Propaganda może zdziałać cuda. Wiedzieli o tym wszyscy dyktatorzy, dlatego nie żałowali pieniędzy na tworzenie fikcji. Stalin np. gdy w kraju panował głód i terror, kazał kręcić krótkie filmy o tym, jak to kolejna huta przekracza wszelkie rekordy, a więźniowie w łagrach mają czyste ubrania, na śniadanie zupę mleczną, opiekę medyczną. Człowiek radziecki jak to widział, to szlag go trafiał, gdyż sam tyrał przez cały dzień, chleb miał reglamentowany a na karku NKWD.
Chodziło o to, aby obywatele znienawidzili aresztowanych. Łatwiej było potem usprawiedliwić śmierć „wrogów ludu”. Propagandę znamy też przecież z PRL, kiedy to kroniki filmowe pokazywały urocze pochody pierwszomajowe, a Monika Olejnik tropiła sprzedajnych właścicieli punktów skupu butelek, których oskarżała o kryzys.
Wydawało się, że ten okres już za nami. Tymczasem z przerażeniem ujrzałem w mediach reklamę… PKP. Reklamówki pokazują eleganckich, uśmiechniętych pracowników w nowoczesnym taborze, bogatą infrastrukturę. No po prostu porządek, jak w Niemczech jakichś.
Dobrze, że tych reklam nie puszczają na małych stacyjkach, na których ludzie czekają po kilkadziesiąt minut na przepełniony, opóźniony pociąg, na mrozie i bez żadnej informacji. Bardzo jestem ciekaw, ile PKP wydało na tę fikcję? Pewnie wystarczyłoby na uratowanie niejednej linii kolejowej, bez której kolejne miejscowości powoli zamierają.
Tomasz Połeć







