Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia pruszkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia pruszkowska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2015

Załatwiliśmy ochronę gangsterowi

To był jeden z największych przemytów narkotyków do Polski. Kartel z Cali - we współpracy z „Pruszkowem” - wysłał statkiem do Gdyni ponad tonę kokainy. Jej rynkowa wartość wynosiła wtedy 212 milionów funtów brytyjskich! Narkotyki nie dotarły jednak na miejsce. Wówczas Kolumbijczycy zagrozili „pruszkowiakom” śmiercią. Wtedy nieświadomie zorganizowałem ochronę policyjną jednemu z głównych organizatorów przemytu. 


Był 20 listopada 1993 roku, gdy kontenerowiec Polskich Linii Oceanicznych m/s „Jurata" wypłynął z portu La Guardia w Wenezueli  do Gdyni. 24 stycznia 1994 roku statek zawinął do niewielkiego portu Birkenhead, pod Liverpoolem, i tam zainteresowały się nim  brytyjskie służby celne. Wśród innych ładunków znajdowało się 49 beczek z lepikiem i dachówki dla firmy Med-Glob, ze wsi Majdan koło podwarszawskiej Wiązowny. Podejrzenia Brytyjczyków wzbudził fakt, że koszty transportu lepiku i dachówek były wyższe niż wartość samego towaru. Już 25 stycznia brytyjska policja poinformowała polskich kolegów, że na statku „Jurata” znaleziono 1190 kilogramów kokainy. Wartej wówczas 212 milionów funtów.
Statek popłynął do Polski już bez narkotyków. Na początku lutego 1994 roku „Jurata” wpłynęła do portu w Gdyni.  Tu po ładunek przyjechał  Krzysztof O.  pełnomocnik firmy Med-Glob.  W porcie kręcili się już funkcjonariusze UOP, policjanci oraz gangsterzy z „Pruszkowa”, do których należała ta przesyłka. Ci ostatni byli pewni, że towar – dotarł do kraju.

„Pruszków” traci fortunę

Jak się okazało po latach, mózgiem tego przemytu był Leszek D. ps. „Wańka”. Ponoć, stracił na tej akcji milion dolarów. „Wańka” całą operację organizował przy pomocy Tadeusz S., z którym znał się od dziecka, oraz Adama U. - ojca chrzestnego syna Tadeusza S. Na początku lat 90. Adam U. wyjechał  do Ameryki Południowej. A za nim podążył Tadeusz S. To oni pomogli „Pruszkowowi” w nawiązaniu kontaktów z kartelem z Cali.
Kokaina z „Juraty” była faktycznie własnością kolumbijskiego kartelu  i miała trafić przez Polskę do Europy Zachodniej. Przemyt narkotyków organizowała i ochraniał grupa pruszkowska. Jako honorarium za usługę gangsterzy z „Pruszkowa” mieli zatrzymać kokainę wartości około 30 milionów dolarów.
Jak twierdzą wtajemniczeni, ten transport był od początku ubezpieczony. Jednak nie polisą, lecz głowami Adama U. i Tadeusza S. Gdy kokaina przepadła, obaj znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie. Jednak udało im się uniknąć śmierci. Zagrożeni byli też „pruszkowiacy”. Gdy doszło do wpadki, wówczas do Polski mieli  przybyć wysłannicy kartelu z  Cali, aby rozprawić się z „Pruszkowem”.

Oddaj 30 milionów!

Krzysztof  O.  – do  którego adresowany był transport kokainy - mieszkał w  Piasecznie. Zaledwie od 1 października 1993 roku prowadził niewielką firmę zajmującą się między innymi handlem materiałami budowlanymi. Magazyny znajdowały się w Majdanie koło Wiązowny. Tam miała tam trafić, zamówiona w Wenezueli, dostawa dachówek i kleju w beczkach: - Pierwszy raz zamówiłem towar w tym kraju – mówił nam wówczas - Niecierpliwiłem się, że rozładunek „Juraty” przedłuża się. Były pogłoski, że na  statku znajdują się narkotyki, ale traktowałem to jako żart.
W końcu towar załadowano na ciężarówkę i ruszyła ona do Warszawy. Krzysztof O. twierdził, że tir z dachówkami i klejem był pod obserwacją: - Od Gdyni jechały za transportem te same samochody.
Kilka dni później do jego firmy miał zgłosić się nieznany nikomu osobnik. Twierdził, że ma odebrać część towaru. Właściciela nie było wówczas na miejscu i pracownicy odmówili wydania beczek.
Od tego momentu – zdaniem Krzysztofa O. - zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Wokół firmy kręcili się podejrzani mężczyźni. Którejś nocy poderżnięto gardło psu pilnującemu magazynów.
Apogeum nastąpiło na tydzień przed Wielkanocą 1994 roku. Około godziny 22.00 Krzysztof O. jechał swoim mitsubishi z Warszawy do Piaseczna: - W pewnym momencie zobaczyłem volkswagena z kogutem na dachu – opowiadał nam 21 lat temu – Kierowca dawał mi znaki, żebym się zatrzymał. Myślałem, że to policja i zjechałem na pobocze.
Według jego relacji w  volkswagenie było kilku mężczyzn. Jeden z nich wysiadł z samochodu i podszedł do mitsubishi. Krzysztof  O. nie wyłączył silnika, jedynie opuścił szybę.
- Przekręciłeś nam towar za 30 milionów dolarów – warknął napastnik.
- Jakie dolary, jaki towar?- zapytał zszokowany przedsiębiorca.
W tym momencie bandyta wyjął pistolet z tłumikiem: - Nie rżnij idioty. Masz wybór, życie albo 30 baniek! -  i wymierzył do niego z broni. Krzysztof O. rzekomo podbił pistolet do góry. Doszło do krótkiej szarpaniny, w trakcie której padły dwa strzały.  Jedna z kul ugodziła  mężczyznę  w udo. Mimo bólu nacisnął na gaz i odjechał. Za plecami  usłyszał jeszcze kilka strzałów. Pocisk przebił szybę auta.
Ranny mężczyzna pojechał wówczas do Komendy Rejonowej Policji w Piasecznie, gdzie złożył zgłoszenie o napadzie. Policjanci uznali zdarzenie, jako typowy rozbój. Karetką pogotowia przewieziono go do Konstancina, gdzie udzielono mu pomocy lekarskiej. Później sprawę przejęła policja na Ochocie, bowiem napad zdarzył się na terenie tej dzielnicy.

Ochrona dla gangstera

Kilka dni później Krzysztof O. poprosił o pomoc mnie oraz Radosława Rzepkę – wówczas byliśmy dziennikarzami Expressu Wieczornego. Szukał dla siebie ratunku po tym, gdy okazało się, że kokaina zniknęła z „Juraty”.
Mówi nam, że nigdy nie miał nic wspólnego z narkotykami. Ponoć nie wiedział, że został wciągnięty w brudne interesy „Pruszkowa”: – Znajomy polecił mi firmę w Wenezueli sprzedającą materiały budowlane. Nie sądziłem, że to tak się skończy. Czuję się zagrożony, boję się o życie swoje i rodziny. Codziennie  otrzymuję telefoniczne pogróżki. Powiedziano mi, że mam tydzień na oddanie narkotyków lub pieniędzy. A ja w ogóle  nie wiem, o co tu chodzi! – twierdził wówczas i prosił abyśmy pomogli mu uzyskać  do policji o ochronę. Co udało nam się załatwić niemal od razu, przez Komendę Główną Policji.
 Kilka razy odwiedzaliśmy Krzysztofa O, w jego mieszkaniu w Piasecznie. Mieszkał z rodziną na czwartym (ostatnim) piętrze niepozornego bloku. Na schodach, pod jego drzwiami zawsze dyżurowało co najmniej dwóch antyterrorystów. Dwóch innych siedziało w samochodzie przed domem.  Ochraniali go także gdy poruszał się po mieście. Nie jestem jednak pewien, czy byli to w pełni profesjonalni funkcjonariusze. Gdyż jeden z nich postrzelił się z własnej broni, bawiąc się nią na schodach, pod drzwiami Krzysztofa O. Innym razem funkcjonariusz wjechał w jego samochód, gdy jechał do Warszawy.
Minęło kilka lat zanim śledczy wyjaśnili, kto był organizatorem przemytu kokainy. I zanim okazało się,  jak w tym wszystkim była rola Krzysztofa O. Na pewno  nie był on  niczego nieświadomym biznesmenem. 
Przez 8 lat polskie organa ścigania czekały na odpowiedź od wenezuelskich władz na temat umowy zawartej między Med-Globem a wenezuelskim sprzedawcą lepiku. W tej sprawie wysłano dziesiątki monitów, nie obyło się beż interwencji Ministerstwa Spraw Zagranicznych i polskiej ambasady w Caracas.
Po latach okazało się,  że Med-Glob, to była fikcyjna firma, założona wyłącznie na potrzeby przemytu kokainy. Nikt nie prowadził w niej prac biurowych, nie wysyłano żadnych pism. Poza tym jednym, dotyczącym  zakupu dachówki i masy bitumicznej w Wenezueli.
Krzysztof O. – udając niewinnego - oszukał nie tylko nas, ale zapewne także policję. Ale kto wie, może udało nam się uratować go przed gniewem kumpli z „Pruszkowa” albo nawet gangsterów z Cali? 
W każdym razie prokuratura oskarżyła go o przemyt narkotyków i wraz z 8 innymi gangsterami trafił na ławę oskarżonych. Najpoważniejsze zarzuty postawiono właśnie Krzysztofowi O. oraz Leszkowi D. „Wańce". Obaj w 2004 roku - wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie - zostali skazani na 8  lat pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał w mocy oba wyroki.
- Nie ma i dotąd nie było takiego przemytu kokainy -  stwierdziła w uzasadnieniu wyroku sędzia Grażyna Wasilewska-Kloc.

Janusz Szostak

Na zdj. statek Jurata

Ten oraz wiele innych, równie ciekawych tekstów można znaleźć w ostatnim wydaniu magazynu kryminalnego REPORTER
więcej...

wtorek, 7 października 2014

Ostatnia cesarzowa Pruszkowa

Gdy wchodziła na salę sądową, tylko konwój policji zdradzał, że przybywa tu z aresztu śledczego. Monika B., ps. „Słowikowa”, oskarżona o m.in. kierowanie grupą przestępczą, schedą po byłym mężu Andrzeju Z. „Słowiku”- bossie mafii pruszkowskiej. Dumnie wkroczyła na salę rozpraw - wypinając pierś niemałych rozmiarów - w 15 centymetrowych szpilkach, prezentując nową blond fryzurę uformowaną w loki.

Aktowi oskarżenia przyświeca główna myśl, za którą ów akt podąża, że ta niewielkich rozmiarów elegancka kobieta trzęsła chłopami. I to nie ułomkami, o czym zebrani niezbyt licznie mogli się przekonać 10 września - podczas pierwszej rozprawy Moniki B. Wystarczyło popatrzeć  na współoskarżonych w liczbie siedmiu.
Na szczególną uwagę zasługiwały potężnych rozmiarów muskuły Roberta G. ps. „Gmurek”, Wojciecha P. ps. „Puchacz” oraz Pawła P. ps. „Pasztet”. Pierwszy z nich przybył z aresztu śledczego na Białołęce, drugi i trzeci - z zakładu karnego, gdzie odbywają już karę za inne występki. Z wolnej stopy odpowiadali pozostali członkowie grupy „Słowikowej”, jak nazwano biznes pani Moniki w akcie oskarżenia, czyli Jacek K., Jacek S. ps. „Szajba”, (- Ja w ogóle nie wiem, co ja tu robię! – zaintonował oskarżony i zgłosił potrzebę co półgodzinnego oddalania się z sali rozpraw z powodów zdrowotnych), Grzegorz M. ps. „Gregor” (trener i pięciokrotny najlepszy sędzia rugby w Polsce, do dziś pracujący w Polskim Związku Rugby). Nie przybył ostatni oskarżony Adam K. ps. „Szuwar” (jego sprawę wyłączono do odrębnego rozpatrzenia). „Gmurek” i „Puchacz” mieli być siłą napędową grupy (zajmowali się głównie narkotykami), „Gregor” - wykonawcą zleceń szefowej. Reszta miała skutecznie symulować, za namową Konrada T.  – legendarnego w środowisku gangsterskim „prawnika” (jak się potem okazało – łebskiego rolnika) - różnego rodzaju choroby, unikając tym samym wymiaru sprawiedliwości. Prokurator Dariusz Romańczuk nie ma wątpliwości, że za wszystkimi transakcjami, pośrednikami i rozmowami stała Monika, choć ta w zeznaniach z 2013 roku podważała wiarygodność oskarżenia wykrzykując: - Ja jestem kobietą i to jest śmieszne, żeby taka kobieta jak ja, mówiła mężczyznom, co mają robić! 

Tylko żona

Dzień, który odmienił życie Moniki B., wypadł na 13 czerwca 2013 roku. To wówczas, o 6. rano funkcjonariusze CBŚ postanowili zakończyć sielankowe życie „Słowikowej” i wkroczyli do jej mieszkania na warszawskim Ursynowie, skuwając ją oraz zastanego w samych slipach „przyjaciela rodziny” niejakiego Philippa S. – C., obywatela USA i Niemiec. Mimo że akt oskarżenia dotyczy przestępczej działalności w latach 2001 – 2005, zatrzymania członków grupy dokonano dopiero w 2013 roku. O sens i czas tego zatrzymania, pytała w trakcie rozprawy sama oskarżona: – Okres mojego zatrzymania nastąpił na 2 miesiące przed wyjściem mojego męża („Słowika” – przyp. red.) na wolność. To aresztowanie było, kolokwialnie mówiąc, na zamówienie – dramatycznie argumentowała. To głównie zeznania byłego kochanka Moniki, Romana O. ps. „Sproket” pogrążyły całą grupę. Dowody, jakie wyjawił ten były ochroniarz „Masy”, Monika B. - podczas pierwszego przesłuchania 13 czerwca - bagatelizowała i  zanosiła się histerycznym płaczem, żywo gestykulując: - Kto mnie w to wrabia?! To są ludzie, którzy mają przestępstwa na koncie, ja jestem tylko żoną Andrzeja! - wykrzykiwała w poczuciu krzywdy. Gwoli wyjaśnienia, w 2013 roku żoną Andrzeja „Słowika” już nie była, rozwód wzięli w 2008 roku.
- Nie mam korzeni prasko – gangsterskich! Moim zdaniem te zarzuty są absurdalne – broniła się. To, że została oskarżona, jest według niej pokłosiem jej kontaktów z dawnymi kolegami byłego męża, którzy się do niej zwracali o pomoc. Postrzegali ją jako osobę wpływową.
- Okazało się, że Słowikowa sprawuje kontrolę nad dość dobrze zorganizowaną grupą przestępczą - zeznał „Sproket”. Z jego relacji wyłania się ustrukturyzowana tkanka przestępcza, podzielona na dwa piony. Na czele – oczywiście Monika B., poniżej – osoby bezpośrednio wykonujące jej rozkazy (Dominik L., Leszek S. ps. „Czarek”, Dariusz A. ps. „Wieża”). Pierwszym pionem była tzw. „gangsterka” (głównie byli pruszkowscy) trudniąca się przede wszystkim ściąganiem haraczy z „punktów”, handlem narkotykami, głównie kokainą. Nad tą grupą do czasu władzę sprawował „Słowik”, który osadzony w Hiszpanii codziennie dzwonił do Moniki z poleceniami. Drugi pion zajmował się szeroko pojętą przestępczością gospodarczą, obrotem fałszywymi fakturami, bezprawną windykacją rat leasingowych i wymuszeniami zwrotu długów (tzw. „odbiorami na Słowika”), organizowaniem fałszywych małżeństw Polaków z obywatelami państw azjatyckich, oraz załatwianiem lewej dokumentacji medycznej (tu brylował Konrad T., dziś także świadek koronny m.in. w tej sprawie).
Sproket dołączył do grupy „Słowikowej” około 2001 roku, po odejściu z gangu „Skwary”. Osobiście był świadkiem bezpośredniego odbioru przez Monikę pieniędzy z kilku agencji towarzyskich. Jako orbity tych dwóch pionów, występowali Konrad T. czy adwokat Andrzej B. (dziś poza palestrą), oraz mecenas D. (także wydalony). Grupa „Słowikowej” nie rezygnowała z żadnego sposobu zarabiania pieniędzy. Zakres działalności był bardzo bogaty i niezmiernie zróżnicowany.
Leszek S. ps. „Czarek” był specjalistą od zaniżania wartości celnej sprowadzanych towarów, np. różnego rodzaju chińskich wyrobów.

Jak hartowała się stal

Żołnierzy Monika miała już zaprawionych w boju w latach 90., kiedy prym wśród grup przestępczych wiódł jej mąż, Andrzej Z. ps. „Słowik”. Gdy po raz kolejny dosięgła go  ręka  sprawiedliwości, Monika postanowiła, że dzieło męża nie zostanie zaprzepaszczone. Dlatego tak ważne były stare kontakty. Miała w kim wybierać – „Lulu” to lojalny pracownik Słowika, który trzymał rękę na pulsie handlu sprowadzaną z Hiszpanii kokainą.
Niekwestionowaną podporą grupy był do 2005 roku „Sproket” (wpadł w 2007), co prawda człowiek „Masy”, ale wychowanek „Pruszkowa”. Dość wdzięcznie opisuje on rozliczne rodzaje działalności przestępczej grupy Moniki. Jedną z nich było odzyskiwanie wierzytelności w imieniu przedsiębiorstwa leasingowego będącego pod zwierzchnictwem „Słowikowej” i Dominika L. (swego czasu także kochanka Moniki B.). Był to Fundusz AML Leasing. W imieniu funduszu „Sproket” osobiście przeprowadzał windykację, potem tę część działalności przejął „Gregor”, który w tym czasie miał firmę zajmującą się m.in. odzyskiwaniem długów. Podział ustalono w relacji 50 na 50 – połowa do kieszeni grupy, druga – do firmy leasingowej. Dodatkowo Dominik L. brał lewe kredyty, a pieniądze wyprowadzał do zagranicznych banków, wykorzystując przy tym kontakty znanej malarki Joanny S., żony nie mniej znanego celebryty Jarosława J.
Kolejną dochodową działalnością było pośrednictwo handlu kradzionymi samochodami. Tę działkę nadzorował Paweł P. Sprzedawał je na własną rękę jako tzw. „sztuki” – samochody stanowiące przedmiot leasingu, obarczone zaległościami leasingowymi. Zgłaszał je następnie jako kradzione, a ubezpieczyciel regulował zaległe obciążenia finansowe. Z działalności pionu gangsterskiego, oprócz wyłudzeń i odzysków na „Słowika” - czyli zbierania mniej lub bardziej fikcyjnych długów, które osoby miały w stosunku do siedzącego szefa „Pruszkowa” - przytoczyć warto działalność polegającą na usunięciu z listy, osób przeznaczonych do porwania dla okupu. Lista taka, przygotowaną przez grupę mokotowsko-szkatułową, w owym czasie krążyła po Warszawie. Jedną z osób z listy, do której pojechała Monika ze „Sproketem”, miała być Marzena G., żona ukrywającego się dziś zagranicą gangstera Janusza G. Za zdjęcie z takiej listy, Monika i „Sproket” liczyli sobie oczywiście „prowizję”.
Jedną z ważniejszych działalności było „komercyjne świadczenie usług polegających na podejmowaniu działań ukierunkowanych na polepszanie sytuacji procesowej osób, które znalazły się w obszarze zainteresowań organów ścigania”- jak precyzyjnie nazwał ten rodzaj działalności grupy, „Sproket”. Metodę opatentowali, mecenas Andrzej B. wraz z Konradem T. Monika spotykała się z osobami mającymi na pieńku z wymiarem sprawiedliwości m.in. w „Cafe Paragraf” (notabene naprzeciw Sądu Okręgowego w Warszawie, w którym dziś toczy się proces). Panowie T. i B. załatwiali niezbędną dokumentację medyczną, nie mniej ważne były jednak cenne wskazówki, co połknąć przed rozprawą, aby się rozchorować, czy jak symulować schorzenie wymyślone na potrzeby danego delikwenta. Grupa zarabiała na prowizjach za pośrednictwo. Krążyła legenda o wpływowych kontaktach i znajomościach Konrada T. wśród lekarzy, sędziów, prokuratorów. W latach 2001-2006 z tytułu tego świetnie prosperującego biznesu Konrad T. osiągał dochód miesięczny w wysokości 100 tysięcy złotych, z czego Monika za pośrednictwo brała 20-30 procent jego doli (jak zeznał Konrad T.). Opowieść „Sproketa” kończy się na 2006 roku, kiedy to Monika B. zmienia kochanka i partnera biznesowego, na rezydenta rosyjskiej mafii w Warszawie – niejakiego Wladysława S. ps. Wadim.

Szlak narkotykowy

W latach 2002- 2004, bardzo ważnym przedmiotem działalności grupy był handel narkotykami, które sprzedawano tylko znajomym osobom, by minimalizować ryzyko wpadki „Słowikowej”, jako jedynej kontynuatorki dzieła męża. Tym sposobem pośredniczyła m.in. w sprzedaży 5 kg kokainy niejakiej Kindze z Krakowa (żonie „Pyzy” – gangstera, który siedział wraz ze „Słowikiem” w Hiszpanii). Narkotyki pochodziły z zapasów grupy mokotowskiej, a kokaina była porcjonowana przez „Mokotów” i zakopywana w różnych częściach lasu.  W rozmowach pomiędzy grupą „Słowikowej” a „Mokotowem, aktywnie uczestniczył „Gregor”. Zakupiony towar został przekazany bezpośrednio przez Monikę. Zysk Moniki i „Sproketa” z tej transakcji wyniósł 4 tysiące USD, z czego tysiąc wypłacili „Gregorowi”. Istotne znaczenie dla grupy, miało skojarzenie „Gmurka” i „Szuwara”. Ten drugi  miał komponent do wytwarzania amfetaminy (BMK), „Gmurek” zaś rynek zbytu. Na tym biznesie grupa dostawała od 500 do 1000 USD od każdej transakcji.
 Trwały też przygotowania do wypłynięcia na szersze wody – przygotowywali się do przemytu narkotyków z Holandii m.in. tzw. „piegusa” – czyli mieszanki heroiny ze sprasowanym haszyszem. W tym celu przerobiono samochód taksówkarza o pseudonimie „Lisek”, który miał być kurierem. Temat spalił na panewce, urwał się kontakt z Fifosem - byłym konsulem greckim, ojcem chrzestnym syna „Słowików”. Fifos umożliwiał zorganizowanie szlaku przemytniczego dla podrabianych papierosów z Polski do Europy Zachodniej i kokainy do Polski. Grupa ponadto czerpała korzyści z interesu pilotowanego przez Ludwika M. ps. „Lulu”, czyli handlu kokainą sprowadzaną przez Hiszpanię z Ameryki Południowej. Narkotyki płynęły do Polski drogą morską, prywatnym jachtem, którym często podróżował mecenas D. ps. „Dzidek” (ówczesny adwokat „Słowika”).  Monika w tym czasie często bawiła w Hiszpanii, odwiedzając męża w areszcie. Przewoziła pieniądze w znacznej kwocie (100 tysięcy euro) jakoby na mecenasa męża.
-„Słowikowa” oklejała się ciasno ułożonymi banknotami, na to nakładając bieliznę i ubranie. W oklejaniu ciała sam jej pomagałem – zeznał „Sproket”.

Linia obrony

W trakcie dwóch jawnych rozpraw, które dotychczas się odbyły, sędzia Marek Celej odczytywał protokoły zeznań Moniki B., z których wynika, że wiedziała o narkotykowej działalności „Puchacza” (współoskarżonego), znała szczegóły kontaktów „Sproketa” i „dłużników” oraz aktywnie uczestniczyła w kojarzeniu osób unikających odpowiedzialności karnej z „mecenasem” Konradem T.  – Po co dalej Pani uczestniczyła w tych rozmowach, była świadkiem ustalania kwoty za pomoc, skoro nie czerpała Pani z tego korzyści? – dociekał sędzia Celej celu jej kontaktów z Konradem T. Monika B. tłumaczyła, że chciała czuwać nad całym procesem pośrednictwa z czystej, nieprzymuszonej chęci pomocy.
 - Pomocy komu? – pytanie sędziego zawisło w powietrzu.
Główną linią obrony Słowikowej jest założenie, iż jej zatrzymanie było zatrzymaniem na zlecenie. W 2007 roku, kiedy to zatrzymano „Sproketa”, ten nic jeszcze na temat przestępczej działalności „Słowikowej” nie mówił, gdyż zwyczajnie nie posiadał takiej wiedzy. Monika B., w swoim bardzo zresztą teatralnym wystąpieniu, dodała, że gdyby kierowała grupą przestępczą i była wspólniczką męża, to wiedziałby o tym chociażby Jarosław S. ps. „Masa”, który pogrążył bossów „Pruszkowa”.
- Gdyby miał wiedzę na ten temat, to tą wiedzą by się podzielił – stwierdziła.
Prokurator Romańczuk zrezygnował z możliwości zadawania pytań oskarżonej, uznając jej tłumaczenie za wysoce niedorzeczne. W trakcie swojego wystąpienia Monika kilkakrotnie była upomniana przez swojego obrońcę, mecenasa Piotra Pieczykolana, o dokładne odpowiadanie na pytania sędziego i hamowanie swojej teatralności. Z 9 stawianych jej zarzutów (m.in. kierowanie grupą przestępczą, handel narkotykami i pośredniczenie w załatwianiu nieprawdziwej dokumentacji medycznej we współpracy z Konradem T.), przyznaje się tylko do posiadania marihuany, znalezionej u niej w mieszkaniu w trakcie zatrzymania. Mimo iż jest, jak twierdzi, wielką przeciwniczką wszelkiego rodzaju narkotyków, tym razem skusiła się i chciała się odstresować w związku z trudną sytuacją życiową. Jak trafnie zauważył Marek Celej:  – Ta trudna sytuacja związana z wieloletnim więzieniem Pani męża, nie trwa przecież od wczoraj? Na co jeszcze celniej zripostował mecenas Pieczykolan w imieniu swej podsądnej: – Ta trudna sytuacja nie była związana z tym, że mąż był w więzieniu, tylko, że miał z niego wyjść!
Następne rozprawy odbędą się z udziałem świadków koronnych – Romana O. „Sproketa” oraz Konrada T. Do tego czasu sąd rozważy ewentualność wyjścia Moniki B. z aresztu, w którym teraz przebywa, celem opieki nad 14-letnim synem „Słowików”.
Gabriela Jatkowska

Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu magazynu  REPORTER

więcej...
 
Copyright © 2014 Pejzaż Horyzontalny | Rzepka • All Rights Reserved.
Template Design by BTDesigner • Powered by Blogger
back to top