mieszkającą w pobliżu siostrę, o czym jednak media nie wspominały. Po tej wizycie, rodzina Sokołów miała problemy z funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, którzy nie chcieli uwierzyć, że przywódca Solidarności siedział u nich w domu kilka godzin, aby zobaczyć „ducha”. Ponoć zobaczył. W tym czasie zainteresowanie Joasią przejawiały też służby specjalne, w tym wywiad wojskowy. Agenci działali jednak w białych rękawiczkach. Na co dzień dom przy Dalekiej nawiedzały tłumy ciekawskich gapiów.
- Każdy chciał się na to załapać. Tam się działy dziwne rzeczy i  ludzie chcieli to zobaczyć. Z ulicy wchodzili wprost do domu, albo szli do studni po „cudowną wodę"  – wspomina Franaszek  
– Chroniłem ich przed tymi oszołomami. Przyjeżdżało tam mnóstwo ludzi, wszyscy chcieli zobaczyć „ducha”. Mówiłem nieraz: „Jedziecie tu, to weźcie coś dla tych ludzi, im się wszystko w domu wytłukło, żadnej szklanki całej nie było”. Obiecywano im różne rzeczy, o których ja od początku wiedziałem, że są nierealne. Mamiono ich kłamstwami. Tak, jak Joasię wyjazdem do Japonii.
Niektórzy chcieli to zjawisko wykorzystać na swój sposób. Jedna ze szkolnych koleżanek Joasi ukradła rodzicom biżuterię. Sugerowała, że to Joasia ją przyciągnęła. Potem precjoza znaleziono nieopodal komendy milicji w Sochaczewie.
W szkole traktowano dziewczynkę  nieco jak dziwadło, niczym Carrie - bohaterkę horroru Stephena Kinga: - Jeśli chodzi o Joasię, to pamiętam tylko, że unikałam jej. Każdy się jej bał. A co się wtedy mówiło? Jak to dzieciaki, była jakaś ogólna panika i strach przed tym, co się wokół niej dzieje – wspomina szkolna koleżanka Joasi – Czasami na lekcjach pękały linijki albo cyrkle, zanim ich dotknęła. 
Mało kto wiedział wówczas o tym, że Joasia posiadała także jeszcze jedną nadzwyczajną umiejętność:  - Ona miała zdolność czytania przez zakrytą kartkę – relacjonuje Leszek Franaszek - Bawiłem się z nią tak, że pisałem np. „Konstantynopol”. Zawijałem kartkę kilka razy, a ona czytała zawsze bezbłędnie jej treść.
Pewnego dnia Joasia źle się poczuła, matka wezwała pogotowie. Przyjechał doktor Krystian S., ale Joasia nie chciała dać się zbadać: - Nie lubię cię! - krzyczała nie  wiedzieć czemu do lekarza. I wtedy – jak relacjonuje Leszek Franaszek - stała się rzecz dziwna:  - Z podłogi podniosło się krzesło, takie na metalowych nogach, wycelowało w lekarza i z impetem ruszyło w powietrzu w jego stronę. Doktor w porę się uchylił, bo pewnie by zginął na miejscu. To była taka siła, że to krzesło zrobiło sporą dziurę w ścianie!
Po chwili Franaszek zastrzega: - Nigdy, nikomu nic poważnego się nie stało. Chociaż latały tu naprawdę ciężkie rzeczy.
 Przemieszczały się między innymi: telewizor, maszyna do szycia, garnki itd. Zaś szczapy drzewa ganiały dzieci po podwórku: - To było już w nocy, na podwórku był nastoletni Włodek - kuzyn Joasi, ona i jej siostra Dorotka. Nagle, ze stosu drewna zaczęły unosić się szczapy, takie długie na metr i lepiej. Dolatywały do dzieci i biły. Zupełnie, jak bajkowe „kije samobije” – wspomina były milicjant – Nie można było nad tym zapanować. W końcu udało się wciągnąć dzieci do domu. Ja zostałem na zewnątrz. Na moich oczach dwa takie kije zablokowały drzwi,  układając się we framudze na krzyż. Z trudem je wyrwałem.

(ciąg dalszy nastąpi)

Janusz Szostak


więcej...

piątek, 12 lipca 2013

Polacy są skazani na sukces

Z Ewą Gajewską-Blaisdell, businesswoman z USA, rozmawia Janusz Szostak.

Ewa Gajewską-Blaisdell, wyjechała do USA w latach 70. XX wieku. Była pierwszą Polką pracującą w Dolinie Krzemowej. Była też pierwszym prezesem Compaq Polska. Obecnie prowadzi w Los Angeles nowe start upy medialno - technologiczne, współpracuje z elitami Hollywood nad produkcją filmów. Stworzyła platformę medialną AngelMobile, pozwalającą na transmisję kanałów telewizyjnych, będącą jednocześnie kanałem medialnym. W 2011 roku Ewa Blaisdell złożyła ofertę na zakup Polkomtela. Wspólnie z Krajową Izbą Gospodarczą założyła Polsko - Amerykański Instytut Nowych Inicjatyw.

Co skłoniło Panią przed laty do opuszczenia Polski i wyjazdu do USA?

Zostałam wychowana w duchu, że edukacja jest w życiu bardzo ważna. Takie przekonanie wpajała mi zarówno moja Babcia, jedna z pierwszych emancypantek profesorek, jak i moja Mama, która także uczyła młodzież. Moja rodzina wywodzi się ze szlachty, która straciła majątek w powstaniach. Aby się utrzymać, trzeba było mieć solidne wykształcenie. Ja studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim i miałam jedno pragnienie, zdobycia wiedzy ekonomicznej u źródła systemu - którego wtedy nie uczono w Polsce – gospodarki wolnorynkowej. Tak się złożyło, że wygrałam stypendium i wyjechałam, aby studiować w USA. Miałam ambicje, aby trafić do Doliny Krzemowej, która wtedy stawiała pierwsze kroki, jako centrum innowacji i nowych start upów. Poziom wiedzy, który wyniosłam z Polski, i wysiłek, jaki włożyłam w naukę, pozwoliły mi skończyć studia w ciągu 1,5 roku. Potem rozpoczęłam studia MBA na prestiżowym Seattle University.

To był dopiero początek Pani kariery. Jak potoczyły się Pani losy za oceanem?

Po skończeniu studiów, chciałam być jedną z pierwszych kobiet w USA, które będą zaangażowane we wdrażanie najnowszych technologii komputerowych oraz w ich marketing. Byłam zafascynowana rodzącą się potęgą rynku komputerowego. Chciałam zdobyć pozycję w najlepszej firmie i wybić się finansowo. Moje wykształcenie, postawa i polskie pochodzenie, sprawiły, że udało mi się pokonać 500 amerykańskich kandydatów. I otrzymałem propozycję pracy z najlepszej wtedy firmy komputerowej Hewlett Packard. Dostałam wówczas pensję 20 tysięcy dolarów miesięcznie. To, w 1978 roku, był majątek. W tamtym czasie mieszkanie w Warszawie kosztowało 2 tysiące dolarów.

Wróciła jednak Pani do Polski na pewien czas?

Tak się zdarzyło, że brałam udział w tworzeniu rynku komputerowego w Polsce. Prowadziłam dużą amerykańską firmę w Polsce. W latach 1993-1998 byłam prezes Compaq Polska.

Powiedziała Pani, że pomogło jej polskie pochodzenie. Wielu wyjeżdżających na Zachód Polaków stara się je ukryć.

Nie wiem, czemu wstydzą się Polski. Z takim podejściem wiele nie osiągną. Ja, w każdym razie na moim pochodzeniu tylko zyskałam. Pan Do Thomson z Hewlett Packard znał historię polskiej marynarki wojennej z czasów II wojny światowej. Powiedział mi, że jeśli mam tylko jedną tysięczną odwagi polskich marynarzy, to pokonam wszystkich. Zawsze dostawałam zadania typu „mission impossible”. Angażowano mnie, bym dokonała tego, czego nie potrafili poprzednicy. Takim działaniem było między innymi zdobycie przeze mnie w 1979 roku kontraktu dla HP na komputeryzację Boeinga. To było dla Hewlett Packard być albo nie być. Wcześniej nikomu to się nie udawało. Ja podpisałam kontrakt z Boeingiem po pół roku. Wymagało to ogromnego wysiłku i odwagi. To, co się wtedy wokół mnie działo - język, nowoczesne technologie, nowe sytuacje biznesowe, negocjacje, luksus, w którym to wszystko się odbywało - to było oszałamiające dla dziewczyny, która przyjechała z komunistycznej Polski. Ale wygrałam. Zaproponowano mi pozycję, którą sobie wymarzyłam jeszcze w Krzemowej Dolinie. Moja Mama opowiadała mi zawsze o słynnych Polkach, Marii Skłodowskiej Curie, Helenie Modrzejewskiej i jej synu, który był inżynierem odpowiedzialnym za zaprojektowanie Golden Gate Bridge. Jeszcze w Polsce marzyłam, aby mieszkać w San Francisco, w pięknym domu z widokiem na Golden Gate Bridge i być na szczycie. No i się spełniło. Byłam jak ryba w wodzie, super wyzwania, światowe kontrakty, podróże. Żyłam w luksusie, grałam w tenisa z Larry Elison (założyciel Oracle), spędzałam czas ze Stevem Jobsem i jego najbliższymi. Krzemowa Dolina była wtedy jeszcze mała i elitarna. Byłam już wtedy jedną z najlepiej opłacanych kobiet w USA. Udzielałam się w kręgach kultury i działalności charytatywnej. Moim planem było życie pełną piersią. I tak się stało.

Często jest tak, że sukces zawodowy nie idzie w parze ze szczęściem osobistym.

Pod tym względem jestem też spełnioną osobą. Poznałam w USA super przystojnego szefa jednej z firm, Rona Blaisdella, ojca mojego syna Granta. Syn urodził się w Kalifornii, ale mówi po polsku, zna polską historię, spędza czas w Polsce. Zresztą spotkał się pan z nim w Warszawie. Grant rozwija w Los Angeles firmę medialną. Obecnym moim mężem jest Marek Skarbek -Kozietulski, w którym mam wielkie oparcie. Wspiera mnie we wszystkich moich planach i działaniach. Przeprowadziliśmy się do Malibu, gdzie czuje się doskonale.

Pani przykład pokazuje, że Polacy mogą zdobyć wiele w USA. Jak osiągnąć tam sukces?

Nie wszyscy Polacy to potrafią. Często lądują w środowiskach polskich, bez integracji z wiodącymi środowiskami, z elitami amerykańskimi. Nie trzeba być milionerem, aby zacząć tam działać, budować biznes i swoją pozycję. Polacy często za nisko mierzą, osiągają na ogół małe sukcesy. Mimo, że są bardzo dobrymi przedsiębiorcami, to nie walczą o duże stawki. Ja to robię. Statystycznie wychodzi mi jeden deal na dziesięć. Ale trzeba mieć siłę, odwagę i kompetencje, aby walczyć. Trzeba penetrować środowiska finansowe, technologiczne, budować przedsiębiorstwa, które mają potencjał być wielkimi. I trzeba integrować się z Polską od samego początku. Bardzo wielu Polaków, którzy mają sukcesy w Polsce, nie osiągnęło wiele w USA. I powrócili do kraju, mając jednak jakieś powiązania w Stanach, jednak nie wykorzystują tego. Mało jest przebojowych sytuacji gospodarczych czy kulturalnych między Polską a USA. Dlatego staram się to zmienić, bazując na unikalnych cechach, które my jako Polacy mamy. Potrafimy stawiać czoła wielkim przeszkodom, mamy wielką odwagę, siłę charakteru. I potrafimy ponosić ryzyko, jesteśmy też przedsiębiorczy. Mamy wszystko to, co Ameryka wynagradza – do tego trzeba jednak dodać umiejętność zaistnienia tutaj na najważniejszych salonach biznesowo-kulturalnych. Robi się to imponując Amerykanom wizją, ambicją, życiorysem, który pokazuje odwagę, sukces i zasoby. Niezbędne często jest prowadzenie pewnego stylu życia, bywanie, uczestnictwo w ekskluzywnych konferencjach. Organizowanych aby ci, którzy osiągają duży sukces, mogli przebywać ze sobą. Ja jestem ostrożna w doborze wydarzeń, gdzie bywam i gdzie się pokazuję. Ostatnio byłam zaproszona na All Thing Digital – topowe wydarzenie inwestorsko-technologiczne, organizowane przez Wall Street Journal. Byli tam prezesi GE, Facebook, Google, Sony. Miałam tam lunch z Philem Molyneux - prezesem Sony, chciał się ze mną spotkać, gdyż jest głośno na temat moich ambitnych planów platformy medialnej, która również dotrze do Polski. Mój syn Grant pragnie, aby część obrotów i inwestycji trafiła do Polski. Nie jest to łatwe, bo współpartnerzy inwestycyjni w USA - na poziomie kapitału typu venture - nie mają zainteresowania nowymi przedsięwzięciami w Polsce. Brak jest zrozumienia dla rangi Polski, a przede wszystkim dla ogromnej inteligencji młodych Polaków, którzy mają pomysły na miarę Facebooka, brakuje im tylko kapitału i możliwości wyceny firmy po cenach start upów amerykańskich.

I tu się pojawia Pani idea pomocy młodym, zdolnym Polakom. Powstał z Pani udziałem Polsko-Amerykański Instytut Nowych Inicjatyw, mający otwierać młodym polskim przedsiębiorcom nowe możliwości w USA.

To jest celem naszego Instytutu, ale brak jest spójnego programu ze strony Polski, rządu polskiego czy nawet Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, aby zrobić uderzeniowe wrażenie w USA i zmienić oblicze Polski. I skupić się trzeba nie na dużych firmach, ale na lansowaniu młodych ludzi - wielkiego kapitału polskiego. który leży odłogiem i marnuje się. Trzeba zainwestować w młodych Polaków, którzy - w mojej opinii - nie tylko nie ustępują, ale i przewyższają wiedzą i inteligencją ich amerykańskich rówieśników. Ale mają całkowity brak zorganizowanego finansowania na dużą skalę. I brak wsparcia poprzez praktyczną pomoc, jak rozwijać model biznesowy dla ich firm. Młodzi Polacy mogą zmienić system ekonomiczno-polityczny, który jest nieadekwatny do możliwości międzynarodowych Polski. Naszemu Instytutowi chodzi o to, aby stworzyć system lansowania polskich start up bezpośrednio u najlepszych inwestorów amerykańskich. Pomoc z naszej strony polega na wsparciu wykształcenia nowego modelu biznesowego. I tymczasowego przeszczepienia start upów na ziemię amerykańską, aby miały odpowiednią wartość finansową. I możliwość dofinansowania. Tak, jak ich odpowiedniki amerykańskie. Nie chodzi o inkubatory, które się nie sprawdzają, ani o współpracę z uniwersytetami, która jest zbyt dydaktyczna. Chodzi o umiejętności zdobywania kontaktów, które w połączeniu z wiedzą dają możliwość rozwoju.
Potrzebne też jest dofinansowanie, aby był efekt. APINI ma trudną misję, ale to ma sens. W Polsce jedyne osoby, które wykazały tym zainteresowanie, to Karolina Opelewicz i Andrzej Arendarski z Krajowej Izby Gospodarczej. Niestety w Polsce królują staromodne wzorce biznesu, kreowane przez biznesmenów-celebrytów, z jakimiś tam fortunami, które kurczowo trzymają przy piersiach. Nie wykorzystując ich na rozwój młodych Polaków, tylko własnych dzieci i swojej fortuny.

Inwestuje Pani w media, w nowe technologie. Czym jest pani firma AngelMobile?

AngelMobile, to więcej niż firma, to również częściowo misja, eco-system, styl życia i inspiracja. Po odejściu z Comapq, po robieniu dużego biznesu, pieniądze przestały być dla mnie wartością atrakcyjną. Założyłam wtedy star upa, który w 2000 roku sprzedałam Sun Microsystems w Dolinie Krzemowej, Zrobiłam to w ostatnich godzinach przed krachem internetowym. Miałam wtedy wiele środków finansowych, i świat u stop – mieszkałam częściowo w Polsce, w Monte Carlo, Kalifornii, Indianapolis. Był 11 września 2001 roku. Warszawa – jestem w odwiedzinach w Polsce, moja mama dzwoni do mnie mówiąc: „Nowy York zaatakowany!”. Wieczorem z moim obecnym mężem jesteśmy na mszy z ambasadorem amerykańskim, modląc się o Stany Zjednoczone. Dzwonię do syna, następnego dnia lecę do Monaco na wcześniej zaplanowane spotkania z szefami firm telekomunikacyjnych. W Monaco zajmuję apartament należący do mojej rodziny. Jest obok kościoła katolickiego. Cały ranek widzę matki modlące się za dzieci. Cały świat nie wie, czego oczekiwać, ludzie czekają na telefony, na informacje. Modlę się w kościele, wychodzę. I nie słyszę, ale czuję w sobie głos, że finansowy sukces, wiedzę technologiczną, wyobraźnię, zasoby mam poświęcić wykreowaniu firmy, która zamieni ekran telefonów komórkowych w najistotniejsze miejsce do znalezienia siły przetrwania, duchowości, prawdziwych informacji a nie tylko rozrywki. Po kilku dniach lecę do Watykanu, spotykam się z Ojcem Ciro de Bendettini, odpowiedzialnym za media. Opisuję mu moją wizję AngelMobile, w której jest również służba Ojcu Świętemu. To zapoczątkowało moją współpracę z Watykanem. AngelMobile, to nie firma – przedsięwzięcie, to ściganie się z najnowszymi technologiami, aby wytworzyć nowy system medialny, nowe newsy u nowego źródła. Wykorzystuję AngelMobile, aby przygotować niezależne informacje. Mój mąż dr Marek Skarbek-Kozietulski, opracował niesłychane technologie publikacji dźwiękowo - filmowych. Powstały one w laboratoriach w El Segundo pod Los Angeles. Przygotowujemy AngelMobile pod nowe modele telefonów. Ostatnio spotkałam się ponownie z prezes Sony Electronic USA – Philem Molyneux, aby dyskutować współpracę marketingową, której budżet na starcie ma wynosić ponad 50 milionów dolarów.


Chciała Pani także przejąć Polkomtel. Niestety nie udało się to, właścicielem został Zygmunt Solorz. Czy nadal zamierza Pani inwestować w Polsce?

Polkomtel, to nie jest moja przegrana, to przegrana nas wszystkich a zwłaszcza młodych Polaków. W momencie złożenia oferty, wykorzystałam moją siłę dotarcia do największych miliarderów amerykańskich, takich jak John Malone i innych. Były negocjacje. Moja oferta bazowała również na udostępnieniu technologii AngelMobile i modelu biznesowego, który przekształciłby Polkomtel w międzynarodową firmę medialną. Moja oferta była uderzeniowa, mimo tego, że złożona po czasie. Rotschild, ING, Nomura dali mi możliwość konkurowania. Nie mogłam nadrobić jednak pustki wiedzy wśród miliarderów amerykańskich na temat Polski, wartości operowania w Polsce. Brak było adekwatnych materiałów na poziomie niezbędnym przy tego typu transakcjach. Patrząc z perspektywy czasu, to co sugerował ING, połączenie się z jednym z finalistów, być może nawet z Solorzem, byłoby najkorzystniejsze dla rezultatów dojścia do zewnętrznego kapitału i stworzenia międzynarodowego koncernu medialnego. Projekty związane z Polską mam jednak nadal w planach.

Chyba możemy to zdradzić naszym Czytelnikom, że jednym z takich projektów będzie reaktywacja Expressu Wieczornego, jako dziennika ogólnopolskiego, ale też jako przedsięwzięcia o znaczeniu międzynarodowym osadzonym w USA.

Ten projekt -realizowany przez wydawnictwo Milenium Media i AngelMobile - daleko wykracza poza papierową wersję gazety i poza granice Polski. Express Wieczorny w nowej odsłonie, to będzie duże medialne przedsięwzięcie, skierowane głównie na rynek amerykański. Oparte o nowe technologie i kapitał amerykański. Express będzie  adresowany do młodego odbiorcy, z zachowaniem ulubionych treści starszego pokolenia, które łączą się z tą popularną przed laty warszawską popołudniówkę. Chcemy połączyć nowoczesne technologie z tradycją Expressu. Dlatego istotne jest wzbogacenie wersji drukowanej o nowe   media, w tym również o kanał  stremaingowy. To bardzo nowatorski projekt. I pierwszy przypadek wejścia polskich mediów do USA, poza środowiska polonijne.

Mieszka Pani w Los Angeles, czy sąsiedztwo Hollywood wpływa na niektóre Pani plany? Głośno mówiło się o Pani projekcie fabularnego filmu o Skłodowskiej. Sugerowała Pani, że współproducentem filmu mógłby być Brad Pitt, a jego żona Angelina Jolie mogłaby zagrać jedną z głównych ról. Jakie są szanse na powstanie takiego filmu w Hollywood?

„Madame Sklodowska” – taki film powinien powstać jedynie w Hollywood, bo chodzi o pokazywanie całemu światu naszych osiągnięć. Jest na to szansa, gdyż platforma medialna - rozwijana przez mojego syna Granta - będzie stwarzała możliwości finansowania produkcji filmów poprzez korporacje, takie jak Intel czy Microsoft. Ja i Grant spotkaliśmy się w Paryżu z Romanem Polańskim, aby zainteresować go reżyserią takiego filmu. Musi jeszcze powstać w Hollywood wartościowy scenariusz, a to nie jest łatwe. Co do słynnej pary aktorskiej, którą Pan wymienił, to nadal jest możliwy ich udziału w tym projekcie.

Jest Pani osobą, która wiele energii poświęca pomocy innym. Udziela się Pani charytatywnie. Między innymi przed laty założyła Pani fundację wspierającą szpital dziecięcy na Litewskiej w Warszawie, pomagała Pani Operze Narodowej w Warszawie, polskim tenisistom i wielu innym. Czy warto pomagać innym? To wydaje się dziś być niemodne.

Niesienie wsparcia jest ostatecznym celem mojego życia. Staram się pomagać zarówno biednym, jak i tym potrzebującym wsparcia duchowego. Stąd także moje uparte powroty do tematów polskich, związane z poczuciem obowiązku. Jeśli nie zaczniemy działać teraz, to zaprzepaścimy historyczną szansę odbicia się wyżej I dla zdolnej, utalentowanej młodzieży polskiej, która teraz nie ma zbyt wielu miejsc, aby sprawdzić swoje zdolności. Ostatnio byłam na mszy w kościele Świętej Moniki w Santa Monica, ksiądz przypomniał w czasie kazania, że jedyną rzeczą, którą ze sobą zabieramy po śmierci, są dobre uczynki. I to te, które zrobiliśmy nie zabiegając o uznanie, pozycję czy wpływy, ale te ciche, skromne.



więcej...

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Janusz Szostak: Dziennikarze i gangsterzy

Lata 90. ubiegłego wieku, to był czas, gdy przestępcy mieli się w Polsce wyjątkowo dobrze. Także dziennikarzom nie brakowało tematów, bo życie dostarczało nam ich w nadmiarze.

Wówczas prowadziłem dział sensacji i reportażu - w popularnym wtedy Expressie Wieczornym. Pracowało tam wraz ze mną także kilku innych dziennikarzy Reportera. W tym czasie gangi mnożyły się niczym króliki - w każdym mieście i miasteczku - a my pisaliśmy na co dzień o ich dokonaniach. W pewnym sensie lansując poszczególnych watażków. Gdyż każda wzmianka w prasie podnosiła bandyckie notowania. Nie było wówczas Pudelka i popularnych obecnie tabloidów. Dziś pewnie chłopcy z ferajny staliby się celebrytami. Niczym matka Madzi.

Wtedy musiał wystarczyć im Express Wieczorny, od lektury którego wielu z nich zaczynało dzień. Zwłaszcza, że Ekspresiak - przez długi czas - ukazywał się po południu. A żaden szanujący się gangster - po nocy pełnej rabunków, gwałtów, wymuszeń i innych czynów karalnych - nie będzie zrywał się skoro świt, aby lecieć do kiosku po gazety. Około 13-14, to już co innego, a wtedy właśnie nasza gazeta trafiała do kiosków.

Czytali ją uważnie i zdarzało się, że telefonowali do nas z „reklamacjami”, że to o którymś napisaliśmy za dużo lub za mało. Rozgłos był dla nich ważny. Bez niego nie byłoby pewnie „Wołomina” i „Pruszkowa” w takiej skali, z jakiej znamy te gangi.

Były zatem przecieki od gangsterów do dziennikarzy. Zdarzało się też coś na kształt „ustawek” – między nami a zbójami. Jednak zawsze pisaliśmy, to tym co widzimy a nie o tym co chciano nam pokazać.

Kiedyś podczas spotkania z gangiem Łysego i Spławika z Żyrardowa chłopcy pogonili z restauracji, na naszych oczach, prokuratorów ze Skierniewic. Kilka dni wcześniej na tę knajpę zrobili najście w celu wymuszenia haraczu. A prokuratorzy przyjechali akurat w tej sprawie. Łysy po prostu ich wyprosil a oni grzecznie go posłuchali. I za moment gangsterzy opowiadali nam, jaką to pożyteczną robotę wykonują dla lokalnego społeczeństwa.

Z kolei podejrzewani o zabójstwo małżeństwa Jaroszewiczów pisywali do mnie nieco łzawe listy z kryminału. Pewnemu skruszonemu gangsterowi z Pruszkowa załatwialiśmy policyjną ochronę. Po tym, jak chcieli go odstrzelić kumple, gdy ze statku Jurata znikła ich kokaina o wartości 300 milionów złotych. Osławiony Dziad zaprosił nas do swojej willi w Ząbkach, gdzie przez moment usiłował nas wkręcić w handel lewym alkoholem na skalę masową.

Spotykaliśmy się z Pershingiem, Nikosiem, Klepakiem czy Masą (do tego jeszcze wrócę). Otwocki gangster o pseudonimie Żyd (szykował zamach na Pershinga) oraz kilku innych znanych zakapiorów (wszyscy nie żyją) zagrało nawet w telewizyjnej reklamówce z moim scenariuszem.

Bywało też, że przyczynialiśmy się do zatrzymania groźnych gangsterów. Tak jak Radosław Rzepka, który sprawił, że do celi trafił gang Andrzeja Kiełczyńskiego – byłego terrorysty izraelskiego i agenta CIA – wraz z jego bratankiem słynnym kilerem Albertem Kiełczyńskim ps. „Izraelczyk”. Tę sprawę przypominamy szerzej w pierwszym numerze Reportera.

W tamtych czasach byliśmy dość blisko przestępców. Nigdy jednak nie zdarzyło nam się z nimi bratać. Oni byli zbójami my reporterami. A to powinny być dwa odrębne światy. Niestety nie każdy rozumie te proste zasady.

Oto człowiek, który siedział za wymuszenia rozbójnicze zostaje redaktorem naczelnym popularnego tygodnika opinii. Zaś skruszony gangster Jarosław Sokołowski ps. Masa awansuje na felietonistę innego periodyku.

Jeszcze niedawno ten sam Masa dziennikarzy traktował z pogardą. Opisuje to choćby Helena Kowalik w relacji z procesu „Pruszkowa”: „Odpowiadający na pytania adwokata, to najbardziej znany świadek koronny w Polsce, Sławomir S. ksywa Masa. Nie życzył sobie obecności pismaków, jak nazwał reporterów sądowych, na sali rozpraw…”.

Dziś sam pragnie być pismakiem.

Co ciekawe redaktor Helenie Kowalik nie przeszkadza, że pisuje z nim w jednym czasopiśmie. Może nie potrwa to jednak długo, gdyż jak słyszałem Masa marzy, aby zostać policjantem.

Kto wie, może go i tam przygarną?

My w każdym razie - tak, jak dawniej pozostajemy dziennikarzami.

Janusz Szostak

fot. Grzegorz Boguszewski
więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top